-1.5 C
Warszawa
poniedziałek, 8 marca 2021

Król Trump. Fiasko Projektu Lincoln

Koniecznie przeczytaj

Demokraci zdobyli wprawdzie Biały Dom i Kongres, ale to Donald Trump pozostaje demiurgiem amerykańskiej sceny politycznej. Rewolucja, której dokonał, budzi wściekłość przeciwników. Szybciej jednak rozpadną się Partie Republikańska i Demokratyczna, niż Trump uzna się za pokonanego.

„Republikanie blokując wymaganą większość dwóch trzecich głosów obronili byłego prezydenta przez impeachmentem”. Tak Reuters skwitował drugą już próbę oskarżenia Donalda Trumpa przez demokratów.
Bohater narodowy
Pierwszy atak, także nieudany, miał miejsce na przełomie 2019/2020 r. Wówczas w oparciu o spreparowane materiały kompromitujące (autorstwo sztabu wyborczego Hillary Clinton) urzędujący prezydent został oskarżony o spisek z Rosją. Adwokaci prezydenta nazwali obie próby spiskiem w celu zniszczenia rywala politycznego, a zwłaszcza podeptaniem konstytucji. Dlatego Trump ma pełne prawo do komentarza: „To były kolejne fazy największego polowania na czarownice w historii naszego kraju”.
Natomiast Demokraci mogą tylko wylewać złość ustami spikerki Izby Reprezentantów. Nancy Pelosi powiedziała, że sprzeciw republikanów pociągnięcia byłego prezydenta do odpowiedzialności zostanie zapamiętana, „jako jeden z najciemniejszych dni i najbardziej niehonorowych wobec czynów w historii naszego narodu”.
Oczywiście agencja Reutera twierdzi, że polityczna dintojra liberałów na tym się nie zakończy. „Nie zniszczyli Trumpa impeachmentami, spróbują go dopaść innymi procesami karnymi”, powiedział republikański senator z Florydy Marco Rubio.
Dlaczego? Liberałowie panicznie boją się wpływu prezydenta na opinię publiczną. „Czy będzie się zajmował nadal polityką, czy odejdzie, to nieważne, bo pozostaje nosicielem amerykańskich wartości”, powiedział mediom strateg polityczny republikanów Alex Conant.
Jak dodał: „Możecie go nazwać demiurgiem”. Trump dominuje na scenie politycznej, udzielając poparcia kandydatom do ważnych stanowisk, a przede wszystkim wyznacza partyjną agendę i standardy działania.
Bowiem siłą prezydenta są głosy 75 mln sympatyków, dla których już stał się bohaterem narodowym na miarę ojców-założycieli USA. „Tak, nie udało mu się zwyciężyć hydry deep state, ani zniszczyć wrednego wpływu waszyngtońskiego establishmentu, ale próbował tego dokonać, a jego widmo nie daje spokoju elitom”. Tak telewizja Fox News zdefiniowała królewską pozycję Trumpa wśród Amerykanów.
Fiasko projektu Lincoln
Wspomniany wcześniej Alex Conant twierdzi ponadto: „Trudno sobie wyobrazić Republikanów, którzy w najbliższym czasie wygrają wybory krajowe bez Trumpa”. Taka sytuacja nie podoba się oczywiście demokratom, ale również ważnym figurom spośród Republikanów. Z naciskiem na słowo „byłym”, ponieważ Donald Trump przejął od nich ster partii.
Dowody?
Przeciwko impeachmentowi zagłosowało 46 republikańskich senatorów, potwierdzając tym samym to, że konserwatyści popierają Trumpa. „Za” było 57 członków izby wyższej Kongresu. Oczywiście wszyscy demokraci, ale także siedmiu senatorów z partii popierającej Trumpa.
Złamanie reguł lojalności, zarówno wewnątrzpartyjnej, jak i wobec człowieka, dzięki któremu przez cztery lata Biały Dom był własnością Republikanów, jest widocznym objawem rewolucji politycznej oraz stylu jej uprawiania.
Prezydent wypracował nową formułę kontaktu z wyborcami. Dzięki jasnemu przekazowi, hasłom tytanicznej pracy z sympatykami oraz nowym technologiom przywrócił demokrację bezpośrednią. Wyeliminował wpływy i znaczenie partyjnej starszyzny.
Próby wysadzenia Trumpa z siodła mówią wiele o celach środowisk, które je podejmują. Odpowiadają przede wszystkim na pytanie, dlaczego hasło „Przywróćmy Ameryce wielkość” spotyka się nieustającym entuzjazmem.
Latem ubiegłego roku liberalne media na czele z „The New York Times” nagłośniły inicjatywę „Never Trump”, za którą stanęli byli wpływowi urzędnicy poprzednich administracji federalnych. Twórcy rekrutowali się z bliskich współpracowników nieżyjącego już republikańskiego senatora i kandydata do prezydentury Johna McCaina.
Grupa znana pod nazwą „Komitet Lincolna” lub „Project Lincoln” postawiła sobie za cel niedopuszczenie do reelekcji Donalda Trumpa. Zarzuty wobec prezydenta były poważne, od strategii walki z pandemią, po pogorszenie koniunktury gospodarczej, co świadczyło o bardzo naciąganej argumentacji.
Jednak kluczową ideą powstania komitetu było zasypanie rzekomych podziałów w partii republikańskiej, ze wskazaniem na winę Trumpa. Hasło „Projektu Lincoln” mówiło samo za siebie: „W jednej partii nie może być dwóch poglądów”. Mówiąc prościej, prezydent został oskarżony o natywizm, czyli o powrót do konserwatywnych wartości. Jednym z priorytetów politycznych Trumpa jest zachowanie amerykańskiego ducha, czyli tożsamości.
Jeśli chodzi o wymiar ekonomiczny, prezydent przeciwdziałał negatywnym wpływom globalizacji i utracie miejsc pracy w gospodarce zdominowanej przez wielkie korporacje technologiczne.
Jeśli chodzi o wymiar ideowy, sprzeciwiał się poprawności politycznej i narzucaniu wzorców obyczajowych obcych Amerykanom. Chodzi o rozmywanie kultury nawadnianej przez mniejszości seksualne, lewicę i imigrantów.
Trzeba przyznać, że przy ogromnym wsparciu medialnym liberałów „Projekt Lincoln” osiągnął sukcesy. Niezwykle brutalnie atakował Trumpa, o co postarali się zręczni konsultanci polityczni zwabieni możliwością zarobienia ogromnych pieniędzy. Inicjatywa uzyskała bowiem bogatych sponsorów, którzy zasilili kasę projektu kwotą ok. 90 mln dolarów. Jednak jak ujawniła agencja Associated Press, fundusze w wysokości 50 mln dolarów trafiły jakoś na konta prywatnych firm założycieli Never Trump.
Zapachniało korupcją, dosłowną i polityczną, co odepchnęło od inicjatywy sympatię społeczną i sponsorów. Był to jednak dopiero początek problemów. Zaraz za podejrzeniami o defraudację finansową padły zarzuty natury przemocowej. Agencja AP poinformowała, że filar grupy John Weaver wykorzystywał seksualnie młodych mężczyzn w zamian za przepustkę do politycznej kariery. 61-letni konsultant i były strateg partii republikańskiej dał się poznać jako pomysłodawca kampanii wyborczych Johna McCaina i kilku senatorów.
Dziś Weaver stoi w obliczu procesu karnego, z oskarżenia co najmniej 10 młodych ludzi. Cały ruch Never Trump, a „Projekt Lincoln” w szczególności, praktycznie przestały istnieć skompromitowane przez twórców. Co więcej, wpływowi republikanie, którzy naprawdę stali za pomysłem utrącenia Donalda Trumpa, wiedzieli o kryzysie społecznego zaufania. Nic jednak nie zrobili, aby pozbyć się Weavera oraz zatamować przepływ hojnych darowizn do prywatnych firm. Na nic zdało się posypanie głowy popiołem, instrument dywersji przestał działać, ale próby nadal trwają.
Koniec dwupartyjnego systemu?
Rewolucja Trumpa stanowi z pewnością zagrożenie dla dwupartyjnego systemu USA. Nowy model przywództwa stanął na drodze pochodowi liberalizmu z lewicowym odchyleniem.
Tożsamościowa i ideowa polaryzacja Ameryki jest faktem, który wymusza nową konfigurację sceny politycznej. Zarówno Republikanie, jak i Demokraci stoją w obliczu dostosowawczych reform lub przed widmem rozpadu.
Wpływ Donalda Trumpa na Konserwatystów jest niekwestionowany, tak jak poparcie Republikanów dla prezydenta. Fiasko poniosła właśnie kolejna wewnętrzna dywersja obliczona na zmianę przywództwa.
Kolejna grupa Republikanów rozważała opuszczenie szeregów partii i stworzenie własnego ugrupowania. To urzędnicy, doradcy i wreszcie politycy, którzy grali pierwsze skrzypce w administracjach Ronalda Regana, oraz Bushów – ojca i syna.
W istocie ich program nie różni się niczym od idei głoszonych przez trumpistów. A więc powrót do amerykańskiego konserwatyzmu okraszony jedynie hasłami o działaniach na podstawie i w ramach prawa, a więc konstytucji, przeciwko którym rzekomo wystąpił Trump.
Czyżby, a raczej kiedy? Czy wtedy, gdy żądał rozliczenia fałszerstw wyborczych i osób, które się ich dopuściły. Czy wtedy, gdy wzywa do ukarania demokratycznych polityków i medialnych magnatów, którzy sprokurowali materiały kompromitujące w rodzaju Russiagate? A może gdy zainicjował antykorupcyjne śledztwa wobec Fundacji Clintonów i syna Joe Bidena?
Prawdziwa różnica polega na tym, że były prezydent chce uzdrowienia demokracji, do czego niezbędne jest rozbicie oligarchii. Mowa o symbiozie waszyngtońskiego establishmentu i Wall Street oraz gigantów Krzemowej Doliny.
Dlatego republikańscy spiskowcy mają świadomość nieuchronnej porażki, która sprowadza szanse rozłamu do zera. „Brak charyzmatycznego lidera w rodzaju Trumpa, konieczność separacji z infrastrukturą partyjną, czyli personelem, pieniędzmi i darczyńcami. Wszystko to sprawia, że budowa nowego ugrupowania zajęłaby lata”. I tak też brzmiał główny wniosek z nagłośnionego medialnie spotkania grupy rozłamowej. Co ciekawe, przed wizją wewnętrznego buntu stoją również zwycięzcy demokraci. Zwolennicy lewego skrzydła kojarzonego z Bernie Sandersem nie dostali ani jednego ze znaczących stanowisk w administracji Joe Bidena.
Takie pomysły demokratycznej lewicy jak stałe zasiłki dla nielegalnych imigrantów czy zwiększenie pomocy dla najuboższych Amerykanów coraz bardziej dzielą ich z centrystami. Rozłam w partii demokratycznej jest faktem. Siłą jednoczącą pozostaje konfrontacja z Donaldem Trumpem, co może być jedną z przyczyn „polowania na czarownice”.
Jednak zdaniem komentatorów były prezydent stoi na wygranej pozycji. Jeśli chodzi o republikanów, wewnętrzna opozycja i senatorowie, którzy poparli impeachment drżą o zachowanie wpływów i stanowisk. Szereg stanowych organizacji partyjnych już szykuje odwet, a więc popiera alternatywnych kandydatów do Kongresu.
Demokraci zaś dobrze wiedzą, że każdy następny atak przysporzy Trumpowi tylko popularności. Królewska rola byłego prezydenta na amerykańskiej scenie politycznej jest trudna do zakwestionowania.

Najnowsze