Nabici w SAFE
Będziemy kupować przepłacony sprzęt na zasadzie „byle wydać pieniądze”, w ramach potencjalnie nielegalnego programu, finansując to z 45-letniej pożyczki uzależnionej od kaprysu Brukseli i udzielanej na nieznany procent.

8 maja ministrowie finansów (Andrzej Domański) i obrony narodowej (Władysław Kosiniak-Kamysz) podpisali wraz z przedstawicielami UE umowę dotyczącą pożyczki z programu SAFE – i nie jest to, niestety, dobra wiadomość. Okazuje się bowiem, iż w miarę jak projekt SAFE obleka się w ciało, potwierdzają się wszystkie zgłaszane przez sceptyków zastrzeżenia i obawy. Na dodatek inauguracja programu przebiegała w atmosferze absurdalnej propagandy, której dobrą próbkę stanowi komunikat MSWiA, iż dzięki unijnej pożyczce do funkcjonariuszy polskich służb trafią takie rarytasy jak broń, amunicja, hełmy, kamizelki kuloodporne czy noktowizory. Przypomnę, że mówimy o dwudziestej, dwudziestej pierwszej gospodarce świata, niedawno doproszonej do G20 – i tej gospodarki nie stać na samodzielne sfinansowanie służbom mundurowym elementarnego wyposażenia. To jest powód do wstydu, a nie triumfalistycznych obwieszczeń.
Przede wszystkim jednak tryb podpisania umowy jest rażącym naruszeniem Konstytucji – ta bowiem jasno stanowi w art. 89, iż ratyfikacja przez Rzeczpospolitą Polską umowy międzynarodowej i jej wypowiedzenie wymaga uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie, jeżeli umowa dotyczy znacznego obciążenia państwa pod względem finansowym. Pożyczka opiewająca na blisko 44 mld euro (ponad 185 mld zł), którą będziemy spłacać przez 45 lat, ewidentnie jest takim obciążeniem – a ponieważ dotycząca jej ustawa została zawetowana przez Prezydenta, powinien być to koniec całej historii.
Tymczasem do podpisania umowy doszło „na gębę” – na podstawie uchwały rządu, co w oczywisty sposób powinno skutkować odpowiedzialnością przed Trybunałem Stanu. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę premier Donald Tusk, toteż nie dziwi, iż wolał wydelegować swych podwładnych, by samemu nie zostawiać śladu na papierze.
Zresztą są poważne wątpliwości co do legalności samego SAFE – został on bowiem wprowadzony na mocy art. 122 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej dotyczącego przede wszystkim pomocy w obliczu trudnej sytuacji gospodarczej, klęsk żywiołowych bądź „nadzwyczajnych okoliczności” (a trudno uznać za „nadzwyczajną okoliczność” trwającą od czterech lat wojnę na Ukrainie). Użycie właśnie takiej podstawy prawnej miało na celu pominięcie w procesie decyzyjnym Parlamentu Europejskiego i jest teraz przedmiotem zainteresowania TSUE. Podobne zastrzeżenia zawarte zostały również w ubiegłorocznym raporcie Bundestagu – co, jak można się domyślać, dało niemieckiemu rządowi wygodną wymówkę, by wymigać się od uczestnictwa w tym przedsięwzięciu. Można więc powiedzieć, iż SAFE jest nielegalny podwójnie – zarówno na poziomie europejskim, jak i krajowym.
Czy Polska jest gotowa na kryzys lekowy? Lekcje z Ukrainy
Na powyższe nakłada się konstrukcja programu, sprowadzająca się w praktyce do ubezwłasnowolnienia państw-pożyczkobiorców. Fundusze będą wypłacane w transzach każdorazowo ocenianych przez Komisję Europejską pod kątem wykonania poprzednich etapów projektu – i w każdej chwili będą mogły zostać wstrzymane. Nad całością zaś będzie wisiał niesławny mechanizm warunkowości. Jak bardzo taka procedura narażona jest na upolitycznienie i uznaniowość ze strony KE, mogliśmy się przekonać przy okazji KPO. Do tego dochodzą ekstremalnie krótkie terminy zawierania kontraktów – z rodzimymi producentami musimy je podpisać do 30 maja, później w grę wchodzi już tylko kooperacja międzynarodowa.
Zważywszy, iż kolejnym warunkiem jest wymóg, by 65 proc. komponentów pochodziło z UE, oznacza to, że zostaniemy skazani na kupowanie gotowych produktów „z półki”, zamiast tworzenia bardziej dalekosiężnych, rozwojowych projektów. Realnym beneficjentem będą zatem państwa już teraz posiadające dobrze rozwinięty przemysł zbrojeniowy, do nich bowiem spłynie większość zamówień. Producenci oczywiście wykorzystają mocną pozycję przetargową, czego przedsmak mieliśmy w przypadku Rumunii, której Rheinmetall z dnia na dzień podniósł ceny o 30 proc. – i trudno spodziewać się, że w naszym przypadku będzie inaczej.
Zamiast programu inwestycyjnego mamy zatem program zakupowy, na dodatek o nieznanych do końca kosztach, gdyż – jak przyznali w końcu przedstawiciele rządu – nie wiemy, jakie będziemy płacili odsetki. Oprocentowanie kolejnych transz będzie wiadome dopiero wówczas, gdy Unia Europejska w naszym imieniu realnie pożyczy pieniądze na rynkach. Wszystko zatem będzie zależało od bieżącej sytuacji gospodarczej.
I tutaj wkracza cały na biało Europejski Bank Centralny, który jeszcze w tym roku planuje dwukrotnie podnieść stopy procentowe, co przełoży się na wyższe oprocentowanie obligacji i koszt pozyskiwania finansowania (obecnie główna stopa wynosi 2,15 proc., a rentowność europejskich obligacji opiewa na 3,35 proc.). Pytanie, ile jeszcze takich ruchów wykona EBC w najbliższych latach?
Podsumowując, będziemy kupować przepłacony sprzęt na zasadzie „byle wydać pieniądze”, w ramach potencjalnie nielegalnego programu, finansując to z 45-letniej pożyczki uzależnionej od kaprysu Brukseli i udzielanej na nieznany procent. Ależ koncertowo daliśmy się nabić w butelkę!