7.9 C
Warszawa
poniedziałek, 18 października 2021

Bilans Jakiego

Koniecznie przeczytaj

Chciałoby się powiedzieć: wreszcie. Wreszcie ktoś odważył się poruszyć temat tabu i dokonać bilansu finansowego naszej obecności w Unii Europejskiej. Wprawdzie tego typu próby bywały podejmowane już wcześniej, lecz robili to na ogół publicyści (np. Tomasz Cukiernik), którzy nie mieli wystarczającej siły przebicia, by ich analizy przedarły się do polityczno-medialnego mainstreamu.


Tym razem jest inaczej. Raport zaprezentował znany polityk rządzącej koalicji, a jego głównymi autorami są naukowcy o uznanym dorobku: prof. Zbigniew Krysiak z SGH i prof. Tomasz Grzegorz Grosse z Uniwersytetu Warszawskiego (związany również z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego). Tego przemilczeć się już nie dało i nareszcie kwestia zysków i strat związanych z członkostwem Polski w UE stała się tematem publicznej debaty.

Tu uwaga porządkująca. Raport Patryka Jakiego (nazwijmy go tak umownie od polityka firmującego swą twarzą omawiane opracowanie) nie obejmuje całości bilansu naszego członkostwa. Do tego jeszcze daleka droga – taki całościowy bilans wymagałby bowiem zaangażowania interdyscyplinarnego zespołu ekspertów i długiej, mrówczej pracy. Stanowi jednak tzw. dobry początek, szczególnie że skoncentrował się na przepływach finansowych w ujęciu szerszym, niż dominujące dotąd proste zestawienia pokazujące, ile zarobiliśmy netto na unijnych funduszach po potrąceniu naszej składki członkowskiej. Autorzy raportu poszli tu poniekąd śladami Thomasa Piketty’ego, który już w 2018 r. pokusił się o podobny zabieg. Wyliczył mianowicie, że w latach 2010-2016 eurofundusze odpowiadały za 2,7 proc. polskiego PKB, natomiast wyprowadzane od nas zyski i inne dochody z tytułu własności osiągnęły równowartość 4,7 proc. PKB. Twórcy raportu Jakiego podążyli podobnym tropem: w latach 2004-2020 Polska otrzymała z UE ok. 593 mld zł. netto, jednak gdy weźmiemy pod uwagę wytransferowane od nas zyski zachodnich firm, okazuje się, że odnotowaliśmy stratę w wys. 535 mld zł. Jeszcze gorzej wygląda to, gdy zestawimy kwoty transferowane od nas za granicę i zyski polskich przedsiębiorstw, które trafiają do nas z tytułu działalności w krajach Zachodu: tu odnotowaliśmy 981 mld zł. na minusie.

Oczywiście takie zestawienie nie obejmuje wszystkich ekonomicznych aspektów naszego członkostwa – o politycznych nie wspominając. Jednak zarzuty oponentów, dotyczące zbyt wąskiego ujęcia tematu, brzmią o tyle fałszywie (a niekiedy wręcz groteskowo), że formułują je ludzie (i redakcje), którzy latami koncentrowali się na jeszcze węższym porównywaniu kwot otrzymanych dotacji i naszej składki członkowskiej. Powtarzam: latami dominowała toporna, jednostronna propaganda skupiająca się na jednym, wybranym aspekcie i kreująca wizerunek UE jako dobrego wujka obsypującego nas bezinteresownie deszczem pieniędzy. Na tym tle raport Jakiego, choć siłą rzeczy nieobejmujący całości zagadnienia, i tak w znaczącym stopniu niuansuje obraz naszych zysków i strat.

Zresztą, nawet biorąc pod uwagę wspomniane wyżej 593 mld zł jakie otrzymaliśmy na czysto w postaci eurofunduszy, trzeba dopowiedzieć, że pieniądze te w dużym stopniu były u nas jedynie przez chwilę. Z każdego otrzymanego euro bowiem 70 eurocentów wraca do gospodarek Zachodu, w przypadku Niemiec zaś (największego płatnika netto w UE) odsetek ten wynosi nawet 85-86 eurocentów. Jeżeli wziąć to pod uwagę, to okazuje się, że bilans jest dla nas jeszcze gorszy, a unijne środki stanowią zakamuflowaną formę dotowania zachodniego eksportu towarów i usług. Patrząc pod tym kątem, wychodzi na to, że bycie płatnikiem netto przy rozbudowanych gospodarczych wpływach to znakomity biznes.

Krytycy raportu podnoszą również, że udział we wspólnym rynku przełożył się na wielkie inwestycje zachodnich firm – zupełnie, jakby oznaczało to jakąś działalność charytatywną. Otóż nie – międzynarodowe koncerny inwestowały tutaj, bo było to dla nich opłacalne, o czym świadczy chociażby przytoczona wcześniej skala transferowanych od nas zysków. Poza tym te inwestycje były często niemal bezkosztowe dzięki pomocy publicznej. To polskie państwo bowiem dawało przygotowane działki w specjalnych strefach ekonomicznych, gwarantowało wszechstronne ułatwienia i opiekę administracyjną, zwolnienia podatkowe, a nawet bezpośrednie subwencje, nie wspominając już o taniej sile roboczej.

Wymienienie choćby pokrótce wszystkich tego rodzaju aspektów wymagałoby wołowej skóry, a nie krótkiego felietonu, na koniec więc tylko powiem, że wciąż czekam na całościowy bilans, obejmujący pełne spektrum zagadnień związanych z naszym członkostwem w UE – włącznie z okresem przedakcesyjnym, kiedy to otworzyliśmy naszą gospodarkę na nieograniczoną, międzynarodową konkurencję. Tak nawiasem, środki europejskie w założeniu miały być formą rekompensaty (jak widać, dalece niewystarczającą) za otwarcie naszego rynku, a nie prezentem czy jałmużną – a już z pewnością nie nagrodą za dobre sprawowanie, w jaką usiłują obecnie je przekształcić „straszni dziadunie” z Brukseli.

Autor

Poprzedni artykułZima, która wychłodzi euroentuzjazm
Następny artykułOmnichannel

Najnowsze