Bliskowschodnia huśtawka
Ameryka nie po to wystrzeliwała przez kilka tygodni miliardy dolarów w powietrze, aby nic z tego nie mieć, z wyjątkiem satysfakcji z dobrze spełnionego obowiązku ukarania mułłów i dogodzenia Izraelowi.
Zabawa w geopolityka może skończyć się dla skromnego publicysty wielkim blamażem. Postanowiłem podjąć to ryzyko, ponieważ ryzyko ośmieszenia ryzykiem ośmieszenia, ale zainteresowanie Czytelnika materiałem jest jednak ważniejszą sprawą dla tekściarza niż opinia nieomylnego profety. Przecież nic tak nie skłania do zaczepienia wzroku o proponowany do lektury tekst jak śmiała teza. Prezentowana przeze mnie jest następująca: Donald Trump, chcąc przeprowadzić politykę stabilizacyjną na „swojej”, czyli amerykańskiej, półkuli, musi zdestabilizować Półkulę Wschodnią. I od sześciu tygodni czyni to w sposób koncertowy.
Każdy, kto chciałby rozhuśtać naszą hemisferę, musiałby się poważyć na to, na co poważył się Trump. Cieśnina Ormuz, mówiąc symbolicznie, to swoisty archimedesowy punkt podparcia, dzięki któremu można poruszyć, jeśli nie całą Ziemię, to z pewnością tę część globu ziemskiego, o którą administracji waszyngtońskiej chodzi.
Tekst piszę w niedzielę 19 kwietnia. Do czasu, gdy „GF” trafi do rąk Czytelnika, może się sporo wydarzyć – i zapewne wydarzy – choć, jak sądzę, tylko po to, aby wszystko zostało po staremu. A „po staremu” oznacza w tej sytuacji stan permanentnej niepewności odnośnie do tego, co będzie dalej, zwłaszcza z dostępem do „materiałów pędnych” i nawozów sztucznych.
Iran znów zamknął Cieśninę, którą nieledwie chwilę wcześniej otworzył. Irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) ogłosił w sobotę (18 kwietnia), że ciągła blokada morska irańskich portów przez Stany Zjednoczone – którą Trump obiecał utrzymać do czasu zawarcia porozumienia nuklearnego – stanowi naruszenie zawieszenia broni i jest równoznaczna z „piractwem”. Jak długo amerykańskie okręty wojenne będą blokować irańskie porty, tak długo Iran będzie blokować Cieśninę – zapewnia IRGC.
Agencja Reuters donosiła o konwoju tankowców do przewozu skroplonego gazu ropopochodnego i produktów ropopochodnych, który opuścił Zatokę Perską i przepłynął przez Ormuz. Tymczasem Bloomberg pisał, że kilka tankowców zawróciło w Zatoce Perskiej. Dane z monitoringu statków potwierdzają minimalny ruch w regionie. Warunki tranzytu ustalone przez Iran nie uległy zmianie: wyłącznie statki handlowe, zakaz przewozu ładunków i statków powiązanych z „wrogimi krajami”, ruch po wyznaczonych przez Iran szlakach oraz koordynacja z siłami IRGC. Zakaz dotyczy również jednostek wojskowych. W praktyce oznacza to, że większość statków powiązanych z Zachodem nadal nie może swobodnie się przemieszczać.
Według szefa Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) Fatiha Birola przywrócenie znaczącej części produkcji ropy naftowej i gazu utraconej w wyniku wojny z Iranem może zająć nawet dwa lata. „Ta oś czasu ma znaczenie, ponieważ rynki wciąż traktują te zakłócenia jako tymczasowe. Tak nie jest” – mówił Birol. Pola naftowe, rafinerie i rurociągi w Zatoce Perskiej zostały uszkodzone. W wywiadzie dla „Wall Street Week” Bloomberga Birol stanowczo zanegował opinie mówiące, że dostawy szybko powrócą po wznowieniu żeglugi. Według szefa IEA ponowne otwarcie Cieśniny nie przywróci produkcji do poziomu sprzed wojny. Zakłady będą potrzebowały naprawy, a proces produkcyjny będzie musiał ponownie zostać wznowiony. A to wymaga czasu.
W wywiadzie dla Associated Press 16 kwietnia Fatih Birol stwierdził, że blokada Cieśniny Ormuz doprowadzi do „największego kryzysu energetycznego, z jakim kiedykolwiek przyszło nam się zmierzyć”. To, co jednych smuci, innych – niekoniecznie.
Kilka dni temu Oil Price podał wiadomość, że puste supertankowce opuściły Azję i zmierzają do Stanów Zjednoczonych przez Przylądek Dobrej Nadziei. To jedna z najdłuższych kolejek statków, jakie kiedykolwiek widziano na morzu. Azjatyccy nabywcy spieszą się, aby załadować amerykańską ropę naftową i zastąpić nią część zapasów utraconych na Bliskim Wschodzie. „Tankowce tworzą coś, co wygląda jak flota – nieprzerwana linia zmierzająca do USA” – powiedział Matt Smith, analityk Kpler. „Kolejka tankowców VLCC zmierzających do USA jest największa, jaką kiedykolwiek widzieliśmy, co świadczy o ograniczeniu podaży ropy” – zauważył analityk.
Damosfera: czy w świecie mody trzeba mieć Instagrama?
Azja zmaga się z niedoborem ropy naftowej, ponieważ jej najwięksi dostawcy z Bliskiego Wschodu nie mogą przesyłać większości swojego surowca przez Cieśninę Ormuz. Arabia Saudyjska ma pewne pole manewru, aby zwiększyć eksport przez port eksportowy Janbu nad Morzem Czerwonym, ale eksport z Janbu nie jest w stanie zrekompensować wszystkich strat, jakie niesie za sobą blokada Ormuz.
W wyniku załamania się dostaw z Bliskiego Wschodu rafinerie w całej Azji masowo zwróciły się ku dostawom amerykańskiej ropy naftowej i wysyłają teraz całą flotę tankowców, aby w ciągu kilku tygodni dostarczyć tę ropę z powrotem do Azji. To znów informacja z Oil Price. Według firmy doradczej ds. energii Wood Mackenzie ropa naftowa z Ameryki Północnej zastępuje ropę naftową z Bliskiego Wschodu w Azji i Europie. Eksport ropy naftowej z Bliskiego Wschodu załamał się w marcu o prawie 60 proc., co wywołało „bezprecedensową globalną reorganizację energetyczną”, w ramach której Europa i Azja importują rekordowe ilości ropy naftowej z Ameryki Północnej – twierdzi WoodMac.
Jak bujać, to bujać. Ameryka nie po to wystrzeliwała przez kilka tygodni miliardy dolarów w powietrze – ponad miliard dziennie kosztowało Wuja Sama bombardowanie Persów rakietami i czym tam jeszcze – nie po to wysyła bardzo drogie okręty w tę część świata, aby nic z tego nie mieć, z wyjątkiem satysfakcji z dobrze spełnionego obowiązku ukarania mułłów i dogodzenia Izraelowi. Ten typ „satysfakcji” chyba się już jej przejadł. A Trump, jak na biznesmena (i patriotę) pełną gębą przystało, zauważył, niczym pan Dominek z serialu „Alternatywy 4”, że „ja na tym nawet poważnie tracę, tylko nie chcę nawet o tym mówić”. Chociaż akurat amerykański „pan Dominek” mówi o tym od dawna. A co mówi? Ameryka na utrzymywaniu dobrobytu na przykład takiej Europy Zachodniej bardzo poważnie traci, a w dodatku tej spasionej i rozleniwionej Europie zaczynają lęgnąć się króliki w głowach w postaci konceptów równie udanych i uciesznych jak w niegdysiejszych czasach panu Lechowi Wałęsie. Waszyngton uznał, że Ameryka musi w końcu zarabiać – i dużo, i szybko, bo wybory uzupełniające za pasem. Lewacy szczerzą kły, warczą i plują. Ale o to mniejsza. Większa o to, że to samo mogą zacząć robić obywatele Stanów Zjednoczonych, jeśli ich prezydent nie pokaże, iż warto było postawić na niego po raz wtóry.
A co to oznacza dla nas? Nic ciekawego, mówiąc krótko. A mówiąc nieco dłużej?
Michael Snyder na The Economic Collapse Blog ostrzega: „ceny ropy naftowej i nawozów rosną w zawrotnym tempie, a my jesteśmy ostrzegani, że jeśli Cieśnina Ormuz pozostanie zamknięta, na horyzoncie pojawi się >lato niedoborów<”.
Hedgeye, firma zajmująca się badaniami inwestycyjnymi, przedstawiła wykres, z którego wynika, że cena nawozów w ostatnich tygodniach rośnie wykładniczo… A co to znaczy, wie każdy. Ameryki nie musi to przesadnie kłopotać. Zapewne będzie w stanie sprzedać swoje zboże po dobrej cenie rosnącej liczbie potrzebujących. Czy flotyllę statków do przewozu ropy zasilą jednostki przystosowane do transportu ziarna? Amerykański rolnik chyba zaciera już ręce. A amerykański rolnik jest wyborcą biznesmena Trumpa.
Tymczasem Seyed Marandi, irańsko-amerykański naukowiec, intelektualista i analityk polityczny, blisko związany z rządem Iranu, mówi wprost: „z powodu Netanjahu i Trumpa Iran przygotowuje się do zniszczenia wszystkiego w Zatoce Perskiej – w tym całej krytycznej infrastruktury w ZEA, Arabii Saudyjskiej, Katarze, Bahrajnie i Kuwejcie. Temperatury wzrosną, Półwysep stanie się niezdatny do zamieszkania, a globalna gospodarka się załamie”. Gdzie się załamie, tam się załamie. Mojej hemisfery to nie dotyczy – zdaje się mówić pan Donald Trump, czterdziesty siódmy prezydent USA. Czy ma rację?