|

Marek Zuber: Wojna w Iranie – spekulanci rządzą

Uderzenie na Iran musiało mieć reperkusje na całym świecie, szczególnie na rynku nośników energii. Trudno jest jednak cokolwiek przewidzieć, bo możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji jest wiele.

Kiedy prawdopodobieństwo ataku na Iran wzrosło, dla mnie istotnym elementem zwiększającym ryzyko uderzenia było wysłanie w rejon potencjalnego konfliktu przez USA drugiego lotniskowca. Zaczęto zadawać pytanie o możliwe konsekwencje szczególnie dla rynku ropy i gazu. Problem w tym, że trudno mówić o konsekwencjach, skoro nie wiadomo, jaki jest cel atakujących. Do dzisiaj właściwie nie jest to jasne.

Premier Izraela mówi wprost o upadku rządów ajatollahów, co wydaje się już z perspektywy pierwszych dni wojny trudne do osiągnięcia. Na dzisiaj można chyba mówić co najwyżej o takim przywództwie w Iranie, które będzie bardziej spolegliwe w stosunku do USA i Izraela. Jednak oczywiście wszystko jest możliwe.

Nie zmienia to faktu, że bez odpowiedzi na pytanie o cel i szanse jego realizacji mówienie o cenach ropy czy gazu za miesiąc jest wróżeniem z fusów. W dłuższej perspektywie to inna kwestia, bo można zwiększać wydobycie w innych rejonach. Wytwórcy w USA tylko na to czekają. Za rok czy dwa może być tak, że na przykład istotnie większa ilość wenezuelskiej ropy także trafi na rynek. To jednak na razie odleglejsza przyszłość i szersza analiza. Skupmy się dzisiaj na perspektywie krótkoterminowej.

Popatrzmy na początek konfliktu. Samo uderzenie nie doprowadziło do załamania rynków. Jeśli ropa Brent drożeje z 73 dol. za baryłkę do 78 dol. za baryłkę w poniedziałek, czyli pierwszego dnia roboczego po ataku, trudno to nazwać katastrofą, choć oczywiście wyraźny ruch nastąpił. Relatywnie spokojne były także na przykład rynek walutowy i giełdy. Trudno się jednak temu dziwić, przecież podobnie zareagowano na atak na Iran sprzed paru miesięcy.

Problemy zaczęły się następnego dnia, bo Iran zaatakował państwa, które w tym konflikcie nie uczestniczą. Teoretycznie atak dotyczył baz amerykańskich w tych krajach, ale szybko się okazało, że nie tylko. Chodzi o uszkodzenia instalacji do produkcji gazu w Katarze. To był moment, który przestraszył świat. W dodatku Iran ogłosił zablokowanie Cieśniny Ormuz. Tego akurat można się było spodziewać i stąd oczekiwania sprzed konfliktu, że ropa przekroczy poziom 80 dol. za baryłkę.


Ameryki nie stać na wojnę?! I Derlatka I Lustig


Cieśnina Ormuz to miejsce bardzo strategiczne, bo przepływa przez nie około 20 proc. rocznej sprzedaży ropy naftowej. W przypadku gazu udział w światowym rynku nie jest aż tak duży, bo wynosi 20 proc., ale tylko rynku LNG, czyli gazu skroplonego. Blokada cieśniny to oczywiście mocne zamieszanie, ale zakładano, że nie potrwa długo, bo w najgorszym razie kontrolę nad nią przejmą Amerykanie. Dodajmy jeszcze, że mniej więcej 80 proc. ropy i gazu przepływających przez Ormuz trafia do Azji, przy czym w przypadku ropy około 80 proc. do Chin.

Problem w tym, że nikt przed wojną nie zakładał wstrzymania produkcji przez któryś z krajów regionu, a na to zdecydował się po ataku na jego terytorium Katar. Katar to największy producent gazu na Bliskim Wschodzie. Wtedy się zaczęło.

Cena gazu TTF wystrzeliła – w poniedziałek reakcja też była większa niż na ropie, ale to było tylko preludium do sytuacji z wtorku i kolejnych dwóch dni. Cena wzrosła z 32 euro za megawatogodzinę do w pewnym momencie ponad 60 euro za megawatogodzinę. TTF to cena europejska – to holenderski benchmark. Taka „jazda” dotyczyła Europy.

Cena gazu w USA wzrosła z około 2,8 dol. za milion BTU (Amerykanie stosują inną jednostkę) do około 3,2 dol. za milion BTU, czyli do około 10 euro za megawatogodzinę. Amerykanie mają jednak własne potężne złoża.

Także rynek ropy zareagował na decyzję Kataru, a potem na groźby ataków na wszystko, co płynie przez Cieśninę Ormuz. Cena za baryłkę przekroczyła wtedy 90 dol.

Nie zmienia to jednak faktu, że tak mocny wzrost cen gazu jest w dużej mierze po prostu czystą spekulacją. W Europie kończy się sezon grzewczy, magazyny są zapełnione w 30 proc. Tak na marginesie – w Polsce w 50 proc., co oznacza, że całkowite odcięcie od dostaw pozwala Europie funkcjonować przez mniej więcej miesiąc. Jednak przy założeniu, że nic, powtarzam: nic, nie dopłynie na Stary Kontynent z innych kierunków, czyli na przykład z USA. Są przecież jeszcze rodzimi producenci, tacy jak Norwegia czy Dania. Przypominam, że także my mamy swoją produkcję.

Katar odpowiada za niecałe 10 proc. dostaw, ale dostaw LNG, bo biorąc pod uwagę całkowite zużycie w Europie, katarski gaz stanowi ledwie 4 proc. Czy zatem dwukrotny wzrost cen jest fundamentalnie racjonalny? Nawet uwzględniając fakt, że mająca na razie chwilowy problem Azja zwiększy zakupy w innych miejscach świata? Oczywiście, że nie. Spekulanci rządzą, jak zwykle zresztą w tego typu przypadkach.

Co z tego wszystkiego wynika? Ano to, że naprawdę trudno jest wskazać, gdzie jest szczyt. Choć kluczem są dwie fundamentalne kwestie: czy kraje regionu ograniczą produkcję i czy Cieśnina Ormuz będzie drożna. Żeby spekulacje mogły mieć miejsce, musi działać czynnik im sprzyjający.

Jeśli chodzi o pierwszą kwestię, to w chwili, kiedy piszę te słowa, z jednej strony wiemy, że część krajów, jak choćby Kuwejt, planuje ograniczenia w produkcji, a z drugiej, że prezydent Iranu przeprosił za ataki na inne kraje i zapowiedział, że ich już nie będzie. Chyba że jakiś kraj będzie Amerykanom i Izraelczykom pomagał, co jest dość dwuznaczne. Jak się ma amerykańską bazę na swoim terytorium, to się Amerykanom pomaga, czy nie? Zresztą chwilę po przeprosinach prezydent stwierdził, że nie do końca dobrze został zrozumiany. No właśnie…

W kwestii Cieśniny Ormuz sytuacja jest dynamiczna. Chiny wymusiły na Iranie zezwolenie na transport dotyczący tego kraju, co samo w sobie teoretycznie powinno trochę uspokoić choćby rynek ropy. Przypominam: 80 proc. ropy płynącej przez Ormuz płynie do Chin. No ale…

Ewentualny atak na inny tankowiec na pewno wywoła przerażenie i efekt na rynku. Mamy zatem inne rozwiązanie w postaci wsparcia amerykańskiego w zakresie ubezpieczeń statków płynących przez Ormuz. Dobrze, ubezpieczenia dla korzystających ze szlaku nie podrożeją albo nie podrożeją tak bardzo, ale ludzie mogą zginąć. Czy zarządzający tankowcami wezmą na siebie takie ryzyko?


🔴 MANUFAKTURA, NIE MASÓWKA. DLACZEGO WOLA PRZYCIĄGA INWESTORÓW?


Na pewno nie wszyscy.

Pozostaje zatem obrona przed atakami. Amerykanie i Izraelczycy twierdzą, że pierwsze dni nalotów to między innymi niszczenie potencjału wystrzeliwania dronów i rakiet przez Irańczyków. Oczywiście do końca nie da się tego zrobić, szczególnie w przypadku dronów, ale ograniczenie potencjału ataków i zapowiedź eskorty ze strony amerykańskich okrętów bardzo mocno redukuje ryzyko. Chociaż nie do zera.

Co zatem będzie? Na razie wciąż nerwowo, chociaż tak bardzo nerwowo to już raczej niezbyt długo. W najgorszym razie potencjał Iranu zostanie mocno nadszarpnięty, ochrona przed atakami wzmocniona – choć oczywiście nie stuprocentowo pewna – a świat do nowej sytuacji się przyzwyczai. Tak to niestety działa.

Chyba że Iran dysponuje czymś, o czym nikt nie wie. Albo zatopi amerykański lotniskowiec, co z różnych powodów będzie dość trudne. Choć już udany atak na taki cel i jego wyeliminowanie na jakiś czas miałoby wielki wymiar propagandowy i wpłynęłoby na rynki. Tak czy inaczej, opcję jakichś zaskakujących rozwiązań zawsze trzeba brać pod uwagę.

Jest jeszcze jeden scenariusz. Taki, że ta wojna się po prostu zakończy. Oby tak właśnie się stało.

Podobne wpisy