Niepewna „matka wszystkich umów”
Jak skorzysta na tym europejska klasa średnia? Jak skorzysta na tym cała Europa? Wygląda na to, że umowa handlowa UE–Indie jest dostosowana tylko do dużych korporacji, które mogą zastąpić pracowników tańszymi Hindusami i tymczasowo zwiększyć zyski, a klasa robotnicza i średnia poczują się zdradzone.
dr Robert Kościelny
Wprawdzie do połowy lutego 2026 r. pełny tekst prawny umowy o wolnym handlu między UE a Indiami nie został jeszcze opublikowany, mimo że zawarcie umowy ogłoszono 27 stycznia 2026 r., ale główne postanowienia są już powszechnie znane i opiewane. Pani Ursula von der Leyen nazwała tę umowę „matką wszystkich umów handlowych”. Nie poprzestając na tym, dodała, a właściwie – biorąc pod uwagę ton wypowiedzi – dośpiewała: – To opowieść o dwóch gigantach – drugiej i czwartej co do wielkości gospodarce świata. Dwóch gigantach, którzy wybrali partnerstwo w prawdziwie korzystnej dla obu stron formule. To silny sygnał, że współpraca jest najlepszą odpowiedzią na globalne wyzwania.
O co w tych obecnych „globalnych wyzwaniach” chodzi, doprecyzował dzień wcześniej przewodniczący Rady Europejskiej António Costa. Towarzyszący von der Leyen brukselski urzędnik stwierdził, nie wymieniając USA z nazwy, że umowa handlowa wyśle „ważny polityczny sygnał światu, iż Indie i UE bardziej wierzą w umowy handlowe niż w cła”.
Umowa UE–Indie przewiduje znaczną liberalizację taryf po obu stronach. UE zniesie cła w ponad 90 proc. pozycji taryfowych, co stanowi 91 proc. wartości handlu. Indie z kolei zniosą cła w 86 proc. pozycji taryfowych, co stanowi 93 proc. wartości handlu.
Dla polskich firm oznacza to potencjalny wzrost zamówień, a więc i zapotrzebowania na pracowników – informuje portal 300Gospodarka. – Bilans dla rynku pracy jest pozytywny. Powstaną nowe miejsca pracy w takich sektorach jak eksport, logistyka, usługi biznesowe, doradztwo prawne i podatkowe, technologie oraz projekty międzynarodowe. Zwiększona mobilność specjalistów, szczególnie w branży IT i inżynierii, z jednej strony wpłynie na konkurencję w obszarze pozyskiwania talentów, z drugiej zaś przyspieszy transfer wiedzy. Dzięki relatywnie atrakcyjnym kosztom pracy Polska ma szansę stać się kluczowym hubem dla obsługi projektów między UE a Indiami – wskazuje Włodzimierz Kucharczuk, Project Manager w Smart Solutions HR, cytowany przez portal.
Ekspert dopowiada jeszcze, że „relatywnie słabszą pozycję może mieć przemysł tekstylno-odzieżowy. W przypadku małych szwalni i lokalnych producentów intensyfikacja importu odzieży z Indii może oznaczać trudniejszą konkurencję cenową”.
Równie ważne jak to, co znalazło się w zapisie umowy o wolnym handlu, jest to, czego w niej zabrakło. Christophe Jaffrelot, specjalista ds. Azji Południowej, dyrektor ds. badań w Centrum Studiów Międzynarodowych Instytutu Nauk Politycznych w Paryżu, elitarnej uczelni we Francji, zwrócił uwagę na – w pewnym sensie – zdumiewający fakt, iż „uwzględnienie norm środowiskowych i społecznych (prawo pracy), na które Unia od lat kładzie nacisk, jest jedynie przedmiotem rekomendacji w tych umowach”. Dziwne jest też to, że von der Leyen cały czas podkreślała, że Indie są państwem demokratycznym, mimo że europarlamentarzyści głosowali nad rezolucjami potępiającymi wzrost autorytaryzmu w Indiach.
Poza tym dostęp do indyjskich rynków zamówień publicznych jest również pomijany milczeniem przez obie strony, mimo że jest on powtarzającym się postulatem Komisji Europejskiej w obronie europejskich przedsiębiorstw. Jest to – według cytowanego analityka – jeszcze jeden dowód świadczący o tym, że UE i Indie bardzo się spieszyły, aby zagrać na nosie (nerwach) prezydentowi USA.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen powiedziała o umowie: – Naszym największym bogactwem są nasi ludzie. Dlatego cieszę się, że podpisujemy umowę o mobilności… To korzystne dla naszych gospodarek. To korzystne dla przyjaźni między naszymi narodami. Ta otwartość przynosi korzyści nam wszystkim. Tej wypowiedzi wtóruje wpis na blogu opublikowany przez Europejskie Centrum Zarządzania Polityką Rozwoju (ECDPM), think tank z siedzibą w Brukseli, który stwierdza, że „czynnik ludzki jest prawdopodobnie najważniejszym czynnikiem” w ogólnym kształcie umowy handlowej między UE a Indiami. „Poprzez usprawnienie procedur wizowych dla studentów, naukowców i specjalistów technicznych oraz uruchomienie pilotażowego Europejskiego Biura Legal Gateway, umowa ma na celu zniwelowanie luki kompetencyjnej, która często utrudnia głęboką integrację technologiczną” – argumentowali autorzy.
– Ułatwienie procedur nie oznacza całkowitego otwarcia granic ani automatycznego dostępu do rynków pracy państw UE. Krajowe przepisy wizowe i pracownicze, w tym polskie regulacje dotyczące zezwoleń na pracę, pozostają w mocy. Mimo to skala porozumienia rodzi pytania o potencjalny wpływ na zatrudnienie w Polsce i obawy przed «zalewem» rynku pracownikami z Indii. Naszym zdaniem nie ma powodu do obaw – mówi Włodzimierz Kucharczuk.
Patryk Kugiel na stronie Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych podkreślał, że „Indie prowadzą jedną z najbardziej restrykcyjnych polityk migracyjnych w Azji”. Natomiast „działania władz koncentrują się na poprawie sytuacji i wykorzystaniu potencjału indyjskich emigrantów za granicą”. I są to działania skuteczne, przynajmniej na obszarze Starego Kontynentu. Dane rządu Indii pokazują, że pod koniec 2024 r. w UE mieszkało prawie milion (931 607) obywateli Indii. W Polsce 11 proc. zatrudnionych obcokrajowców to Hindusi.
Jednak obywatele UE, przynajmniej ci świadomi, czym jest podpisana umowa, nie są do końca przekonani o obustronnych korzyściach. Przeglądając media społecznościowe, możemy dowiedzieć się, że według krytyków umowa „zasadniczo umożliwia Hindusom łatwy dostęp do rynku pracy w UE, jednocześnie oferując bardzo niewiele korzyści przeciętnym Europejczykom – większość Europejczyków nie będzie chciała pracować w Indiach, więc nie odniesiemy z tego ogromnych korzyści, ale tani indyjscy pracownicy, zalewający europejski rynek pracy, który jest już przesycony, jedynie obniżą płace, zwiększą bezrobocie i obniżą europejski standard życia”.
Jak skorzysta na tym europejska klasa średnia? Jak skorzysta na tym cała Europa? Wygląda na to, że jest to dostosowane tylko do dużych korporacji, które mogą zastąpić pracowników tańszymi Hindusami i tymczasowo zwiększyć zyski, a klasa robotnicza i średnia poczują się zdradzone. To znów streszczone obawy użytkowników mediów społecznościowych.
W Niemczech istnieje wiele niepokoju odnośnie do (początkujących) stanowisk w IT i inżynierii komputerowej. Przez dekady fachowcy tych branż byli poszukiwani, a stanowiska w tych sektorach – dobrze płatne, ale w ostatnich latach ten rynek pracy mocno ucierpiał z powodu outsourcingu, sztucznej inteligencji i innych czynników. Wiele osób obawia się, że teraz Hindusi zaleją branżę, co jeszcze bardziej utrudni życie lokalnym mieszkańcom, zwłaszcza młodym absolwentom. „No bo dlaczego anglojęzyczny startup technologiczny w Berlinie miałby zatrudniać absolwenta niemieckiego uniwersytetu, skoro może łatwo znaleźć indyjskiego specjalistę z ponad dziesięcioletnim doświadczeniem za tę samą cenę lub nawet niższą?”
Inna opinia głosi: „Zawarli tę umowę z myślą o korporacjach, a nie o ludziach, ale są gotowi podjąć ryzyko i uznać część klasy średniej za «straty uboczne» procesu. Moim zdaniem problemem nie jest umowa handlowa, ale pakiet mobilnościowy podpisany i przyćmiony umową handlową”.
Tymczasem D-FRAC, „bezstronna i niezależna organizacja medialna, która koncentruje się na weryfikacji faktów i identyfikowaniu mowy nienawiści”, zamieściła na swojej stronie informację, że wszystkie te złe opinie na temat umowy UE z Indiami, jakie pojawiają się w mediach społecznościowych, to „skoordynowana operacja wojny informacyjnej, mająca na celu podważenie wiarygodności Indii jako partnera handlowego i wywołanie społecznego sprzeciwu wobec umowy w Europie”. Za tym bezeceństwem stoją Chińczycy, wykorzystujący AI, aby siać zamęt. Według D-FRAC operacja systematycznie wykorzystywała cztery narracje o wojnie gospodarczej: „Indie kradną miejsca pracy”, „Indie są skorumpowane”, „Indie wykorzystują siłę roboczą” i „Indie są niebezpiecznym partnerem”.
Być może wszystkiemu winny jest zaczajony i przebiegły wróg oraz ksenofobiczna część Europejczyków. Jednak drugiej, gorszej strony umowy handlowej doszukuje się także część zawodowych analityków. W lutym na stronie IRIS, Francuskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Strategicznych, pojawił się materiał Charlotty Thomas, współpracowniczki IRIS, specjalizującej się w regionie Azji i Pacyfiku. Pani Thomas zauważyła, że umowa handlowa UE–Indie nie jest najodpowiedniejszą formą odpowiedzi na wyzwania stojące przed obiema stronami. „Ekonomiści heterodoksyjni wykazują, że umowy o wolnym handlu ostatecznie nie umożliwiły rozwoju społecznego i wzbogacenia zainteresowanych populacji. Wręcz przeciwnie, prowadzą do zubożenia tych populacji i eksplozji modeli społecznych, a także do wzbogacenia gospodarczego i finansowego dużych, umiędzynarodowionych grup”. W świetle takiej opinii badaczka uważa, że można zaryzykować opinię, iż „umowa mogłaby przede wszystkim nagradzać głównych aktorów kapitalistycznych po obu stronach, nie rozwiązując problemów strukturalnych związanych z zatrudnieniem i industrializacją, z którymi borykają się Unia i Indie”.
Warto jeszcze przytoczyć opinię Marka Linscotta, pracownika naukowego ds. Indii w Atlantic Council. Analityk zwraca uwagę, że „obserwatorzy nie powinni pochopnie wyciągać wniosków, iż umowa przekieruje handel światowy, przyspieszy integrację gospodarczą lub pobudzi wzrost gospodarczy. Umowa nie zmieni znacząco istniejących łańcuchów dostaw, choć może zwiększyć ich odporność”.
Wbrew zasadzie, wywodzącej się z prawa bizantyjskiego cesarza Justyniana, „matka jest zawsze pewna”, macierzyństwo wszystkich umów, przypisywane przez unijnych urzędników umowie handlowej UE–Indie, rodzi wątpliwości. Czy słusznie? – Pokaże przyszłość – zauważył Linscott.