25.8 C
Warszawa
niedziela, 3 lipca 2022

Murzyni Europy

Koniecznie przeczytaj

Kiedy Polacy zaczną zarabiać więcej?

Kilka tygodni temu Sejm przegłosował od dawna zapowiadaną ustawę o minimalnej stawce godzinowej za pracę. Zapisano w niej, że minimalna stawka wyniesie 12 zł za godzinę, ale kwota waloryzowana będzie co roku, w zależności od wzrostu minimalnego wynagrodzenia za pracę na etacie. Taka minimalna kwota ma mieć zastosowanie do wszystkich umów, bez względu na sposób ustalania wynagrodzenia. Zapłata wynikająca z zastosowania minimalnej stawki godzinowej ma być przekazywana w formie pieniężnej co najmniej raz w miesiącu. Wyłączenia z zasady minimalnego godzinowego wynagrodzenia za pracę mają dotyczyć jedynie kilku przypadków, w tym m.in. rodzinnych domów pomocy, umów cywilnoprawnych przy opiece nad uczestnikami wycieczek. Nie będzie się także odnosiła do zleceniobiorcy samodzielnie ustalającego miejsce i czas realizacji zadań, jeśli jego wynagrodzenie będzie zależało wyłącznie od osiągniętego rezultatu. W świetle nowej ustawy Państwowa Inspekcja Pracy (PIP) będzie mogła bez uprzedzenia, w każdej chwili dokonać kontroli przestrzegania nowych przepisów. Krótko mówiąc, PIP będzie mogła zbadać, czy podmiot kontrolowany wypłacił minimalną stawkę godzinową. Będzie też mogła wydać polecenie wypłaty wynagrodzenia w wymaganej przez ustawę wysokości. W nowej ustawie przewidziano także sankcje za niestosowanie się do jej przepisów. Za wypłacanie wygrodzenia w wysokości niższej od obowiązującej minimalnej stawki godzinowej grozić będzie teraz kara grzywny w wysokości od 1 tys. do 30 tys. zł. Wszystkie przepisy nowej ustawy wejdą w życie z dniem 1 stycznia 2017 r.

Na pewno wielu pracowników niewielkich sklepów, sieci handlowych, firm ochroniarskich i sprzątających przyjętą ustawę powitało z zadowoleniem. W końcu nie będą pracowali za stawkę na poziomie 3–5 zł za godzinę, jak to było do tej pory, ale za 12 zł, co spowoduje, że ich wynagrodzenie będzie większe. Z kolei wielu pracodawców widzi w nowej ustawie zagrożenie redukcji wielu miejsc pracy. Jako przykład podają przypadek sklepu, w którym na umowę zlecenie zatrudnione są trzy kasjerki. Po wprowadzeniu stawki minimalnej za godzinę pracodawca, aby zredukować koszty, będzie zmuszony zwolnić jedną z nich. Zapewne zrobi tak, pomimo że dwie kasjerki nie będą w stanie osiągnąć wydajności trzech. A jeśli tak nie postąpi, to pozostaje mu tylko jedno rozwiązanie: nielegalne zatrudnienie i ryzyko niespodziewanej kontroli Państwowej Inspekcji Pracy.

Tak czy inaczej, realizacja przepisów nowej ustawy jest na pewno jakimś krokiem w kierunku poprawy płac Polaków, które należą dzisiaj do najniższych w unijnej Europie. Nie oznacza to jednak, że nie będzie ona niosła za sobą żadnych skutków ubocznych.

Zatrudnieni w kraju

Jak podaje GUS przeciętne miesięczne wynagrodzenie (w sektorze przedsiębiorstw) na koniec czerwca 2016 r., wynosiło 4252,19 zł i było wyższe o 5,3 proc. niż w czerwcu ubiegłego roku. To jednak niewiele mówi o realnych zarobkach Polaków. Wymieniona przez GUS wysokość przeciętnego wynagrodzenia (w sektorze przedsiębiorstw) jest nieosiągalna dla 2/3 pracujących. Ci ludzie mogą nie bez racji uważać, że jest im znacznie bliżej do minimalnej płacy, którą GUS na koniec czerwca 2016 r. wyliczył na 1852 zł. Wprawdzie wynagrodzenia w Polsce w ostatnich latach rosły, ale dla zdecydowanej większości Polaków nie było to w żaden sposób odczuwalne. Eksperci podkreślają, że w ciągu ostatnich siedmiu lat (2008–2015) przeciętna płaca w Polsce wzrosła jedynie o 25 proc., co plasuje nas w dolnym przedziale statystyk europejskich. Zakładając, że przeciętne miesięczne pobory (w sektorze przedsiębiorstw) w Polsce to około 900 euro, to nadal jest ona kilkakrotnie niższa od przeciętnej pensji w krajach Europy Zachodniej. W przypadku naszych sąsiadów Niemców, a także Wielkiej Brytanii, jest ona niższa ponad czterokrotnie, natomiast w przypadku europejskiej czołówki w tym zakresie, czyli Szwajcarów, Luksemburczyków i Duńczyków jest aż sześciokrotnie mniejsza. Pod względem wysokości przeciętnego wynagrodzenia, wyprzedzają nas dzisiaj praktycznie wszyscy w Europie, łącznie z pogrążoną w głębokim kryzysie i zadłużoną Grecją. Polska zajmuje w tym rankingu 23. miejsce, za nią są tylko Litwa, Bułgaria i Ukraina. Jeszcze gorzej w aspekcie wynagrodzeń wygląda nasz kraj w świetle opublikowanego przed kilkoma tygodniami raportu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), w którym pod względem zarobków (sklasyfikowano 34 kraje świata) zostaliśmy usytuowani na samym końcu, za nami znalazły się tylko Chile i Meksyk. Jednak o złej sytuacji w tym zakresie świadczy również to, że w naszym kraju aż 10,6 proc. ogółu zatrudnionych zagrożona jest ubóstwem. To znacznie więcej niż w innych państwach europejskich. Dla porównania, w Czechach zagrożeni ubóstwem wśród zatrudnionych stanowią jedynie 3,6 proc., a na Węgrzech 6,4 proc. Kiepsko wypadamy również, jeśli idzie o koszta godziny pracy, na które składają się płace dla pracownika i dodatkowe opłaty płacowe ponoszone przez pracodawcę, w tym koszt składek na ubezpieczenie, urlop, czy kontynuacja wypłaty pensji w razie choroby. Najwięcej kosztuje godzina pracy w Danii: 42,7 euro. Dalsze miejsca w rankingu 28 unijnych państw zajmują: Belgia (41,1 euro), Szwecja (40,1) i Luksemburg (36,0). Niemcy są na ósmym miejscu, a najniższe koszty pracy są w Bułgarii: 4,1 euro. Polska z 8,4 euro za godzinę pracy plasuje się na równie dalekim 23. miejscu, za Czechami (10,1) i Chorwacją (9,5), a przed Węgrami (8,1 euro), Łotwą (7,5), Litwą (6,9) i Rumunią (5,0). Oznacza to, że praca jest u nas tania.

Polacy zaliczają się też do najdłużej pracujących. We wspomnianym raporcie OECD wymieniono, że Polak pracuje aż 1963 godzin rocznie. W Europie więcej pracują tylko posądzani o lenistwo Grecy – 2042 godzin rocznie i Rosjanie – 1978 godzin. Krótko mówiąc, pracujemy długo i do tego mało zarabiamy. Jak się jednak okazuje, pracujemy również w mało komfortowych warunkach. Blisko jedna trzecia Polaków jest zatrudniona na tzw. umowach tymczasowych, co jest najwyższym wskaźnikiem w Europie. Dotyczy to w szczególności ludzi młodych (do 24. roku życia), spośród których aż 71,2 proc. zatrudniona jest w taki właśnie sposób. To jednocześnie wskazuje, że młodzi ludzie w Polsce napotykają ogromne problemy z wejściem na rynek pracy (niemal co trzeci absolwent uczelni wyższych w Polsce jest zarejestrowany jako bezrobotny). Reasumując: głodowe płace i nadużywanie przez pracodawców umów cywilno-prawnych, a także wiele innych form wyzysku, jakie istnieją na naszym rynku pracy sprawia, że w Polsce pracuje się w naprawdę ekstremalnych warunkach. Nic dziwnego, że Polacy są przepracowani, przemęczeni i zestresowani, co nie tylko obniża wydajność pracy, sprzyja wypadkom, lecz także pogarsza stosunki pomiędzy nimi a pracodawcami oraz zaburza relacje pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym. Na brak poczucia bezpieczeństwa na rynku pracy w Polsce zwrócił również uwagę wspomniany raport OECD, w którym nasz kraj został zajął pod tym względem 30. miejsce, wśród 34 sklasyfikowanych państw. Nie powinno nas to dziwić. Wystarczy wspomnieć, że 30 proc. zatrudnionych Polaków (pracują na umowach tymczasowych) pracuje z poczuciem ciągłej niepewności. Nie mając szansy na szkolenia i awanse, tak naprawdę nie mają żadnej zawodowej perspektywy. Jak się okazuje, z konieczności muszą ograniczać także plany życiowe, bo banki traktują ich jako niewiarygodnych klientów i kredyt jest dla nich nieosiągalny. Mając tego świadomość, często dochodzą do wniosku, że taką samą pracę, jaką wykonują w Polsce, mogą wykonywać na Zachodzie, ale za wielokrotnie większe pieniądze. To wszystko sprawia, że Polacy dzisiaj znacznie częściej od obywateli innych środkowoeuropejskich krajów szukają szczęścia za granicą, wierząc, że tam znajdą wreszcie lepiej płatną pracę.

Emigracja zarobkowa Polaków ma swoje przyczyny. Kolejne polskie rządy, zamiast tworzyć miejsca pracy, godziły się na to, aby poszukujący jej Polacy wyjeżdżali. Zresztą dzięki emigracji zarobkowej stopa bezrobocia nie rosła tak gwałtownie, jak można się było tego spodziewać. Politycy jednak lukrowali tę okrutną prawdę. W swoim czasie premier Donald Tusk wolał nawet nie używać słowa emigracja zarobkowa, wmawiając opinii publicznej w Polsce, że są to jedynie czasowe wyjazdy Polaków za granicę w celu zdobycia cennych doświadczeń zawodowych. W wyniku takiej polityki na emigracji znalazły się w ostatnich latach blisko dwa miliony Polaków, co stanowi około 5 proc. polskiego społeczeństwa. Jednak statystycy z GUS w nieoficjalnych rozmowach stwierdzają, że to dane oficjalne. W rzeczywistości liczba Polaków, którzy aktualnie przebywają za granicą w celach zarobkowych, może sięgać nawet 6 mln, czyli około 15 proc. społeczeństwa. Najwięcej Polaków wyjechało do Wielkiej Brytanii – 642 tys. i do Niemiec – około 560 tys. Sporą liczbę wśród polskich emigrantów stanowią Polacy w Irlandii, chociaż kraj ten z uwagi na kryzys gospodarczy, jakim został niedawno dotknięty, jest już znacznie mniej atrakcyjnym zarobkowo dla naszych obywateli. Mimo tego nadal przebywa ich tam jednak prawie 115 tysięcy. Na kolejnym miejscu znajdują się kraje skandynawskie (Norwegia, Szwecja, Dania). Kierunkami emigracji zarobkowej Polaków są także inne państwa europejskie, w tym m.in.: Włochy, Holandia, Francja, Hiszpania oraz Austria. Jak szacują eksperci, ponad 43 proc. Polaków pracuje na Zachodzie Europy za stawkę nieprzekraczającą stawki minimalnej, czyli 1,5 tysiąca euro. W Wielkiej Brytanii, która jest od wielu lata najważniejszym krajem emigracji zarobkowej Polaków, zarabiają przeciętnie 1300 funtów. Mniej więcej połowę tej sumy wydają na życie na Wyspach. Jak wynika z raportu brytyjskiego Instytutu Badań nad Polityką Państwa (IPPR), polscy imigranci są w Wielkiej Brytanii najgorzej opłacaną grupą spośród 26 społeczności imigranckich obecnych na brytyjskim rynku pracy, a zarazem jedną z najciężej pracujących. Zarabiają średnio 7,30 funta za godzinę (wobec ustawowego minimum 5,25 funta), a w tygodniu pracują średnio 41,5 godziny. Wykonują najczęściej prace, których nie tylko podjęliby się Brytyjczycy, ale nie garną się do nich nawet gastarbeiterzy z innych krajów. Nie inaczej jest zresztą pozostałej części Europy, gdzie Polacy również pracują za bardzo niskie stawki. Tak jest m.in. w Belgii, gdzie pracodawcy zmuszają ich do pracy w nadgodzinach i w bardzo ciężkich warunkach pozbawiając ich przy tym osłon socjalnych i bardzo często nie wypłacając nawet pensji minimalnych. W największym stopniu dotyczy to firm sektora spożywczego, a zwłaszcza słynnych belgijskich rzeźni. Polacy pracują tam najczęściej za jedną trzecią stawki, jaką zarabiają Belgowie. Przyczyn takiego wykorzystywania naszych rodaków. Oprócz braku znajomości języka, Polacy nie mają tam żadnej pomocy prawnej, aby móc poskarżyć się odpowiednim instytucjom, że są bezwzględnie wykorzystywania przez pracodawców. Nie inaczej jest w Danii, w której płace należą do najwyższych w Europie. Tam również Polacy pracują za znacznie niższe stawki niż Duńczycy. Zazwyczaj otrzymują połowę (75 koron) z ustawowej stawki minimalnej, która wynosi w Danii 150 koron. Jednak Polacy nie mają tam specjalnego wyboru: godzą się na takie warunki. Jak się okazuje, na podobne traktowanie godzą się również polskie firmy wykonujące prace na tamtejszym rynku. Kilka lat temu głośno było o polskim przedsiębiorstwie z województwa pomorskiego, którą władze Arhus na Półwyspie Jutlandzkim postanowiły zatrudnić do przebudowy chodników miejskich. Jak komunikowali przedstawiciele duńskiego miasta, wybrano ją dlatego, że przyjęła minimalną i trudną do zaakceptowania dla firm duńskich stawkę godzinową. Jednak na kanwie tego przypadku (został mocno nagłośniony przez duńskie media), duńskie związki zawodowe – a także przedstawiciele wielu instytucji – uznały, że taka sytuacja psuje rynek pracy. Podkreślano, że polityka płacowa duńskich pracodawców, nawet tych publicznych, jakimi są samorządy, może doprowadzić do stałego wykluczenia z rynku duńskich pracowników. I że grozi to w przyszłości utrwaleniem praktyki ich zastępowania firmami z Polski, co może przynieść niepożądane skutki społeczne.

Krótko mówiąc, Polacy są dzisiaj za granicą tanią siłą roboczą. Wykonują prace, które dla obywateli państw, do których przybywają, nie są atrakcyjne. Wykonują je przy tym za znacznie niższe stawki.

———————–

Więcej w najnowszej “Gazecie Finansowej”.

Autor

Najnowsze