Senat odrzuca referendum
Odrzucając prezydencki projekt referendum w sprawie polityki klimatycznej, Senat postanowił odmówić Polakom wypowiedzenia się w sprawie, która niedawno była przedmiotem powszechnego głosowania choćby w Szwajcarii.

W czwartek 6 sierpnia senatorowie po raz drugi odrzucili wniosek prezydenta w sprawie referendum dotyczącego unijnej polityki klimatycznej. Po raz pierwszy Karol Nawrocki podjął próbę przeprowadzenia ogólnopolskiego głosowania już w maju. Wówczas, zgodnie ze zgłoszonym do Izby Wyższej wnioskiem, referendum miało się odbyć 27 września, a postawione w nim pytanie miało brzmieć: „Czy jest pan/pani za realizacją polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”.
Ponowna próba
Zdominowany przez rządzącą koalicję Senat bez wahania odrzucił wniosek Nawrockiego, zwracając uwagę na to, że jest ono wadliwie sformułowane. I rzeczywiście, w majowym wniosku zawarte zostało sformułowanie zanadto zabarwione z góry przyjętą negatywną oceną polityki klimatycznej. Pracownicy Kancelarii Prezydenta zakładali najwidoczniej, że jeszcze w samej treści kluczowego pytania należy wyborcom zasugerować, jaką powinni podjąć decyzję. Gdyby podążać tą ścieżką w referendum dotyczącym odwołania prezydenta miasta, w zadawanym pytaniu powinno się uwzględnić największe błędy włodarza, a przecież nigdzie się tego nie praktykuje.
Tym samym prezydent dostarczył rządzącym łatwego pretekstu do tego, aby odrzucić jego wniosek i odsunąć rozstrzygnięcie całej kwestii przynajmniej na kilka miesięcy. Pałac Prezydencki przeredagował proponowane pytanie, które uzyskało ostatecznie kształt: „Czy jest Pan/Pani za realizacją przez Polskę polityki klimatycznej Unii Europejskiej?”. Jak można się było jednak spodziewać, posiadająca w Senacie większość koalicja, w skład której wchodzi KO, Trzecia Droga i Lewica, odrzuciła wniosek, wskazując jedynie w trakcie dyskusji na konieczność zwiększenia poziomu inwestycji w tzw. „czystą energię”.
Przynależna prezydentowi inicjatywa organizacji referendów była dotąd w Polsce wykorzystywana w bardzo nikłym stopniu. Nie licząc referendum uwłaszczeniowego Lecha Wałęsy oraz referendum Bronisława Komorowskiego z 2015 r., powszechne głosowanie zaproponowane przez Głowę Państwa to prawdziwa rzadkość. Wiele wskazuje na to, że przy obecnym kształcie sceny politycznej oraz systemie władzy premiującym Sejm szybko się to nie zmieni.
Przebić się przez zaporę lobbystów
Odbędzie się to niestety z wielką szkodą dla Polaków, którzy, delegując swoje poparcie na posłów, senatorów, prezydenta i samorządowców, bardzo rzadko mogą wypowiedzieć się na jakikolwiek temat w sposób bezpośredni. W przypadku polityki klimatycznej ma to szczególne znaczenie, ponieważ jak mało który obszar współczesnego życia publicznego podlega ona ogromnemu lobbingowi. Znacząca część polityków, ale także dziennikarzy i ekspertów, pełni w istocie rolę lobbystów, starających się wymusić na opinii publicznej bezwarunkowe przyjęcie narracji o rzekomej konieczności ratowania całego globu przed nadciągającą katastrofą. Każdy kolejny szczyt klimatyczny jest tak naprawdę wielką konferencją biznesową, a ogrom środków publicznych przeznaczanych na projekty określane jako zeroemisyjne zdążył już wytworzyć potężną armię beneficjentów, obejmującą zarówno sektor publiczny, jak i prywatny. Głos obywateli w ewentualnym referendum miałby więc wyjątkowo duże znaczenie, ponieważ to właśnie ogół społeczeństwa jest traktowany jako przedmiot, a nie podmiot polityki klimatycznej, i to ogół społeczeństwa ma ponosić realny koszt jej wdrażania.
Do głosowania, jak już jednak wiadomo, nie dojdzie. Mimo iż obecna większość w Senacie odrzuciłaby zapewne praktycznie każdą inicjatywę Prezydenta w tym zakresie, warto mimo wszystko zastanowić się, czy druga próba sformułowania pytania była rzeczywiście udana. Zwracając się bowiem o ocenę całej polityki klimatycznej Unii Europejskiej, Karol Nawrocki postawił sprawę w bardzo maksymalistycznej perspektywie. Wiadomo przecież, że obecne przywództwo unijne traktuje cele klimatyczne jako część swojej tożsamości, a Ursula von der Leyen i jej komisarze wielokrotnie dawali do zrozumienia, że nie można przynależeć do UE, nie akceptując jednocześnie jej zeroemisyjnych założeń. Na forum unijnym dopuszcza się co najwyżej debatę na temat rozmaitych okresów ochronnych, czasowych zwolnień lub opóźnień, lecz kwestionowanie samej polityki klimatycznej zwyczajnie nie wchodzi w rachubę.
Niestety, Karol Nawrocki nie wziął tego pod uwagę, podobnie jak nie docenił należycie ogromnego wciąż poparcia dla polskiej obecności w Unii Europejskiej. Druga wersja referendalnego pytania, wbrew wszelkim pozorom, była tak naprawdę pytaniem o pozostanie Polski we wspólnocie. Gdyby referendum miało mimo wszystko zostać sformułowane, należałoby raczej zadać w nim pytanie o najbardziej bolesne dla polskiego przemysłu, rolnictwa i konsumentów komponenty polityki klimatycznej. Sama polityka klimatyczna obejmuje przecież ogromną ilość mechanizmów, przepisów i zobowiązań, których chęć odrzucenia wikłałaby rządzących w obecnych warunkach w zbyt wielką liczbę komplikacji natury prawnej i formalnej.
Przedstawiciele Pałacu Prezydenckiego nie kryli, że sednem ich inicjatywy jest umożliwienie odrzucenia systemu EU ETS. Gdyby za sprawą głosu obywateli udało się uchylić jego obowiązywanie, stanowiłoby to samo w sobie poważny cios dla całej polityki klimatycznej. Handel pozwoleniami na emisję CO2 stanowi bowiem rodzaj punktu węzłowego całej zielonej polityki, ponieważ tworzy mechanizm uzasadniający cały zestaw inwestycji oraz przekierowania kapitału publicznego i prywatnego ku nowo zdefiniowanym celom. Bez niego cała reszta polityki klimatycznej staje się trudna do realizacji.
Influencerka jako firma. Wiktoria Niedźwiedź o zasięgach i pieniądzach | Show&Biznes
Czy tak wygląda demokracja?
Senatorowie obozu rządzącego pozbawili Polaków możliwości odniesienia się do zasadności realizowania celów klimatycznych, choć przejmując pod koniec 2023 r. władzę, przekonywali, że przywracają Polsce demokrację. Nie pierwszy raz okazuje się, że demokracja jest wykorzystywana jako użyteczne hasło, które nie przekłada się na praktykę sprawowania władzy, gdy tylko przeszkadza rządzącym w realizacji własnych celów.
A przecież są w Europie kraje, w których kwestie związane z polityką klimatyczną zostały już poddane głosowaniom powszechnym. Pokazuje to choćby referendum z 2023 r. ze Szwajcarii, w którym decydowano o ustawie klimatycznej i innowacyjnej. Szwajcarów pytano o to, czy chcą podtrzymania celu w postaci osiągnięcia zeroemisyjności do 2050 r., wsparcia finansowego dla zmieniających systemy ogrzewania oraz zmniejszenia uzależnienia od paliw kopalnych. Wbrew intencjom inicjatorów głosowania, czyli Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP), wyborcy zadecydowali o przyjęciu ustawy przy niemal 45-procentowej frekwencji.
Dla bogatej Szwajcarii udźwignięcie kosztów zielonej transformacji wydaje się dużo mniej problematyczne niż w przypadku Polski, która jest krajem będącym wiecznie na dorobku. Wynik ewentualnego referendum przeprowadzonego nad Wisłą byłby więc zdecydowanie mniej korzystny niż w alpejskim kraju. Obawiając się tego, Senat postanowił nie dopuścić do tak wyrazistego głosu sprzeciwu, choć wedle wszelkiego prawdopodobieństwa uporczywe trzymanie się Zielonego Ładu przez unijny establishment doprowadzi ostatecznie do jeszcze większego wzrostu niezadowolenia opinii publicznej i w konsekwencji odrzucenia go przez coraz bardziej sceptyczne wobec polityki klimatycznej rządy państw członkowskich.