Donos na samego siebie – jak działa JPK
To, co w obszarze podatków planowane jest w najbliższym czasie w naszym kraju, stanowi bezprecedensową operację, która docelowo obejmie ponad dwa miliony podmiotów. Temat ten warto analizować nie tylko przez pryzmat szczegółowych rozwiązań – choć są one oczywiście istotne – ale również jako przykład pewnego fenomenu zarządzania państwem, widzianego przez pryzmat polityki podatkowej.
Zacznijmy od swoistej „historii choroby”. Najkrócej można powiedzieć tak: w podatkach, podobnie jak w innych dziedzinach, pojawiają się mody. Wiedza podatkowa nie jest wolna od wpływu różnych koncepcji i pomysłów – nie zawsze najmądrzejszych, ale za to dominujących w przekonaniach tych, którzy uważają, że wiedzą lepiej. W efekcie od późnych lat poprzedniego dziesięciolecia pozostajemy pod presją pewnej idei, zgodnie z którą najważniejsze jest to, aby władza miała pełny wgląd w księgi podatników.
W urzędniczo-prawniczym żargonie nazywa się to JPK, czyli Jednolitym Plikiem Kontrolnym. Nazwa ta w gruncie rzeczy niewiele wyjaśnia. Mówiąc prościej: jest to obowiązek swoistego samo-donosu. Zgodnie z tym przekonaniem władza ma być szczęśliwsza, a przynajmniej lepiej zarządzać podatkami, jeśli podatnicy będą przesyłać jej swoje księgi, najpierw podatkowe, a obecnie także rachunkowe. Administracja publiczna zostanie w ten sposób zasypana niewyobrażalną ilością danych i informacji, co – przynajmniej w teorii – ma dawać jej poczucie większej kontroli i bezpieczeństwa.
Dlaczego miałoby to działać, w gruncie rzeczy nie wiadomo. Trudno tu dostrzec jakąkolwiek logikę. Nie ma co do tego wątpliwości: mamy do czynienia raczej z pewnego rodzaju zaklęciami niż z racjonalnym podejściem do zarządzania systemem podatkowym.
Czasami – co zresztą w podatkach nie jest wyjątkiem – dajemy się po prostu sterroryzować.
Deklaracja podatkowa
Przez długie dziesięciolecia, w zasadzie od początku XX w., jedynym obowiązkiem podatnika wobec władzy publicznej było złożenie zeznania podatkowego, potocznie nazywanego deklaracją. Zarówno podatnicy profesjonalni, jak i nieprofesjonalni, mieli obowiązek składać taką deklarację raz w miesiącu, raz na kwartał, a czasami również raz w roku – po zakończeniu roku podatkowego.
Deklaracja podatkowa obejmowała zagregowane wielkości podatkowe, a przede wszystkim wysokość podatku do zapłaty lub informację o jego braku. Innymi słowy, określała zobowiązanie podatkowe, czyli kwotę, którą podatnik miał zapłacić. Dokument ten przedstawiał wszystkie elementy podstawy opodatkowania i stanowił podstawę rozliczenia z państwem.
Taki model był i jest jedynym możliwym sposobem zarządzania systemem podatkowym, ponieważ liczba podatników sięga dziesiątek milionów. Nie ma fizycznej możliwości, aby wobec choćby niewielkiej części tej populacji wydawać indywidualne decyzje administracyjne określające wysokość zobowiązania podatkowego. To podatnik sam ustala jego wysokość i deklaruje ją wobec władzy publicznej.
Deklaracja podatkowa ma przy tym szczególny status: przyjmuje się, że podatek w niej wykazany jest zgodny z rzeczywistością i z obowiązującym prawem, dopóki organ podatkowy nie określi go w innej wysokości. Na tej zasadzie zbudowana została – i w istocie nadal funkcjonuje, nie tylko w Polsce – cała koncepcja publicznego nadzoru nad rozliczeniami podatkowymi.
To sami podatnicy dokumentują, ewidencjonują, deklarują i płacą podatki. Rola administracji polega natomiast na kontroli i weryfikacji, a nie na bieżącym ustalaniu zobowiązań za nich.
Miliony obowiązków, zero sensu. Tak wygląda zarządzanie państwem
Myśl modernizacyjna
Pod koniec zeszłego dziesięciolecia pojawiła się jednak myśl modernizacyjna: uznano, że nie tylko deklaracje powinny trafiać do organów podatkowych, lecz także ujednolicone wzory ksiąg podatkowych, które miały być przesyłane do władzy co miesiąc. Po co – do końca nie wiadomo. W pewnym momencie niektórzy urzędnicy twierdzili wręcz, że same księgi wystarczą władzy, a deklaracje są zbędne. Według ich wizji urzędy skarbowe miałyby wiedzieć wszystko i same ustalać wysokość podatków, wydając miliony decyzji każdego miesiąca.
Nie chcę tutaj rozwodzić się nad infantylnością tamtej dyskusji, ale faktem jest, że deklaracji nie zniesiono. Od 2019 r., a formalnie od 2020 r., obowiązek ten rozszerzono na czynnych podatników VAT – nie wszystkich, lecz tych objętych JPK_V7M i JPK_V7K. Obowiązek ten wymaga, aby w tym samym dokumencie deklarowali zarówno kwoty wynikające z deklaracji, jak i dane z prowadzonych ksiąg.
Wokół tej zmiany narosło wiele mitów. Mówiono, że „uszczelni VAT”, jednak w praktyce nikt nie jest w stanie dokładnie określić, w jakim stopniu przepis rzeczywiście wpływa na poprawę rozliczeń podatkowych.
Natomiast to, co wiemy na ten temat – bo te informacje nie są powszechnie dostępne – to że w latach 2021–2023 zwroty VAT zwiększyły się ze 113 mld do 219 mld zł, czyli praktycznie o 100 proc. Czyli takie były skutki tego tzw. uszczelnienia. Informacji co do wielkości zwrotów za lata 2024–2025 nie mamy. Gdyby spadły, władza na pewno by się tym pochwaliła.
Aby komuś odmówić zwrotu podatku, organ podatkowy musi udowodnić, że w deklaracji podatkowej podał nieprawdziwe informacje i bezprawnie zażądał zwrotu. Żeby to zrobić, nie wystarczy analiza JPK – trzeba przeprowadzić postępowanie jurysdykcyjne, wydać decyzję i udowodnić na podstawie sformalizowanych dokumentów, że zwrot się nie należy. To władza musi udowodnić obywatelowi niezgodność z prawem, a nie odwrotnie.
JPK_CIT
Mimo tej porażki pierwszego JPK dotyczącego VAT, zaczęto wprowadzać obowiązek raportowania ksiąg rachunkowych także dla podatku dochodowego. Dotyczyło to dotąd tylko części osób prawnych, ale warto zwrócić uwagę na szczegóły, aby dobrze to zrozumieć. Podatek dochodowy od osób prawnych (CIT) obejmuje nie tylko osoby prawne, lecz także większość jednostek organizacyjnych niebędących osobami prawnymi, z wyjątkiem osób fizycznych, dla których przewidziany jest odrębny podatek dochodowy od osób fizycznych.
Obowiązek formalnie nałożono na te osoby prawne. Pierwszą grupą, która powinna była zacząć przygotowania do złożenia JPK_CIT za miniony rok, były podatkowe grupy kapitałowe oraz osoby prawne i inne jednostki, których wartość przychodów przekraczała 50 mln euro, czyli naprawdę niewielka grupa. Podmioty te miały złożyć JPK w ciągu trzech miesięcy po zakończeniu roku podatkowego.
Oczywiście było to zadanie praktycznie niewykonalne. W efekcie przygotowano projekt rozporządzenia wydłużający termin z trzech do siedmiu miesięcy, aby ta nieliczna grupa podatników miała więcej czasu na przesłanie tego „donosu” do organów podatkowych. Można więc powiedzieć, że porażka pojawiła się już na samym początku.
Wszyscy wiedzieliśmy, że te terminy są całkowicie nierealne. W związku z tym termin został wydłużony. Ciekawe, czy będzie się go wydłużać jeszcze raz.
Niewykonalne terminy
Na marginesie – projekt tego rozporządzenia to prawdziwa gratka dla znawców problematyki legislacyjnej. Na jego podstawie przesuwa się również termin przejściowy. Tak, to już jest piętrowa konstrukcja prawna. Już sam fakt, że przy pomocy rozporządzenia wykonawczego przesuwa się terminy nie bezpośrednio uregulowane w ustawie podatkowej, lecz w ustawie nowelizującej ustawę podatkową, pokazuje złożoność całego procesu.
Przepis przejściowy został więc faktycznie zmieniony pośrednio – przy pomocy rozporządzenia wykonawczego. Konia z rzędem temu, kto zwykły księgowy, niezaznajomiony z niuansami legislacyjnymi, byłby w stanie w pełni zrozumieć treść normy prawnej wynikającej z tego aktu.
Już w projekcie rozporządzenia przewidziano, że kolejne grupy podatników objętych JPK_CIT będą miały przesunięty termin z trzech do siedmiu miesięcy za rok, który się właśnie rozpoczął. Przypomnę, że to jest druga fala obowiązku – dotyczy podatników powiązanych z VAT, objętych obowiązkiem złożenia JPK_VAT 7.
Jeżeli jeszcze Państwo się w tym nie pogubili, to wytłumaczę – chodzi o obywateli profesjonalnych. Docelowo są to już miliony podmiotów. Nakłada się na nie obowiązki w niewykonalnych terminach, a następnie terminy te są przesuwane.
Za przykład niech posłuży nałożenie na miliony podatników obowiązku niewykonalnego, związanego z tzw. fakturami ustrukturyzowanymi. Obowiązek ten miał być początkowo wprowadzony od 1 lipca 2024 r. Teraz przechodzi przez drugi termin przesunięcia i powszechnie postuluje się, aby go przesunąć dalej, bo w obecnej formie jest niewykonalny.
To dobry moment na pewną refleksję ogólną dotyczącą specyfiki rządzenia i tworzenia prawa, nie tylko prawa podatkowego. Jak widać, umiemy bardzo szybko dostosować się do zachodnich standardów, które polegają na wymyślaniu niewyobrażalnej liczby zbędnych obowiązków, niemających żadnego realnego znaczenia.
No chyba że chodzi o coś zupełnie innego – o powszechną inwigilację. Wtedy każda informacja zgromadzona przez władze ma znaczenie, bo chodzi o to, aby władza wiedziała możliwie jak najwięcej. Jak wiadomo, każda informacja, którą władza gromadzi, zwykle zostanie wykorzystana przeciwko obywatelowi, a nie w jego interesie. Gdyby miało być inaczej, władza byłaby instytucją dobroczynną, która gromadzi dane, aby na ich podstawie rozdawać środki obywatelom.
W przypadku podatków dzieje się dokładnie odwrotnie. Najpierw nakłada się na obywatela ogromną ilość całkowicie zbędnych obowiązków, zupełnie ignorując pytanie o ich sens i koszt. Wiadomo, że za tym stoją kohorty lobbystów, którzy chcą na tym zarobić – bo nikt nie wprowadzałby tych obowiązków bezinteresownie.
🔴 MANUFAKTURA, NIE MASÓWKA. DLACZEGO WOLA PRZYCIĄGA INWESTORÓW?
Nikt by tego nie robił, gdyby nie było na niego przymusu. Nie nałożono na obywatela obowiązków bez groźby kary, a z góry wiadomo, że są one zbędne i niewykonalne. Już od początku wiadomo było, że ani władza, ani podmioty działające w dobrej wierze nie są w stanie wykorzystać nadmiaru tych informacji. Nie da się ich racjonalnie zinterpretować w taki sposób, aby zwiększyły dochody budżetowe. W większości przypadków wyjątki jedynie potwierdzają regułę. Co najważniejsze, cała operacja jest z góry skazana na porażkę – potem przesuwa się terminy, a ci, którzy wykonali obowiązki w pocie czoła, w terminie, wychodzą na przysłowiowych idiotów. Natomiast ci, którzy nie wykonali – a to zazwyczaj większość – z ulgą odczytują, że władza „jest dobra”, bo przesunęła termin realizacji czegoś, czego i tak wykonać się nie dało. Nie było na to ani czasu, ani pieniędzy.
To nie dotyczy tylko prawa podatkowego – to w ogóle specyfika Unii Europejskiej, czyli zachodniego stylu rządzenia. Standard ten polega na zasypywaniu obywateli niewyobrażalną liczbą zbędnych poleceń i przepisów, których nikt nie czyta, bo nie jest w stanie, a jeśli nawet przeczyta, to i tak nie zapamięta.
Narzucone niewykonywalne terminy, a potem ich przesuwanie, to rodzaj udręki, która wprowadza stan poddenerwowania. Każdy może myśleć: „Może naruszam jakieś przepisy, których nie znam, których nie pojmuję, nie pamiętam…”. Chodzi o to, aby nikt nie miał szansy na spokojną refleksję: gdzie jesteśmy i po co ten cały kontredans jest wykonywany. Zwłaszcza że w przypadku podatku od towarów i usług nikt nie jest w stanie udowodnić, że to służy interesowi publicznemu.
Prawo podatkowe powinno być pisane nie dla lobbystów, lecz w interesie publicznym. By tak było, musi być tworzone w sposób przejrzysty i zrozumiały. W rzeczywistości nie przynosi popularności – skutecznie ściągane podatki nie są lubiane, bo podatnicy wolą państwo „nieefektywne”, fiskalnie mniej skuteczne, bo więcej pieniędzy zostaje w ich kieszeni. Racjonalne rządzenie polega na skutecznym, najlepiej sprawiedliwym i czytelnym poborze podatków, aby nie przerzucać ciężaru wydatków na kolejne pokolenia poprzez zadłużanie się.
Wiemy, jak się zadłużamy, a prawo podatkowe tworzone w dobrej wierze powinno być zrozumiałe dla obywateli. Niestety, nikt się tym nie przejmuje, a ilość stworzonych przepisów jest niewyobrażalna. To informacje, których nikt nie jest w stanie opanować, zrozumieć ani przeczytać – bo przepisy trzeba przeczytać, aby je zrozumieć. A jeśli jest ich za dużo i brakuje czasu, nikt tego nie robi.
I tu dochodzimy do kluczowego zagadnienia: czy nieefektywny instrument, jakim jest JPK – czyli donos na prowadzenie ewidencji – który okazał się spektakularnie nieefektywny w przypadku podatku od towarów i usług, ma być efektywny w podatku dochodowym? Tego nie jesteśmy w stanie zrozumieć.
Dawniej, jeszcze w pierwszej dekadzie tego wieku, zniesiono obowiązek składania miesięcznych deklaracji w podatku dochodowym (CIT i PIT), czyli tzw. CIT-2 i PIT-5/5L. Wtedy podatnik deklarował co miesiąc kwotę zobowiązania podatkowego z tytułu zaliczki. Obowiązek ten został zniesiony, więc teraz podatnik nie składa żadnej miesięcznej deklaracji w podatkach dochodowych. W związku z tym władza nawet nie wie, ile podatnik powinien zadeklarować i ile powinien zapłacić – a wie tylko to, co zostało zgłoszone w deklaracjach, których obecnie nie ma.
Wszyscy – przepraszam – ci, którzy działają w dobrej wierze i jeszcze nie dali się zinfantylizować tej dyskusji, która oficjalnie toczy się na temat podatków, sugerują: przywróćmy deklaracje miesięczne w podatkach dochodowych, a darujmy sobie ten zbędny, kosztowny i nikomu niepotrzebny obowiązek przesyłania ksiąg rachunkowych do organów podatkowych. I tak z tych ksiąg niewiele będzie wynikać, bo w księgach są dokumenty, a nie zdarzenia rzeczywiste. Zaksięgowana faktura fałszywa tworzy taki sam zapis jak faktura prawdziwa.
I co jest jeszcze największym paradoksem? Tu nawiążę już na koniec do problemu, o którym mieliśmy okazję mówić kilka razy, m.in. podczas poprzedniego spotkania. Nawet półoficjalnie dowiadujemy się, że w przypadku, gdy zakończy się sukcesem wdrożenie obowiązkowego KSeF, nastąpi wycofanie się z raportowania ksiąg. Podobnie słyszałem z ust oficjeli z JPK VAT, że po wprowadzeniu KSeF raportowanie ksiąg nie będzie już potrzebne, bo władza będzie miała wszystkie faktury.
Jeżeli takie rozumowanie reprezentują oficjalne czynniki, to jaki ma sens raportowanie ksiąg rachunkowych dla potrzeb podatku dochodowego, skoro te same faktury w dużej części zapisów już w księgach są uwzględnione? To pozostawia dość oczywisty, choć nierozstrzygnięty dylemat – i najwyraźniej niewielu uczestników dyskusji się nim przejmuje, bo większość podatników uważa ją za bezcelową.