|

Czego przeszłość uczy nas o przyszłości

Rozpoczynając 2026 r. warto przyjrzeć się lękom i obawom, które od lat kształtują naszą debatę publiczną. Przez ostatnie cztery lata wciąż słyszymy o zagrożeniu wojennym – ostrzeżenia powtarzane są z taką konsekwencją, że wielu Polaków i przedsiębiorców zdążyło się już do nich przyzwyczaić. Prognozy alarmistyczne mają swoje miejsce w dyskursie publicznym, choć w praktyce rzadko sprawdzają się w pełni. Im bardziej kategoryczne, tym częściej nietrafione.

Nie zmienia to faktu, że tego rodzaju narracje pozostawiają trwały ślad w naszej świadomości. W ciągu ostatnich lat nauczyliśmy się nie tylko dystansować do alarmistycznych prognoz, lecz także funkcjonować w atmosferze powszechnego strachu. To doświadczenie ukształtowało naszą wrażliwość, wyostrzyło świadomość ryzyka i przypomniało, że przewidywanie przyszłości jest zawsze procesem obarczonym niepewnością.

Spróbujemy przyjrzeć się temu, jak błędne prognozy i powtarzane narracje o zagrożeniach wpływają na nasze decyzje zarówno w kontekście krajowym, jak i międzynarodowym, oraz jakie wnioski możemy wyciągnąć, patrząc z perspektywy rozpoczynającego się 2026 r.

Żyjemy wyłącznie w czasie teraźniejszym

Przecież w istocie żyjemy wyłącznie w czasie teraźniejszym. Przyszłość jest nam potrzebna jedynie po to, aby podejmować decyzje – racjonalne lub nieracjonalne – w oparciu o prognozy, trafne lub nietrafione. Działanie zawsze odbywa się dziś, ale jego konsekwencje dotyczą przyszłości, a kiedy nadejdzie, stanie się ona teraźniejszością.

Dlatego nie powinniśmy być zaskoczeni tym, co nadejdzie. Jednak wciąż reagujemy z niedowierzaniem na niesprawdzające się prognozy. Prezydent Trump zaskoczył opinię publiczną, Ukraina zaskakuje nas swoimi decyzjami, Narodowa Strategia Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych również wzbudziła zdziwienie. Wszyscy pielęgnują w sobie to poczucie zaskoczenia. Najpierw w szoku, że coś jest „niemożliwe”, pytamy: jak mogli nam tak zrobić? Jak mogli się wobec nas zachować w ten sposób? Jak mogli odstawać od wzorca, który sami ukształtowali, wierząc, że świat będzie inny, że przywództwo międzynarodowe zawsze będzie przewidywalne, że nigdy nie będzie kompromisu z Rosją? Tymczasem okazuje się, że plan pokojowy przedstawiony przez Stany Zjednoczone jest w równym stopniu w ich interesie, jak i w interesie Rosji – kraju, który w naszej percepcji uważany jest za wroga, a którego interesy pozostają nam obce, a czasem wręcz przeciwne.


🔴 MIESZKANIE PREMIUM NA WŁOCHACH: 10 MIN OD CENTRUM


Przekonani jesteśmy, że interesy te w żaden sposób nie mogą się spotkać. Powtarzamy do dziś, że Rosja musi przegrać tę wojnę, być upokorzona i zapłacić reparacje. W związku z tym dominuje przekonanie, że żadnego kompromisu – nawet intelektualnego – nie może być, zarówno w odniesieniu do Rosji, jak i w odniesieniu do naszych błędnych prognoz co do Stanów Zjednoczonych. Nie możemy „rozstać się” z tym przekonaniem – zostajemy w pewnej samotności, licząc, że inni również popełnią błędy, ale zjednoczą się przeciwko tym, którzy nas zdaniem wielu zawiedli.

Tą „zdradę” postrzegamy nie wobec Zachodu jako całości, lecz wobec Stanów Zjednoczonych, które – naszym zdaniem – sprzeniewierzyły się wyobrażeniom o strategicznym partnerze, które pielęgnowaliśmy przez lata.

Historia, która może nas czegoś nauczyć

Nie chodzi jednak o to, aby dezawuować kogokolwiek – mylić się jest rzeczą ludzką. Pomyłki w diagnozach i prognozach towarzyszą nam od dawna, a warto przyjrzeć się kilku przykładom historycznym, które mogą nas czegoś nauczyć. Dotyczą one naszych zachodnich sojuszników i dwóch kluczowych momentów w historii. Pierwszy to rok 1920, gdy bolszewicy zbliżali się do Warszawy – wyprawa kijowska zakończyła się kompletną katastrofą dla Polski. Było to jeszcze przed sierpniem, przed „cudem nad Wisłą”.

Ale na cud jeszcze się wtedy nie zapowiadało. Ówczesny premier naszego rządu zwrócił się do aliantów zachodnich – naszych sojuszników – z prośbą o mediację w konflikcie i zatrzymanie pochodu wojsk bolszewickich na terytorium Polski. W tym czasie wojska rosyjskie walczyły z bolszewizmem po tej samej stronie co my, broniąc się w wielu regionach ówczesnej Rosji, w tym na Krymie, który wówczas nie był podbity przez bolszewików.

Proszono wtedy naszych zachodnich partnerów, a w szczególności Wielką Brytanię, o pośrednictwo w zawieszeniu broni z bolszewikami. Podobna sytuacja powtórzyła się w 1944 r., gdy premier rządu londyńskiego, Stanisław Mikołajczyk, dwukrotnie przyjeżdżał do Moskwy na polecenie Brytyjczyków – raz na początku sierpnia, a potem jesienią.

Choć nie byliśmy wówczas w stanie wojny ze Związkiem Sowieckim, formalnie pozostawaliśmy w tej samej koalicji, nie uznając się dyplomatycznie. W pewnym sensie byliśmy zmuszeni do negocjacji politycznych z ówczesną „wersją” Rosji – państwem bolszewickim. Dziś jednak wszystkie te złożone sytuacje często wrzuca się do jednego worka, upraszczając historię.

Nieważne – w tym momencie możemy sobie pozwolić na pewne uproszczenia. Ważne jednak, żeby zauważyć, że jeśli w tak trudnych, wręcz nieporównywalnie trudniejszych warunkach ówcześni politycy potrafili dostosować się do zmieniających się okoliczności i w dużej mierze słuchać swoich protektorów politycznych, to czy z tego nie wynika jakaś lekcja dla nas dzisiaj?

Dziś boimy się nawet rozmowy czy dialogu z Rosją, mimo że utrzymujemy z nią stosunki dyplomatyczne. Jesteśmy w znacznie bardziej komfortowej sytuacji niż w 1920 r., gdy premier Władysław Grabski, czy w 1944 r., gdy Stanisław Mikołajczyk musieli negocjować z państwem wrogim lub z państwem, które nie uznawało naszej legitymacji.


Modzelewski: 2026 będzie rokiem wstrząsu


Te przykłady są pouczające – zarówno w relacjach z Zachodem, jak i ze Wschodem. Przypomnijmy, że właśnie wtedy, w miejscowości Spa, gdzie przebywał premier Grabski – wówczas określany jako prezydent Rady Ministrów – wyznaczono tzw. linię Curzona. Była to propozycja brytyjskiego ministra, którą przyjęto jako rekomendowaną granicę Polski. I choć w tamtym czasie nie istniała jeszcze granica z Federacją Rosyjską, linia ta – w części środkowej i południowej – praktycznie odpowiada dzisiejszej wschodniej granicy Polski z Ukrainą, Białorusią i Litwą.

Okazuje się zatem, że te ustalenia były względnie trwałe i przetrwały już ponad sto lat. I mają się, i prawdopodobnie będą funkcjonować jeszcze długo – daj Boże w dobrej kondycji politycznej.

To również ważna lekcja na 2026 r., w którym, jak niektórzy przewidują, możemy mieć do czynienia z wielkim przewartościowaniem pod egidą Stanów Zjednoczonych, które, jak się okazuje, nigdy nie były w pełni antyrosyjskie, i które będą starały się czynić pokój w tej części świata, tak jak czyniły to choćby za czasów Thomasa Woodrowa Wilsona w 1920 r.

Musimy pamiętać, że nasze strachy i fobie nie powinny przesłaniać dobra ani interesu politycznego. A przede wszystkim powinniśmy umieć dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Zachodni styl polityki polega na zdolności do zmiany zdania i wycofania się z błędnych prognoz oraz diagnoz. A że mamy ich niemało, więc jest z czego się uczyć i wycofywać – tak, aby przyniosło nam to korzyść, nawet jeśli czasami będzie bolesne.

Podobne wpisy