Ukraina bantustanem Europy
Mamy obraz współczesnej Ukrainy – obraz państwa upadłego, kraju toczonego przez wszechobecną korupcję i przeżartego charakterystycznymi dla obszaru postsowieckiego mafijnymi układami.

Głośna sprawa polskiej firmy Control Process S.A., z którą władze Lwowa zerwały na przełomie marca i kwietnia kontrakt na budowę zakładu przetwarzania odpadów, skupia jak w soczewce rozliczne, przeżerające ukraińskie państwo patologie. Przypomnijmy, iż ta współfinansowana i nadzorowana przez EBOiR inwestycja miała być przykładem skutecznej polsko-ukraińskiej współpracy, skończyło się natomiast na międzynarodowym skandalu z wyraźnie aferalnym posmakiem – co więc poszło nie tak?
Według doniesień „Business Insidera” Control Process doprowadziło budowę do stanu 95 proc. wykonania – i w tym momencie władze Lwowa (konkretnie komunalna spółka celowa „Zielone Miasto”) postanowiły zerwać umowę, oskarżając polską firmę m.in. o opóźnienia. Control Process z kolei ripostuje, iż winę ponosi strona ukraińska, zalegająca z wypłatami za wykonane prace. Ponadto miasto nie wywiązało się z przygotowania zewnętrznej infrastruktury niezbędnej do dokończenia i uruchomienia projektu. Spór trafił przed międzynarodowy arbitraż, gdzie zarówno DAB (Komisja Rozstrzygania Sporów afiliowana przy FIDIC, czyli Międzynarodowej Federacji Inżynierów Konsultantów), jak i paryski sąd arbitrażowy ICC wydały decyzje na korzyść polskiego przedsiębiorstwa. Wszystkie te orzeczenia zostały zignorowane przez lwowskie władze, a mer Andrij Sadowy usiłuje przenieść postępowanie przed kijowski organ arbitrażowy (ICAC), co według orzeczenia ICC jest niezgodne zarówno z umową, jak i międzynarodowymi standardami wymagającymi, by postępowanie arbitrażowe toczyło się przed niezależnym organem mieszczącym się poza krajami macierzystymi stron sporu.
Jak podkreśla Control Process, w tej chwili szacowane straty opiewają na 17–18 mln euro – w tym 10 mln euro zaległości za wykonane roboty, 3,6 mln euro zerwanych gwarancji należytego wykonania oraz 4,9 mln euro kar nałożonych na Lwów przez arbitraż. Ponadto Lwów blokuje firmie dostęp do placu budowy, na którym pozostaje sprzęt o szacowanej wartości ok. 9,3 mln euro. Co więcej, na plac budowy nie został wpuszczony przedstawiciel polskiej ambasady, który miał na miejscu przyjrzeć się sprawie. Tymczasem miasto idzie „na rympał” – zajęło bankowe gwarancje i zapowiedziało wprowadzenie własnego wykonawcy, pomimo tego, iż zgodnie z kolejnymi wyrokami zerwanie umowy z Control Process było bezprawne, a kontrakt cały czas pozostaje w mocy. Osobnym skandalem jest postawa EBOiR, który bezpośrednio wyłożył na inwestycję 10 mln euro z unijnych funduszy plus 14,5 mln euro pożyczki. Tenże EBOiR jednak, wbrew decyzjom arbitrażowym, udzielił stronie ukraińskiej zezwolenia na zerwanie kontraktu, a teraz zachowuje milczenie, wspomagając tym samym bezprawne działania władz Lwowa. Jako że w projekt zostały zaangażowane środki unijne, o sprawie został już poinformowany Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF), jednak i to nie robi na lwowskich władzach i merze Sadowym wrażenia. Dodajmy, iż całkowity budżet projektu wynosi 40 mln 900 tys. euro, z czego Control Process otrzymało zaledwie 30 mln, a zatem (jak pyta cytowany przez Onet przedstawiciel firmy) gdzie jest pozostałe prawie 11 mln euro?
China Day | Poland Today with a visit in Chinese Embassy
Śpieszę z odpowiedzią – te pieniądze mają powędrować do tych, co trzeba. Władze Lwowa bowiem od początku preferowały innego wykonawcę, a Control Process wygrało przetarg dopiero po odwołaniu, stąd też ciągłe trudności, jakie firma napotykała podczas realizacji inwestycji. Najwyraźniej mer Sadowy wraz ze swoją kliką odczekał, aż projekt będzie na ukończeniu, by na ostatniej prostej zerwać kontrakt i wprowadzić na plac budowy swoich faworytów. Hipotezę tę pośrednio potwierdza fakt, iż wobec dyrektora „Zielonego Miasta” Aleksandra Jegorowa oraz lwowskich urzędników prowadzonych jest aktualnie kilkanaście postępowań karnych, w tym przez Prokuraturę Antykorupcyjną Ukrainy.
Mamy zatem obraz współczesnej Ukrainy w pigułce – kraju toczonego przez wszechobecną korupcję i przeżartego charakterystycznymi dla obszaru postsowieckiego mafijnymi układami. Dodajmy, iż te niemal 11 mln euro, z którymi Control Process będzie musiało się najprawdopodobniej pożegnać, to ponad 26,6 proc. wartości całego kontraktu – i tak należałoby, lekko licząc, szacować obecny poziom „renty korupcyjnej” na Ukrainie. Lwowska afera jest zarazem potężnym sygnałem ostrzegawczym dla polskich firm chcących partycypować w kontraktach na odbudowę Ukrainy – zwłaszcza w obliczu abdykacji polskiego państwa z budowania własnej „soft power” i sieci wpływów. Okazuje się bowiem, że przed samowolą władz nie chroni ani przestrzeganie międzynarodowych standardów, ani nawet wyroki międzynarodowych sądów – rzecz w cywilizowanych krajach nie do pomyślenia. Na powyższe nakłada się dodatkowo lwowska specyfika – a konkretnie jawnie probanderowskie i antypolskie nastawienie mera Sadowego. Wszystko to razem wzięte składa się na obraz państwa upadłego – nie dziwi więc, iż polscy przedsiębiorcy wolą się trzymać od tego europejskiego bantustanu z daleka.