17.2 C
Warszawa
niedziela, 14 lipca 2024

Ministerstwo zielonej transformacji

Grupa Orlen stała się w ostatnim czasie faktycznym, osobnym ministerstwem realizującym zadania, które powinien teoretycznie wziąć na siebie rząd. Czy taka strategia ma szansę powodzenia?

Od czasu, gdy w 2018 r. Daniel Obajtek został prezesem spółki Orlen, przechodzi ona bardzo dynamiczne i liczne zmiany. Część z nich to efekt menedżerskich umiejętności byłego samorządowca, a część to pochodna politycznego kursu obozu rządzącego, który z największej spółki skarbu państwa postanowił uczynić prawdziwe koło zamachowe dla ogromnych zmian mających się dokonać w polskiej gospodarce.

Władza równa premierowi

Dwa lata temu w mediach zrobiło się głośno o tym, że Obajtek zyskał w oczach prezesa PiS tak wielkie uznanie, że mógłby nawet objąć po Mateuszu Morawieckim posadę prezesa Rady Ministrów. Doniesienia te okazały się jedynie dziennikarską kaczką, niemniej faktem jest, że obecnie prezes Grupy Orlen sprawuje władzę dorównującą niejednemu ministrowi, a być może nawet jeszcze większą. Pokazują to suche dane liczbowe: obecnie całkowity przychód spółki wynosi niemal połowę tego, czym dysponuje polskie państwo (odpowiednio 278,5 mld zł i 605 mld zł), choć zdaniem Daniel Obajtka niebawem wzrośnie do nawet 500 mld zł. Jeszcze do niedawna drugą co do wielkości spółką skarbu państwa pod względem przychodów w Polsce było PGNiG, które jednak zostało właśnie przejęte przez Orlen. W ten sposób kolejnym na liście przedsiębiorstwem państwowym jest Polska Grupa Energetyczna, której przychody są nawet czterokrotnie mniejsze, a przychody trzeciego na liście KGHM-u są nawet dziewięciokrotnie mniejsze.

Ujmując rzecz wprost, w Polsce wyrósł w ostatnim czasie prawdziwy gigant, którego znaczenie dla całej gospodarki jest niezwykle trudne do przecenienia. Wedle deklarowanych celów obozu władzy, utworzenie tak dużego podmiotu miało przede wszystkim na celu umożliwienie polskiemu państwu bardziej sprawną konkurencję na międzynarodowych rynkach. I rzeczywiście, konkurencja nie śpi i tylko dzięki fuzji z Lotosem i PGNiG koncern z Płocka zdołał rozepchać się ostatnio mocniej na środkowoeuropejskim podwórku.

W praktyce jednak już teraz widać, że dużo bardziej istotnym z punktu widzenia rządzących przedmiotem działalności Grupy Orlen w najbliższych latach mają być tzw. zrównoważone inwestycje. Wielki i niezwykle kosztowny plan na najbliższe miesiące oraz lata został przedstawiony szczegółowo w lutym. Mogliśmy się wówczas dowiedzieć, że łącznie do końca dekady na zielone inwestycje zaplanowano w nowej strategii firmy nawet 120 mld zł. Należąca do Orlenu grupa Baltic Power ma zbudować do 2026 r. farmę wiatrową w pobliżu Łeby za 12 mld zł. W ramach strategii ORLEN2030 spółka ma także zbudować do końca dekady 10 tys. punktów do ładowania aut elektrycznych. Oprócz tego spółka zarządzana przez Daniela Obajtka zamierza zbudować sieć małych elektrowni atomowych (SME) w różnych lokalizacjach, wchodząc tym samym w zupełnie nowy dla siebie obszar działalności.

Poza budżetowymi regułami

Nie będzie cienia przesady w stwierdzeniu, że Orlen stanowi dziś rodzaj drugiego Ministerstwa Klimatu i Środowiska realizującego zadania związane z zieloną transformacją z pominięciem zwyczajnych reguł budżetowych. O tym, że tak właśnie mają się rzeczy, powiedział zresztą wprost w czasie debaty zorganizowanej kilka miesięcy temu przez Warsaw Enterprise Institute główny ekonomista PKN Orlen Adam Czyżewski. Komentując wyzwania stojące przed rynkiem paliw w przyszłości, stwierdził: „My patrzymy na nasze rafinerie w taki sposób, że to jest ten element naszych aktywów, z którego musimy wycisnąć jak najwięcej zysku, po to, aby mieć środki na inwestowanie w alternatywne środki transportu”.

Realizacja zielonych i zrównoważonych inwestycji, które w większości nie są dochodowe, sprawia jednak, że Orlen upodabnia się coraz szybciej do biurokratycznej machiny, która w imię realizacji swoich wielkich politycznych celów coraz mniej liczy się ze swoimi „klientami”. Skutki tego widać najlepiej właśnie na rynku paliwowym i gazowym, gdzie największa polska firma swoimi niespiesznymi reakcjami na spadki cen utraciła zaufanie wielu konsumentów.

Ogromne rozmiary spółki to z jednej strony ogromna szansa na rozwój i uzyskanie licznych korzyści z efektu skali, lecz z drugiej strony wiadomo przecież, że działania podejmowane przez Orlen nie są tylko i wyłącznie biznesowe. Wręcz przeciwnie, na wskroś polityczny i mocno zideologizowany postulat osiągnięcia zeroemisyjności do 2050 r. narzuca całej polskiej gospodarce bardzo ścisły gorset regulacyjny i wydatkowy. Większość projektów, które Polska jako członek Unii Europejskiej zobowiązała się zrealizować, ma z założenia ściśle deficytowy charakter. Jeśli Orlen wziął na siebie ciężar ich realizacji, to władze spółki i rząd muszą mieć świadomość, że nie wszystko może pójść tak, jak zaplanowano. Obecnie spółka zarządzana przez Daniela Obajtka to prawdziwa maszyna służąca do zarabiania pieniędzy (prezes chwalił się, że do 2030 r. uda mu się podwoić zysk operacyjny do poziomu 40 mld zł), lecz w razie pogorszenia koniunktury i strat poniesionych w jednym z ważnych obszarów możliwości inwestycyjne mogą drastycznie zmaleć.

Superministerstwo z ambitnym planem

Orlen został przekształcony w wielką machinę służącą wdrażaniu zielonej transformacji, ale w przeciwieństwie do innych ministerstw spółka nie ma prawa pobierania podatków. Jeśli wielkie plany transformacji energetycznej zostaną zagrożone, koncern będzie mógł uciec się jedynie do wykorzystania swojej pozycji monopolisty.

Ograniczany coraz bardziej regułami wydatkowymi rząd z radością powierzył Orlenowi misję dokonania wielkich inwestycji w zakresie zrównoważonego rozwoju, a prezes spółki z radością przyjął możliwość uzyskania w ten sposób statusu jednej z kilku najważniejszych osób w państwie. Czy to się komuś podoba czy nie, prezes  Grupy Orlen zarządza dziś tak ogromnym majątkiem i kwotami pieniędzy, iż posiada zdecydowanie większy wpływ na rzeczywistość niż wielu członków rządu. Daniel Obajtek jest dziś faktycznym szefem superministerstwa, dysponującym ogromnym jak na polskie warunki budżetem. Pełniona przez niego funkcja oraz towarzysząca jej odpowiedzialność nie znajdują przy tym do końca odzwierciedlenia w konstrukcji ustrojowej polskiego państwa.

Obecny hurraoptymizm związany z powołaniem wielkiego i przynoszącego krociowe zyski megakoncernu energetycznego nie powinien przesłaniać refleksji nad tym, jakie mogą być negatywne konsekwencje jego działalności. Za wszystkie chybione inwestycje i długi ręczyć będą przecież podatnicy. Wydatki ponoszone bezpośrednio przez budżet państwa poddane są mechanizmom regulującym poziom i tempo zadłużania. Środki, którymi dysponuje „superministerstwo Orlen”, traktowane są już zupełnie inaczej. Z punktu widzenia rządzących to wspaniała okazja do obejścia tradycyjnych reguł fiskalnych, z punktu widzenia podatników to spore niebezpieczeństwo wystąpienia niegospodarności lub popełnienia kosztownych błędów. Rządzący bardzo wierzą w talent menedżerski Daniela Obajtka, ale istnieje naprawdę wiele powodów, aby uczciwie wątpić, czy zdoła udźwignąć ciężar tak wielkiego projektu.

Najnowsze