Grecki scenariusz?
Polski przyrost długu publicznego wykazuje obecnie najwyższą dynamikę w Unii Europejskiej, nic więc dziwnego, iż agencje ratingowe Fitch i Moody’s dają nam perspektywę negatywną, a Komisja Europejska alarmuje, iż w tym tempie w 2036 r. osiągniemy pułap zadłużenia 107 proc. w relacji do PKB. Tak źle nie było jeszcze nigdy w najnowszej historii.
Nie wiem, czy pamiętają jeszcze Państwo taki obrazek z czasów pierwszego rządu Donalda Tuska. Jest rok 2009, światem wstrząsa kryzys finansowy, który w Unii Europejskiej spotęgowany jest dodatkowo kryzysem strefy euro. Tymczasem Donald Tusk na konferencji prasowej dumnie prezentuje mapę, z której wynika, iż Polska jest „zieloną wyspą” – na tle ogólnej mizerii i recesji, symbolizowanej czerwonym kolorem, Polska, niczym ostatnia wioska Galów, wyróżnia się na zielono z wynikiem 0,8 proc. wzrostu PKB. Trzeba jednak nadmienić, że prócz Polski była jeszcze jedna taka „wyspa” wzrostu – Grecja – z wynikiem 0,3 PKB na plusie. Rok później z Grecji nie było już czego zbierać. Kryzys zadłużeniowy wywołał zapaść, z której grecka gospodarka w zasadzie nie podniosła się do tej pory.
Na temat przyczyn greckiego krachu napisano całe tomy mądrych analiz, warto jednak zauważyć, iż jednym z czynników, które do tego doprowadziły, były… zbrojenia – o czym niedawno przypomniał w serwisie „X” inwestor Rafał Zorski. W latach poprzedzających załamanie Grecy wydawali na obronność 3,5–4,5 proc. PKB (a więc osiągali pułap, do którego dopiero od niedawna próbują doszlusować pozostałe państwa NATO) i należeli do czołowych importerów broni na świecie.
Zakupy kosztownego, głównie niemieckiego i francuskiego sprzętu, finansowano w ogromnej mierze z zagranicznych kredytów, w tym gwarantowanych przez niemieckie i francuskie systemy ubezpieczeń eksportowych Hermes i Coface, mających chronić rodzimych producentów przed niewypłacalnością kontrahenta. Kredyty te były korzystnie oprocentowane, co dodatkowo napędzało łatwość zadłużania się – ale tylko do czasu. Gdy cały ten finansowy domek z kart się zawalił, niemiecki i francuski system bankowy stanął przed widmem krachu, co tłumaczy bezwzględny nacisk na Grecję, by przyjęła międzynarodową „pomoc” (czyli kolejne pożyczki, które sprawiły, iż grecki dług publiczny poszybował ze 126 proc. PKB w 2009 r. do 180 proc. PKB w 2015), która trafiła finalnie do niemieckich i francuskich banków, ratując je przed bankructwem. Dokładnie z tych samych przyczyn wybito Grekom z głowy pomysł wyjścia ze strefy euro i powrotu do drachmy, za czym optował ówczesny minister finansów Janis Warufakis, którego szybko zmuszono do dymisji. Dodajmy jeszcze, iż greckie zbrojenia otaczał korupcyjny smrodek – minister obrony Akis Tsochatzopoulos zasiadł na ławie oskarżonych z zarzutem przyjęcia 26 mln euro łapówek m.in. za zakup niemieckich okrętów podwodnych (finalnie dostał 20 lat za oszustwa podatkowe, pranie brudnych pieniędzy i korupcję).
Co obce armie kupują w Polsce?
Trudno nie dostrzec analogii z obecną sytuacją Polski. Nasze zbrojenia również finansujemy w dużej mierze z zagranicznych linii kredytowych, na co teraz dodatkowo ma się nałożyć kolejna „korzystna” pożyczka, czyli SAFE – 44 mld euro spłacane do 2070 r. Problem w tym, iż nawet rząd nie jest w stanie podać, ile będzie nas to dobrodziejstwo kosztowało, biorąc pod uwagę odsetki i ryzyko kursowe – ostrożne szacunki mówią, iż ostatecznie spłacimy co najmniej drugie tyle, o ile nie więcej. To zadłużanie się nie byłoby może samo w sobie tragedią, gdyby było rekompensowane przez stabilne wpływy budżetowe i miało poduszkę bezpieczeństwa w postaci rezerw walutowych NBP. Tymczasem dług publiczny narasta wręcz lawinowo – na koniec 2025 r. przekroczył on już 1,95 bln zł, co oznacza wzrost o 322,6 mld zł rok do roku (prawie 20 proc.). W samym grudniu 2025 r. dług wzrósł o 43,1 mld zł. Zaowocowało to wzrostem w relacji do PKB z 52 proc. w 2024 do 58 proc. na koniec 2025 r., prognozy mówią zaś, iż w tym roku przekroczymy barierę 60 proc. Polski przyrost długu publicznego wykazuje obecnie najwyższą dynamikę w Unii Europejskiej, nic więc dziwnego, iż agencje ratingowe Fitch i Moody’s dają nam perspektywę negatywną, a Komisja Europejska alarmuje, iż w tym tempie w 2036 r. osiągniemy pułap zadłużenia 107 proc. w relacji do PKB. Tak źle nie było jeszcze nigdy w najnowszej historii.
Czy zatem, czeka nas grecki scenariusz? Na szczęście różnica jest taka, że Grecja należy do strefy euro, czyli jest gospodarczą kolonią, ubezwłasnowolnioną w zakresie polityki pieniężnej i zmuszoną do zadłużania się w obcej walucie, na którą nie miała i nie ma wpływu. My mamy złotówkę, co daje nam jakieś pole manewru, ale sam mechanizm wikłania się w skokowo rosnące zadłużenie jest wielce niepokojący, grozi bowiem efektem kuli śnieżnej i dojściem do momentu, gdy nie będziemy w stanie spłacać odsetek i „rolować” zadłużenia. Wtedy zaś przyjdzie Unia i nakaże nam to samo, co Grecji – drakońskie oszczędności i wyprzedaż aktywów oraz… przyjęcie euro. A że nie będziemy spełniali warunków? Spokojnie, Grecja też nie spełniała. Polska, ze swoją stosunkowo dużą gospodarką i własną walutą, jest bowiem chyba ostatnią znaczącą przeszkodą na drodze do stworzenia europejskiego, scentralizowanego „superpaństwa”, które miałoby powstawać w oparciu o kolejne „momenty hamiltonowskie” – i kto wie, czy nie o to właśnie w tym wszystkim chodzi.