|

Budować relacje z lokalną społecznością

Kiedy mówimy o relacjach firmy z lokalną społecznością, bardzo łatwo wejść w język dużych korporacyjnych strategii czy programów CSR. Tymczasem z mojego doświadczenia wynika, że ta prawdziwa „sąsiedzkość” zaczyna się dużo wcześniej i bliżej codzienności.

Sławomir Murawski
dyrektor Manufaktury

Jej podstawą jest uważność i gotowość do słuchania. Bo każda firma, nawet duża, rozpoznawalna i ważna dla miasta, nie funkcjonuje w próżni.

W naszym przypadku ta odpowiedzialność była od początku czymś więcej niż wyborem wizerunkowym. Została nam niejako wpisana w historię tego miejsca. Zanim powstała współczesna Manufaktura, był tu ogromny kompleks fabryczny Izraela Poznańskiego – włókiennicze imperium, które przez dekady dawało pracę tysiącom łodzian. Ale to nie była tylko fabryka rozumiana jako miejsce produkcji, bo wokół niej toczyło się życie całej społeczności.

Pracownicy mieszkali w domach familijnych otaczających teren zakładów. Tu dorastały ich dzieci, działały zakładowe przedszkola, organizowano wydarzenia kulturalne, a rytm codzienności wyznaczała praca zmianowa. Przy trzyzmianowym systemie sąsiedzka pomoc nie była dodatkiem do życia, ale jego naturalną częścią. Ktoś odbierał dziecko, ktoś inny zajrzał do sąsiadki lub pomógł wtedy, kiedy rodzina była w pracy. To miejsce miało bardzo silny społeczny kod.

Wiedzieliśmy, że takiej przestrzeni nie możemy potraktować wyłącznie jako atrakcyjnej lokalizacji inwestycyjnej. Rewitalizacja nie mogła oznaczać wyczyszczenia pamięci miejsca i zastąpienia jej zupełnie nową opowieścią. Przeciwnie – chcieliśmy, żeby dawni włókniarze nadal mieli tu swoje miejsce, żeby czuli, że ta historia nie została zamknięta razem z bramą fabryki. Stąd obecność Stowarzyszenia byłych pracowników, ich spotkań, wspomnień i inicjatyw. Stąd też myślenie o Manufakturze jako przestrzeni otwartej dla mieszkańców – nie tylko klientów.

Wzajemność, cierpliwość, a nawet rezygnacja z własnej wygody

Dziś często mówi się, że firma powinna „angażować społeczność”. Dla mnie to sformułowanie bywa zbyt jednostronne, bo sugeruje, że firma wymyśla aktywność, a mieszkańcy mają w niej uczestniczyć. Relacje sąsiedzkie działają inaczej. One wymagają wzajemności, czasem cierpliwości, a nawet rezygnacji z własnej wygody. Sąsiedztwo polega na tym, że widzimy i słyszymy drugą stronę, nawet jeśli formalnie moglibyśmy powiedzieć: to nasz teren, a więc i nasza decyzja.

Dobrym tego przykładem jest koło młyńskie, które stanęło na rynku Manufaktury. To atrakcja turystyczna, wysoka na około 50 metrów, podświetlona tak, by przyciągała uwagę i budowała charakter miejsca. Zanim jednak została uruchomiona, zwróciła się do nas spółdzielnia mieszkaniowa z obawą, że światło będzie uciążliwe dla mieszkańców pobliskich budynków. Mogliśmy oczywiście podejść do tego formalnie: inwestycja stoi na naszym terenie, spełnia wymagania, działa zgodnie z przepisami. Tylko że nie na tym polega bycie dobrym sąsiadem.

Usiedliśmy do rozmowy z operatorem i zdecydowaliśmy, że koło będzie miało jedno, najbardziej neutralne, ciepłe oświetlenie, a zarówno sama atrakcja, jak i iluminacja będą wyłączane od godziny 22. To nie był wielki program społeczny, nie wymagał konferencji prasowej ani specjalnej kampanii. Była to po prostu decyzja wynikająca z szacunku dla ludzi, którzy mieszkają obok nas. Dla nas takie gesty są bardzo ważne, bo pokazują, że relacje z otoczeniem buduje się nie tylko przez duże projekty, ale przede wszystkim przez codzienne reakcje na realne potrzeby.

Wpływ

Zarządzając takimi miejscami trzeba pamiętać, że ich skala zawsze wpływa na miasto. Generujemy ruch, organizujemy wydarzenia, przyciągamy turystów, zmieniamy sposób korzystania z przestrzeni. To daje ogromne możliwości, ale też nakłada obowiązek przewidywania konsekwencji. Firma jako sąsiad powinna umieć zadać sobie pytanie nie tylko: „czy możemy to zrobić?”, ale także: „jak to wpłynie na ludzi wokół?”.

Podobne wpisy