||

Zarabiają setki miliardów dolarów, unikają opodatkowania

Alphabet, Meta czy Amazon zarabiają w Europie setki miliardów dolarów rocznie. Rozgrzana na nowo dyskusja o podatku cyfrowym pokazuje, że cierpliwość europejskich rządów wobec Big Techów właśnie się kończy.

Podatek cyfrowy – pieniądze dla Europy, zagrożenie dla USA?

Rosnące napięcia pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi sprawiły, że do debaty publicznej wrócił temat podatku cyfrowego. Z jednej strony europejscy politycy chcieliby, aby opodatkowanie cyfrowych gigantów wreszcie odpowiadało skali zysków osiąganych w UE. Ekonomista Martin Kenney szacuje, że w 2024 r. przychody Mety, Alphabet i Microsoft z usług świadczonych w Europie wyniosły ok. 468 mld dol. Z raportu opracowanego na zlecenie europejskich frakcji Zielonych i Socjaldemokratów wynika, że nałożenie unijnego podatku cyfrowego od przychodu, w stawce 5 proc. mogłoby przynieść aż 37,5 mld euro w 2026 r. To niemal 19 proc. budżetu Unii Europejskiej. Gra jest więc warta świeczki.

Z drugiej zaś strony administracja Donalda Trumpa widzi w podatku cyfrowym zagrożenie dla amerykańskiej suwerenności. To wszystko sprawia, że podatek cyfrowy staje się kolejnym przedmiotem sporu na linii USA – UE. Ale jak do tego wszystkiego doszło?

Międzynarodowe prawo podatkowe nie było gotowe na usługi cyfrowe

Wraz z postępem technologicznym wielkie koncerny zyskały możliwość świadczenia usług cyfrowych na całym świecie przy jednoczesnym transferze zysków do państw o niskim lub zerowym opodatkowaniu. Najbardziej ucierpiały z tego powodu państwa rozwinięte o wysokich stawkach podatkowych. Cyfrowi giganci byli w stanie sprzedawać na terenie UE usługi o wartości setek miliardów dolarów, unikając obciążającego opodatkowania.

W jaki sposób? W przeciwieństwie do „tradycyjnych” przedsiębiorstw platformy cyfrowe nie opierają się na fizycznej obecności w państwie, w którym świadczą usługi. Nie muszą tworzyć biura, magazynu czy hali produkcyjnej. Taka spółka może obsługiwać użytkowników w całej UE z jednego serwera przez kilka spółek w Irlandii czy Luksemburgu.

Ponadto, najcenniejsze w przypadku Big Techów są posiadane przez nie wartości niematerialne, takie jak znaki towarowe, algorytmy, czy oprogramowanie. Dlatego transferują one prawa do własności intelektualnej na rzecz utworzonych przez siebie spółek w rajach podatkowych. Następnie spółki, które świadczą usługi cyfrowe w krajach o wysokich stawkach podatkowych, płacą pokaźne opłaty licencyjne za korzystanie z tej własności. Opłaty te stanowią ich koszty uzyskania przychodu, co sztucznie obniża lokalny dochód do opodatkowania. W podatku dochodowym, jak sama nazwa wskazuje, opodatkowany jest bowiem dochód, czyli nadwyżka przychodów nad kosztami ich uzyskania.

OECD przyznaje: mamy problem

O problemie opodatkowania cyfrowych gigantów zrobiło się głośno w 2013 r., kiedy Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) opublikowała raport dotyczący przeciwdziałania szkodliwym praktykom podatkowym. W raporcie wskazano na konieczność wprowadzenia na poziomie międzynarodowym rozwiązań mających na celu należyte opodatkowanie Big Techów z uwagi na wzrost znaczenia gospodarki opartej na sieci. Jednym z pomysłów było wprowadzenie podatku cyfrowego (DST – Digital Services Tax), czyli właśnie podatku od przychodów firm świadczących usługi cyfrowe, które skutecznie wymykały się od opodatkowania „tradycyjnym” podatkiem dochodowym.

W odpowiedzi na raport OECD poszczególne państwa Unii Europejskiej rozpoczęły nakładanie podatków cyfrowych we własnym zakresie. Do przykładów można zaliczyć uchwalony w 2013 r. francuski podatek od dystrybucji treści audiowizualnych, czy obowiązujący od 2014 r. węgierski Reklámadó, czyli podatek od przychodów z publikacji reklam internetowych.

W 2018 r. Komisja Europejska zaproponowała koncepcję podatku cyfrowego na poziomie całej UE. Propozycja nie weszła jednak w życie z uwagi na blokadę na poziomie Rady Unii Europejskiej. Sprzeciw wyraziły m.in. Holandia i Irlandia, czyli państwa oferujące niskie stawki i atrakcyjne rozwiązania podatkowe przyciągające Big Techy.

W 2020 r. rozważano nałożenie podatku cyfrowego (Digital Levy), ale jako nowego zasobu własnego UE. Dochody z tego tytułu miały trafić do budżetu unijnego i zostać przeznaczone na spłatę KPO. Na rozważaniach się skończyło, bo KE nie opublikowała żadnej formalnej propozycji w tym zakresie.

Państwa UE biorą sprawy w swoje ręce

Po fiasku na poziomie unijnym, coraz więcej państw zdecydowało się na wzięcie sprawy w swoje ręce. W latach 2020–2021 kraje takie jak Wielka Brytania, Francja, Włochy, Hiszpania, Austria czy Portugalia wprowadziły podatki od przychodów największych platform cyfrowych z tytułu usług świadczonych na terenie danego kraju. Krajowe podatki cyfrowe szybko stały się istotnym źródłem dochodów. Rocznie przynoszą do budżetu od ok. 100 mln euro (w Austrii) do nawet 700 mln euro (we Francji). Mimo to, koncepcja podatku cyfrowego spotkała się z szeroką falą krytyki – szczególnie ze strony USA, które groziło wprowadzeniem ceł odwetowych. Wskazywano na dyskryminujący charakter DST, ukierunkowanego głównie na obciążenie amerykańskich przedsiębiorstw.

Sprawy nie ułatwiały rozbieżności w nakładaniu DST pomiędzy państwami. Lokalne różnice w konstrukcji, stawkach, czy zakresie usług objętych DST skutkowały dodatkowym obciążeniem administracyjnym i zniekształceniami rynkowymi. Krytycy wskazywali, że ciężar ten ostatecznie i tak poniesiony zostanie przez konsumentów.

Pillar One – nieudany powrót do koncepcji globalnego opodatkowania Big Techów

Pod naciskiem administracji Joe Bidena w 2021 r. w ramach OECD rozpoczęto pracę nad bardziej uniwersalnym, globalnym rozwiązaniem, które miało zastąpić lokalne DST – Pillar One. W skrócie idea była taka: jeśli firma zarabia na użytkownikach i klientach w danym kraju, to część podatku od jej zysków powinna trafić właśnie tam – nawet jeśli firma nie ma w tym kraju biura ani oddziału. Rozmowy w sprawie Pillar One utknęły w martwym punkcie głównie przez trudność w porozumieniu pomiędzy Europą a USA. W styczniu 2025 r. administracja Donalda Trumpa ostatecznie wycofała się z projektu. Miesiąc później Trump podpisał memorandum wzywające do wszczęcia postępowań w sprawie działań odwetowych wobec krajów, w których funkcjonują podatki cyfrowe.

Czy Polska nałoży „samodestrukcyjny podatek”?

Zwrot w polityce USA pod rządami Donalda Trumpa skłonił europejskich polityków do zmiany podejścia w temacie podatku cyfrowego. Po latach negocjacji stało się jasne, że globalny konsensus nie jest możliwy. Przed UE pozostały dwie możliwości – albo nakładanie podatku cyfrowego pozostanie w gestii poszczególnych państw członkowskich, albo trzeba będzie powrócić do koncepcji nałożenia daniny na poziomie unijnym. Pierwszy wariant jest ryzykowny politycznie. Donald Trump określał podatki cyfrowe wymierzone w amerykańskie koncerny jako „wymuszenie zza oceanu”, czy „niesprawiedliwe kary”. Państwa narzucające takie daniny miały „naruszać amerykańską suwerenność i bezpieczeństwo”. Nawet jeśli Stany Zjednoczone nie są w stanie nałożyć osobnych ceł na kraj członkowski, to taka inicjatywa może skutkować pogorszeniem stosunków międzypaństwowych.

Dobrze widać to na przykładzie Polski. Propozycja podatku cyfrowego, zapowiedzianego w marcu 2025 r. przez ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego, spotkała się z bardzo ostrą reakcją Toma Rose’a. Obecny ambasador USA zagroził wówczas, że ten „samodestrukcyjny podatek” tylko „skrzywdzi Polskę i jej relację ze Stanami”. Rose wezwał do „rezygnacji z podatku, w celu uniknięcia konsekwencji”.

Wygląda na to, że przez ostatni rok polski rząd dojrzał do postawienia na swoim. W styczniu Ministerstwo Cyfryzacji zaprezentowało założenia polskiego podatku cyfrowego. Propozycja bardzo przypomina koncepcję Komisji Europejskiej z 2018 r. – podatek w stawce 3 proc. od przychodów z reklam, pośrednictwa internetowego i sprzedaży lub udostępniania danych użytkowników. Podatkiem miałyby być objęte koncerny o przychodach powyżej miliarda euro globalnie i 25 mln euro na terenie Polski. Zapłacony podatek cyfrowy miałby być odliczany od kwoty CIT uiszczonego w Polsce, by zachęcić zagraniczne firmy do rozliczania w kraju. Rozwiązanie to miałoby przynieść ok. 2 mld zł rocznie do budżetu państwa. Co z tego ostatecznie wyjdzie? Nie wiadomo. Pomysł najpierw musi zyskać aprobatę całego rządu, potem większości w Sejmie, a na koniec uzyskać podpis prezydenta. Szczególnie ostatnie wydaje się nierealne ze względu na dobre relacje Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem.

Czy Trump zmobilizuje UE do nałożenia jednolitego podatku cyfrowego?

Polska nie jest jedyna. Ostatnio nad wprowadzeniem podatku cyfrowego w podobnym kształcie zastanawiają się Czechy i Belgia. Włochy w zeszłym roku objęły swoim DST wszystkie Big Techy, bez względu na przychód osiągany na ich terenie. Czy zmiany nastrojów krajowych przełożą się na podejście całej UE? Trudno powiedzieć.

Formalnie propozycja Komisji Europejskiej z 2018 r. nie została wycofana, ale na ten moment nic nie wskazuje na wznowienie prac w tym obszarze. Szerokie poparcie dla podatku cyfrowego wyrażają w Europarlamencie frakcje Zielonych i Socjaldemokratów. Zresztą sama Ursula von der Leyen, podczas negocjacji celnych z USA, groziła wprowadzeniem unijnego „Amazon Tax”, czyli podatku od przychodów z reklam internetowych, w przypadku braku porozumienia.

Dochody państw czy nowy zasób własny UE?

Jeśli szefowa KE zdecyduje się na przywrócenie tematu podatku cyfrowego, to czekają ją dwa zasadnicze wyzwania. Pierwszym z nich będzie określenie beneficjenta. Czy środki z DST powinny trafiać do budżetów państw członkowskich, tak jak planowano w 2018 r.? Czy też, wzorem koncepcji Digital Levy i zgodnie z wolą europejskiej lewicy, miałyby zasilić bezpośrednio budżet Unii Europejskiej? Pierwsze rozwiązanie bardziej chroniłoby suwerenność fiskalną państw członkowskich. Drugie pozwoliłoby znaleźć środki na rosnące potrzeby finansowe Unii Europejskiej, która w następnych latach będzie musiała znaleźć środki na spłatę m.in. KPO i SAFE. W obu przypadkach konieczne byłoby uzyskanie zgody wszystkich państw członkowskich na poziomie Rady UE. Biorąc pod uwagę sceptyczną wobec dalszej integracji politykę Węgier, czy niechętnych takim rozwiązaniem Irlandii i Holandii, wydaje się to nierealne.

Podatek cyfrowy: test suwerenności?

Tocząca się debata o podatku cyfrowym tak naprawdę dotyczy tego, kto może opodatkować globalną gospodarkę i partycypować w zyskach cyfrowych gigantów. Jeśli administracja Donalda Trumpa nadal będzie podążać drogą gróźb i retorsji, europejskie rządy mogą uznać, że stawką sporu nie będą dodatkowe środki w budżecie, tylko zachowanie suwerenności. Paradoksalnie więc presja z Waszyngtonu może nie zatrzymać podatku cyfrowego, tylko go przyspieszyć, tyle że podniesie też cenę polityczną całej operacji.

Podobne wpisy