25.7 C
Warszawa
poniedziałek, 4 lipca 2022

VAT-owska łamigłówka

Koniecznie przeczytaj

Dopóki uszczelnianie dziury VAT będzie polegało na penalizacji przedsiębiorczości, a nie na zmianie reżimu podatkowego, dopóty cierpieć na tym będzie aktywność gospodarcza, a w szarej strefie powstaną udoskonalone formy malwersacji podatkowych.

Na początku 2017 roku rząd wejdzie w kluczową fazę batalii z wyłudzeniami podatku VAT. Na razie VAT-owska luka łatana jest kosztem nękanych kontrolami przedsiębiorców. Zapowiadane zmiany znane są z zachodnich reżimów podatkowych i tam nie zawsze okazywały się skuteczne. Przy obecnych stawkach VAT skłonność do oszustw podatkowych nie zmaleje. Oszuści podatkowi pozostaną w szarej strefie i dostosują się do nowych przepisów, tworząc zaawansowane hybrydy karuzeli podatkowych. Jak z tym walczyć pokazała Rumunia, która odnotowała wzrost wpływów do budżetu po tym, jak obniżyła stawki większości podatków.

Budżet Państwa (BP) traci rocznie ok. 53 mld zł na oszustwach podatkowych związanych z wyłudzeniami VAT. To aż 27 proc. wszystkich wpływów do BP, podczas gdy średnia UE wynosi 15 proc. Przy takiej ściągalności podatków do BP wpłynęłoby dodatkowe 26 mld złotych rocznie, co pozwoliłoby sfinansować program „500+” (koszt 24 mld zł rocznie). Rząd wie, że znalazł się w finansowym pacie. W desperacki sposób próbuje zdobyć brakujące sumy, mnożąc kontrole skarbowe. MF chwali się, że w pierwszym półroczu tego roku dochody podatkowe wzrosły o 7,4 proc. rok do roku. Odbyło się to jednak kosztem uczciwych przedsiębiorców, którzy zamiast skupić się na rozwoju firmy, musieli udowadniać fiskusowi, że działali zgodnie z prawem. W trakcie pierwszych sześciu miesięcy tego roku kontrolerzy skarbowi zdecydowali o nałożeniu na przedsiębiorców podatku na kwotę 9,6 mld zł. To o 36,6 proc. więcej niż w analogicznym okresie zeszłego roku. W wyniku kontroli do budżetu wpłynęło realnie 566,7 mln zł, czyli o 35,7 proc. więcej niż rok temu. Oznacza to, że większość przedsiębiorców nie zgadza się z decyzjami kontrolerów i kieruje sprawę na drogę odwoławczą. Cierpi na tym cała gospodarka, w której penalizacja przedsiębiorczości dusi przejawy aktywności gospodarczej. Zgodnie z polskim prawem na czas kontroli podatkowej zamrażane są wszystkie zwroty VAT-u. Dlatego kontrolerzy wstrzymali zwrot daniny na kwotę 832 mln zł, co oznacza wzrost o 71,3 proc względem poprzedniego roku. Dla niektórych przedsiębiorstw oznacza to utratę płynności finansowej, co w wielu przypadkach wiąże się z bankructwem. Dwa lata temu firma „CH Nexa” z Zamościa zakończyła działalność, po tym, jak fiskus wstrzymał zwrot należnego VAT-u w kwocie 30 mln zł, pomimo iż kontrole nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Na bruku wylądowało 170 pracowników. Takich przypadków są tysiące. Czy są jakieś alternatywy dla szkodliwego „talmudyzmu biurokracji skarbowej”?

Obowiązujące uszczelniacze

Ministerstwo Finansów pracuje nad systemowym rozwiązaniem problemu. Chodzi o wprowadzenie w życie kilku „uszczelniaczy”, które mogłyby ukrócić proceder wyłudzenia VAT-u. Niektóre propozycje należy pochwalić, inne podać w wątpliwość.

Od pierwszego sierpnia obowiązuje tzw. pakiet paliwowy, tj. nowelizacja ustaw o VAT i akcyzie, Prawa Energetycznego oraz ustawy o zapasach paliw. Nowe przepisy mają uszczelnić VAT od importowanych paliw z innych krajów Unii Europejskiej. Ma to przynieść dodatkowe 2,5 mld zł rocznie. W myśl nowych postanowień podatek trzeba uiścić w ciągu pięciu dni od momentu, gdy surowiec przekroczy granicę. Do tej pory obrót wewnątrzwspólnotowy (WDT) był co do zasady wolny od VAT, w myśl reguły, że danina jest nakładana w kraju, w którym artykuł zostanie skonsumowany (VAT nie jest doliczony do ceny towaru, lecz jest naliczany przez nabywcę w państwie swojej siedziby). Problem w tym, że przepisy znajdują zastosowanie tylko przy obrocie przekraczającym 40 mln złotych. Wystarczy, że dostawa surowca rozłoży się na kilka pociągów z cysternami, a oszust znów będzie mógł wykazać VAT tylko w zapisie księgowym, nie rozliczając się realnie z fiskusem. Kierunek zmian dobry, ale pisany na kolanie, pod presją kolejnych socjalnych obietnic.

Innym działającym już rozwiązaniem jest tzw. Jednolity Plik Kontrolny (JPK). Od 1 lipca przedsiębiorstwa, które zatrudniają 250 lub więcej pracowników bądź wykazują 50 mln (i więcej) obrotów i 43 mln aktywów (tzw. duże przedsiębiorstwa), przesyłają informacje do urzędów skarbowych za pomocą JPK. Od lipca 2018 roku obowiązkiem tym zostaną objęte wszystkie przedsiębiorstwa (małe i średnie oraz mikro). Rozwiązanie to ma przynieść do budżetu dodatkowe 200-300 mln zł. Chciałoby się zapytać, dlaczego dopiero teraz? Odpowiedniki JPK działają z powodzeniem od kilku lat w większości krajów Europy Zachodniej. Przykładowo w Portugalii, po wprowadzeniu JPK luka VAT zmalała o kilka punktów procentowych.

Karuzele podatkowe

Mechanizm wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów (WDT) to zmora dla budżetów krajów członkowskich UE (w Polsce funkcjonuje od 2004, z racji wstąpienie do Wspólnoty). To, co miało ułatwić wymianę handlową, stało się zachętą dla oszustów podatkowych. To na WDT opierają się skomplikowane karuzele podatkowe. Najprostszy mechanizm karuzeli polega na wykorzystaniu tzw. znikającego handlowca (firma „słup”), który, wprowadziwszy do gospodarki towar z innego kraju, nie odprowadza należnego podatku VAT. Następnie towar krąży pomiędzy tzw. buforami (często przedsiębiorstwa nieświadome swojej roli w procederze). W modelowym przykładzie karuzeli podatkowej na samym końcu pojawia się tzw. broker, który odsprzedaje towar za granicę (dokonuje więc WDT) i występuje o zwrot podatku naliczonego, zapłaconego przy okazji wcześniejszego nabycia towaru. W skrajnych przypadkach liczba buforów może wynieść ponad 500. Te same towary mogą wielokrotnie pokonywać łańcuch dostaw.

W nowych przepisach, które rząd niedługo przedstawi, Ministerstwo Finansów chce wykorzystać dwie instytucje prawne, które mogłyby zminimalizować straty z tytułu karuzeli podatkowych. Pierwszą z nich jest tzw. mechanizm odwrotnego obciążenia, drugą – odpowiedzialność solidarna nabywcy. Obie instytucje znajdują się już w polskim reżimie prawnym, z tym że ich zastosowanie często okazuje się chybione. Mechanizm odwrotnego obciążenia zmienia metodę poboru daniny. Standardowo to nabywca towaru (lub usługi) płaci podatek VAT, który jest zawarty w cenie netto. Podatek ten jest rozliczany z fiskusem przez dostawcę (sprzedawcę towaru). Rodzi się tutaj pokusa, by zatrzymać dla siebie podatek VAT. W mechanizmie odwróconego obciążenia to nabywca odprowadza daninę do urzędu skarbowego. Z jego punktu widzenia taka operacja ma charakter neutralny, taki bowiem nabywca wykazuje podatek VAT jako daninę naliczoną, która podlega odliczeniu. „Odwrócony VAT” obowiązuje na dziś w obrocie złotem, produktami elektronicznymi (konsole do gier, telefony komórkowe, tablety) oraz części wyrobów stalowych. To właśnie na przykładzie tych ostatnich najlepiej widać skuteczność tego rozwiązania. Od kiedy w 2013 roku wyroby stalowe zostały objęte mechanizmem odwrotnego obciążenia, wpływy do BP zwiększyły się o ponad 0,5 mld zł rocznie. Katalog produktów objęty tym mechanizmem jest jednak zbyt wąski, by móc mówić o jakimś przełomie. Oszuści podatkowi przerzucili się na inne branże. Innym mankamentem tego rozwiązania jest możliwość podania fałszywych danych nabywcy i zbudowania karuzeli podatkowej z szeregiem fikcyjnych kontrahentów. W nowej ustawie o podatku od towarów i usług lista towarów objętych odwróconym obciążeniem ma zostać rozszerzona. Najprawdopodobniej „odwróconym VAT-em” zostaną objęte kolejne produkty elektroniczne.

Jeżeli chodzi o instytucję solidarnej odpowiedzialności nabywcy, to tutaj rodzą się pewne kontrowersje i pole do nadużyć fiskusa. Mechanizm, podobnie jak odwrócone obciążenie, wszedł w życie w 2013 i dotyczy tzw. towarów wrażliwych. Pierwotnie odpowiedzialność solidarna obejmowała niektóre wyroby stalowe, paliwa do napędów silników spalinowych oraz oleje opałowe. W 2015 roku katalog towarów wrażliwych został rozszerzony o materiały do drukarek, niektóre metale szlachetne oraz cyfrowe aparaty fotograficzne. Solidarna odpowiedzialność polega na tym, iż podatnik, na rzecz którego dokonano dostawy towarów (wrażliwych), odpowiada solidarnie wraz z ich nabywcą za jego zaległości podatkowe. Odpowiedzialność nabywcy wystąpi, gdy wartość netto towarów nabywanych od tego samego dostawcy przekroczy w danym miesiącu wartość 50 tys. zł oraz gdy nabywca „wiedział lub miał uzasadnione podstawy” do tego, by „przypuszczać”, iż podatek nie zostanie rozliczony przez dostawcę. Z tym ostatnim stwierdzeniem wiążą się niemałe kontrowersje. W rzeczywistości oznacza to odwrócenie ciężaru dowodu. Nie powinno być rolą podatnika udowodnienie, że działał w dobrej wierze. To na właściwym organie podatkowym powinien spocząć ciężar udowodnienia braku dobrej wiary podatnika. Znane są przypadki, gdy organy, a priori, uznawały, że zaszły uzasadnione podstawy, by przypuszczać, iż kwota podatku nie została rozliczona. Wpływa to destrukcyjnie na aktywność gospodarczą przedsiębiorstw, które często z obawy przed sankcjami skarbowymi, zrywają kontakty handlowe z partnerami, chociaż ci ostatni działają w sposób uczciwy (tzw. trema podatkowa). Wszystko po to, by nie podpaść fiskusowi i nie narazić się na kontrolę (wstrzymany zwrot VAT, problemy z płynnością). We wrześniu tego roku poznamy rozszerzony katalog towarów wrażliwych. Nie wiemy jednak, czy mechanizm solidarnej odpowiedzialności zostanie na tyle „ucywilizowany”, by przedsiębiorcy mogli poczuć się bardziej swobodnie. Specjaliści i środowiska przedsiębiorców postulują, by do ustawy wprowadzić, dobrze znaną z prawa cywilnego, zasadę domniemania dobrej wiary. Pytanie, czy fiskus znalazłby czas na udowadnianie złej wiary przedsiębiorcy, mając na głowie tysiące kontroli skarbowych?

Innym uszczelniaczem dziury VAT ma być powrót do 30 proc. sankcji VAT. Instytucja ta została zniesiona w 2008 roku. Sankcja oznacza, że na oszusta podatkowego zostanie nałożona kara wynosząca 30 proc. zaniżonej kwoty podatku. Jak podaje „Rzeczpospolita”, w projekcie nowelizacji ustawy o VAT ma pojawić się również 100 proc. sankcja, która zostanie nałożona na podmioty posługujące się tzw. pustą fakturą, w której udokumentowane są fikcyjne transakcje. Co więcej, dzięki nowym zapisom, skarbówka w łatwy sposób będzie mogła wykreślić podejrzany podmiot z rejestru podatników (np. w przypadku niezłożenia w odpowiednim terminie deklaracji VAT). Nie ma wątpliwości, że tak sformułowane zapisy odstraszą niejednego oszusta podatkowego, niemniej łatwo sobie wyobrazić sytuację, w której nadgorliwa skarbówka przypisze status „podejrzany” przedsiębiorcom, którym po prostu coś, w gąszczu zawiłych przepisów, umknęło.

Laffer w praktyce

W 2011 roku rządząca wtedy Platforma Obywatelska podniosła stawki podatku VAT o jeden punkt procentowy. Podstawowy VAT wzrósł z 22 do 23 proc., obniżone zaś stawki odpowiednio z 7 i 5 do 8 i 6 proc. W pierwszym roku obowiązywania nowego reżimu podatkowego (2011) dochody BP z tytułu podatku VAT wzrosły o 13 miliardów zł, aczkolwiek udział VAT-u w BP pozostał na niezmienionym poziomie (43,1 proc w 2010 roku i 43,5 w 2011). Przy wyższych stawkach w okresie 2011-2015 płaciliśmy średnio 17,58 proc. podatku VAT,  przy niższych 2006-2010 oddawaliśmy państwu zaś średnio ponad 18 proc. Oznacza to, że po zaostrzeniu polityki podatkowej ściągalność podatków zmalała o ponad 0,5 punktu procentowego. Innymi słowy – potencjalne wpływy z tytułu podniesienia podatków zostały skonsumowane przez oszustwa podatkowe, do których zachęcały wyższe stawki VAT.

Ten paradoks próbował wytłumaczyć w latach 70. amerykański ekonomista Artur Laffer. Stworzona przez niego krzywa wskazywała, że istnieje tzw. punkt przegięcia, w którym krańcowy przychód do budżetu wynikający z podniesienia podatku o kolejny punkt procentowy zaczyna maleć. Przy niższych stawkach spada motywacja do wchodzenia w szarą strefę, rośnie zaś awersja do ryzyka, które jest nieproporcjonalne do możliwych korzyści wynikających z oszustw podatkowych. Mechanizm ten zadziałał, gdy Leszek Miller obniżył akcyzę na alkohole o 30 proc. (z 27 do 19 proc.), a wpływy do BP wzrosły.

Najświeższy i jeden z bardziej spektakularnych przykładów na to, że model Laffera znajduje zastosowanie w rzeczywistości, to Rumunia. W 2014 roku Rumuni mieli największą dziurę budżetową w Unii Europejskiej (44 proc. PKB). Rok później wartość ta zmalała do 39,6 proc. Wbrew sprzeciwom Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Komisji Europejskiej rząd rumuński obniżył niemal wszystkie podatki. Według europejskich technokratów miało to doprowadzić do katastrofy finansów publicznych, a skończyło się wzrostem wpływów do BP, nadwyżką budżetową i zmniejszeniem dziury budżetowej. Podstawowy VAT został obniżony z 24 do 20 proc. (na 2017 rok planowana jest kolejna obniżka o 1 p.p.), podatek dochodowy od samozatrudnionych mikroprzedsiębiorców zmniejszono do 3 proc. (w niektórych przypadkach stawka wynosi nawet 1 proc.). Podwyższono również roczny limit obrotów finansowych, od którego firma zaliczana jest do kategorii mikroprzedsięborstw (z 60 tys. do 100 tys. euro). Ulgę odczuł także rynek finansowy, gdzie podatek od zysków dywidendowych obniżono z 16 do 5 proc. Jakby tego było mało, rumuński rząd dał ustawową gwarancję, że tych, którzy do tej pory operowali w szarej strefie, nie spotka kara finansowa, jeśli tylko uregulują historyczne zaległości względem fiskusa.

Winny system

Czy po 89’ roku można było zbudować system podatkowy, w którym pole do wyłudzeń byłoby mniejsze? W 1993 wprowadzono w Polsce VAT, który zastąpił podatek obrotowy. Był on wyższy niż w większości krajów zachodniej, a nawet środkowej Europy. Zdaniem wielu specjalistów położono wtedy zbyt duży nacisk na podatki pośrednie, uznając, że są one znacznie mniej odczuwalne aniżeli bezpośrednie. Są one również łatwiejsze w administrowaniu, a ich zmiany nie rozpalają aż tak bardzo społeczeństwa, jak to bywa w przypadku zmian PIT-u  lub CIT-u. Przeciętny podatnik nie ma wiedzy, ile realnie oddaje do BP z tyt. VAT-u, przez co jakakolwiek zmiana wysokości tej daniny nie skłania go do rzeczowej refleksji nad tym. W krajach, w których dziura VAT-owska jest mniejsza występują odwrotne proporcje pomiędzy podatkami pośrednimi a bezpośrednimi. W Danii podatek dochodowy od osób fizycznych jest dwukrotnie wyższy od podatku od towarów i usług, w Szwecji nawet ponad dwukrotnie. Znaczna przewaga podatków pośrednich nad bezpośrednimi występuje również w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Finlandii. Z drugiej strony, w krajach takich jak Litwa, Łotwa, Bułgaria, Polska, gdzie straty z tyt. VAT są najwyższe, górę biorą podatki bezpośrednie.

Dopóki uszczelnianie dziury VAT będzie polegało na penalizacji przedsiębiorczości, a nie na zmianie reżimu podatkowego, dopóty cierpieć na tym będzie aktywność gospodarcza, a w szarej strefie powstaną udoskonalone formy malwersacji podatkowych. „Podatki są ceną, jaką płacimy za rozwój cywilizacji” – powiedział przed II wojną światową pewien sędzia Sądu Najwyższego USA. W Polsce ta cena jest wyjątkowo wysoka.

Autor

Poprzedni artykułUrząd Lotnictwa Cwanego?
Następny artykułPrzyjazny deweloper 2016

Najnowsze