Unia Europejska – regulacyjne supermocarstwo
„Pytanie nie brzmi, czy normy służą jakiemuś celowi publicznemu. Pytanie brzmi, kto odnosi największe korzyści ze sposobu ich tworzenia, egzekwowania i eksportowania. I coraz częściej odpowiedź brzmi: ani konsument, ani gospodarka wschodząca” – twierdzi Karl-Friedrich Israel.
Daniel Lacalle, profesor w IE Business School, a także wykładowca w London School of Economics, należący do grupy wpływowych ekonomistów, stwierdza na portalu Tomorrow’s Affairs, że „Unia Europejska nie jest orędownikiem wolnego handlu”.
UE sama sobie wrogiem jest
Dr Lacalle powołuje się przy tym na opinię Mario Draghiego, byłego szefa Europejskiego Banku Centralnego, który powiedział niedawno, że najwyższe cła na przemysł europejski nakłada sama Unia Europejska. Draghi wspomniał, że według obliczeń MFW wewnętrzne bariery w Europie równają się taryfom wynoszącym 45 proc. dla produkcji i 110 proc. dla usług, co znacznie ogranicza wielkość rynku dla europejskich firm.
Handel między krajami UE jest o połowę mniejszy niż między stanami USA! Przepisy w sektorze technologicznym obniżyły zyski małych firm technologicznych nawet o 12 proc., hamując innowacyjność w sektorze, który generuje 70 proc. PKB UE. Draghi twierdzi, że to „dobrowolne” obciążenie przeważa nad potencjalnym szkodliwym wpływem na rozwój gospodarczy ewentualnych taryf amerykańskich.
Koszt ukrytych taryf Unii Europejskiej powoduje wzrost cen dla konsumentów, ogranicza handel i szkodzi wzrostowi gospodarczemu. Sama Komisja Europejska szacuje, że obciążenia administracyjne wynikające z przepisów UE kosztują przedsiębiorstwa 100 mld euro rocznie. Jednak realna chęć wyeliminowania tych obciążeń jest bardzo niewielka.
Biurokracja unijna obciąża system
Karl-Friedrich Israel, profesor ekonomii na Université Catholique de l’Ouest (UCO) w Angers we Francji, pisze na portalu GIS, że protekcjonistyczna polityka Europy nie jest realizowana tylko za pomocą ceł. Przede wszystkim na straży tej polityki stoi rozrastający się system administracyjny regulujący handel.
Prof. Israel podaje przykłady kosztów, jakie państwa UE muszą ponieść, aby utrzymać unijną biurokrację handlową. Przykłady te ilustrują skalę problemu:
„Dyrekcja Generalna ds. Handlu Komisji Europejskiej zatrudnia około 700 urzędników do projektowania, negocjowania i nadzorowania polityki handlowej. Jednocześnie Program celny UE, który wspiera krajowe organy celne w zarządzaniu przepływami handlowymi, egzekwowaniu przepisów i infrastrukturze cyfrowej, otrzymał prawie 1 mld euro na lata 2021-027. Te liczby to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Pokazują one jedynie instytucjonalny rdzeń administracji handlowej i nie uwzględniają zarówno dodatkowych kosztów administracyjnych na poziomie krajowym, jak i znacznie wyższych kosztów przestrzegania przepisów ponoszonych przez firmy”.
Być może najbardziej wymowne są szacunki Komisji Europejskiej w ramach proponowanego programu reformy systemu celnego. Według oficjalnych prognoz przejście na bardziej cyfrowy i oparty na danych system celny mogłoby obniżyć koszty operacyjne nawet o 2 mld euro rocznie po pełnym wdrożeniu.
Biorąc pod uwagę powszechnie znane trudności, z jakimi borykają się urzędy administracji publicznej w osiąganiu oszczędności na dużą skalę, liczba ta pośrednio sugeruje, że obecny system jest niezwykle zasobochłonny. Innymi słowy, jeśli możliwe jest osiągnięcie 2 mld euro oszczędności rocznie, to obciążenie administracyjne musi być znacznie większe – uważa Karl-Friedrich Israel.
Polska potrzebuje WIĘCEJ broni ?!
Ograniczanie możliwości rozwoju
Uczony z Université Catholique de l’Ouest zwraca uwagę, że potrzeba istnienia tak rozbudowanej administracji celnej jest uzasadniana względami fiskalnymi, ponieważ cła stanowią około 14 proc. budżetu UE.
„Jednak takie ujęcie grozi zaciemnieniem podstawowej rzeczywistości ekonomicznej” – podkreśla Karl-Friedrich Israel. I przypomina, że „cła nie są ponoszone wyłącznie przez zagranicznych eksporterów, jak wielu zdaje się sądzić. Ich koszty są przynajmniej częściowo – a często w dużej mierze – przerzucane na nabywców w UE, niezależnie od tego, czy są to przedsiębiorstwa importujące dobra pośrednie, czy konsumenci kupujący produkty finalne.
Zarówno koszty administracyjne, jak i dochody z ceł przekładają się zatem na wyższe ceny i mniejszą siłę nabywczą na jednolitym rynku.
Ale zwiększone koszty dla producentów i konsumentów to nie wszystko, co wiąże się z rozbudowaną biurokracją i protekcjonizmem.
„Oprócz bezpośrednich obciążeń administracyjnych protekcjonizm pociąga za sobą dalekosiężne koszty ekonomiczne, które z czasem narastają. Handel to coś więcej niż tylko wymiana towarów; to centralny mechanizm, dzięki któremu gospodarki specjalizują się, wprowadzają innowacje i podnoszą poziom życia. Ograniczając dostęp do zagranicznych towarów i surowców, polityka protekcjonistyczna osłabia konkurencję, zniekształca sygnały cenowe i spowalnia proces dostosowań gospodarczych, który leży u podstaw długoterminowego wzrostu” – to ponownie opinia prof. Israela.
Imperium regulacyjne
W innym tekście zatytułowanym „Czy UE stosuje standardy jako broń?”, zamieszczonym także na GIS, francuski akademik stwierdza, że „UE zbudowała reputację ‘regulacyjnego supermocarstwa’ nie dzięki sile militarnej czy dominacji technologicznej, lecz kształtowaniu globalnych rynków za pomocą swoich przepisów”.
UE podkreśla, że tworzone przez nią przepisy mają nie tylko chronić konsumentów, ale także godność człowieka i promować etyczną formę kapitalizmu. Ponadto organizm składający się z dwudziestu siedmiu państw członkowskich, wielojęzyczny i wielojurysdykcyjny, z jednolitym rynkiem, potrzebuje zharmonizowanych przepisów, ponieważ wspierają one integrację rynku.
Należy też zwrócić uwagę, że wiele z tych regulacji ma obecnie zasięg globalny: firmy na całym świecie albo przestrzegają przepisów UE, albo tracą dostęp do lukratywnego rynku 450 mln konsumentów. Brukselski establishment wydaje się być z tego powodu zadowolony.
„Unia Europejska, jak argumentują, nie tylko chroni swoich obywateli, ale także prowadzi świat w kierunku wyższych standardów dotyczących własności prywatnej i sposobów zarządzania nią, zrównoważonego rozwoju i przejrzystości”.
Rzecz jednak w tym, że brak jest dowodów naukowych na to, że regulacje będą sprzyjać bezpieczeństwu i interesowi publicznemu. Tym bardziej brak jest takich dowodów na to, że tzw. europejskie wartości są motorem napędowym innowacji intelektualnych i rozwoju gospodarczego.
Polscy Kreatorzy Architektury – architekt Leszek Kalandyk: Jak zaprojektować dom z duszą?
Niewygodna prawda
Autor „Czy UE stosuje standardy jako broń?” uważa, że rzeczywistość jest inna, a przedstawione uzasadnienia to wygodne narracje polityczne.
„Przepisy rzadko są produktem bezstronnej, technokratycznej mądrości. Są kształtowane przez potężne grupy krajowe, zwłaszcza duże firmy, które czerpią korzyści z barier, jakie te przepisy stwarzają”.
Kręte ścieżki przepisów i wąskie cieśniny restrykcyjnych regulacji i norm stają się barierami nie do przejścia dla mniejszych podmiotów, zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Kosztowne systemy certyfikacji faworyzują ugruntowanych graczy, a niepewność prawna zniechęca nowych uczestników rynku.
Wszystko to wpisuje się w interesy głównych europejskich sektorów przemysłu – od chemicznego, przez farmaceutyczny, po rolno-spożywczy. Granice między rzekomymi celami etycznymi a interesem własnym silnych graczy ulegają rozmyciu.
Tym bardziej że – jak zaznacza Karl-Friedrich Israel – UE wybiórczo odwołuje się do swoich wartości, co ujawnia, że regulacje w równym stopniu służą kontrolowaniu siły rynkowej, co dobru publicznemu.
W tym świetle stanowisko UE w kwestiach regulacyjnych wydaje się mniej pryncypialne, a bardziej przypomina wyrafinowaną formę merkantylizmu.
„Pytanie nie brzmi, czy normy służą jakiemuś celowi publicznemu. Pytanie brzmi, kto odnosi największe korzyści ze sposobu ich tworzenia, egzekwowania i eksportowania. I coraz częściej odpowiedź brzmi: ani konsument, ani gospodarka wschodząca” – stwierdza Karl-Friedrich Israel.