14.7 C
Warszawa
wtorek, 4 października 2022

Rachunek za głupotę

Koniecznie przeczytaj

Kraków zmarnował grube miliony. Winni? Urzędnicy, którzy stracili kontakt z rzeczywistością i uznali, że stolica Małopolski musi zorganizować Zimową Olimpiadę. W tle jak zwykle przekręty i przelewanie z kieszeni do kieszeni.

W opublikowanym kilka dni temu raporcie Najwyższa Izba Kontroli nie zostawiła suchej nitki na mieście Kraków i Komitecie Konkursowym Kraków 2022. Jak ustaliła NIK – oba podmioty wydały nieefektywnie prawie 11 mln zł. Wszystko, dlatego że kilku warszawskim i krakowskim urzędnikom zachciało się Zimowej Olimpiady w 2022 roku. Na czele tej grupy – Donald Tusk, który kilka lat temu, z wysokości fotela premiera zapewniał, że igrzyska pod Tatrami to dobry pomysł. Wizja olimpijskiego znicza, oświetlającego mury wawelskiego zamku odebrała rozum nawet najbardziej doświadczonym politykom znad Wisły. Otępienie posunęło się do tego stopnia, że zapomniano zapytać obywateli, co sądzą o tak gigantycznym przedsięwzięciu. Urzędnicy pod Wawelem najpierw wydali grube miliony, a później wsłuchali się w głos społeczeństwa. Gdy „lud” powiedział stanowcze „nie”, Kraków się wycofał. Kasa się jednak zgadzała. Kto miał dostać, ten dostał. NIK zwróciła uwagę, że część przetargów i transakcji nie była do końca transparentna. Krótko mówiąc – nie wiadomo kto i za co dostawał pieniądze. Nie byłoby całego zgiełku, gdyby w Krakowie i Warszawie wyciągnięto dwie lekcje z historii. Po pierwsze: u nas się nie da, po drugie: igrzyska nie są opłacalne. Nawet w bogatym Vancouver impreza zostawiła po sobie potężną wyrwę wielkości kilkunastu budżetów Krakowa.

Olimpijski wirus

Opowieść o marzeniach zorganizowania Zimowej Olimpiady w stolicy Małopolski zaczyna się mniej więcej w 2010 roku. Wcześniej o tytuł organizatora biło się Zakopane, wtedy jednak przypominało to bardziej komedię niż poważną debatę. Zimowa stolica Tatr nie miała nic oprócz Wielkiej Krokwi i kilku kilometrów tras do biegów narciarskich, co mogłoby przemawiać za jej kandydaturą. A to trochę za mało, by władze Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego wybrały właśnie Zakopane. Górale przegrali z kretesem, a konkretnie z Turynem. Włosi do Olimpiady przygotowywali się długo wcześniej, zanim zgłosili swoją kandydaturę. W Turynie wszystko było dopięte na ostatni guzik. W tym samym czasie w Zakopanem dwie zawzięte rodziny blokowały słynny zjazd na Gubałówce, a ludzie z Tatrzańskiego Parku Narodowego i Greenpeace’u gotowi byli oddać swe życie, byle w Tatrach nie pracowały śnieżne armatki.  Słowem komedia na olimpijskim poziomie.

Wydawać by się mogło, że przytoczona historia wszystkim w Polsce wybiła z głowy pomysł zorganizowania Zimowej Olimpiady. Nic bardziej mylnego – kilka lat później olimpijski wirus wdarł się do Krakowa, a następnie z szybkością Pendolino, dotarł do stolicy i zaatakował mózgi rządzących Polską elit. Była to nieco zmodyfikowana i udoskonalona wersja wirusa spod Tatr. Tym razem miało się udać. Do akcji wciągnięto niewinnych Słowaków, a nieformalny nadzór nad przedsięwzięciem przejął sam Donald Tusk. Cel był jasny – zimą 2022 roku w Krakowie, Zakopanem i niektórych słowackich kurortach odbędzie się taka Olimpiada, jakiej świat jeszcze nie widział. I to tak naprawdę jedyne, co w tej opowieści się zgadza – nikt jej nie widział i nigdy nie zobaczy.

Sen Jagny

Na początku 2013 r. na jednej z konferencji prasowych premier Donald Tusk, stojąc ramię w ramię obok swojego słowackiego odpowiednika – Roberta Fico, mówił z entuzjazmem: „Mamy naprawdę realną szansę”. Momentami poważna mina pana Fico wyraźnie kontrastowała z dziecinną radością premiera Polski. Niemniej jednak wszystko wydawało się iść w dobrą stronę. Z budżetu popłynęły pierwsze miliony. Słowacy wzięli na siebie narciarstwo alpejskie i hokej, Kraków miał być odpowiedzialny za ceremonię otwarcia i zamknięcia igrzysk, oraz za łyżwiarstwo i kilka innych drobnych dyscyplin, na barkach Zakopanego spoczęły zaś skoki i biegi narciarskie oraz biathlon. Taki był plan.

Po stronie polskiej sprawami organizacyjno-marketingowymi miał się zająć wspomniany Komitet Konkursowy Kraków 2022, w którego strukturach działała snowboardzistka i była posłanka Platformy Obywatelskiej – Jagna Marczułajtis-Walczak. Pod koniec 2013 roku przedstawiono szczegółowy projekt budżetu igrzysk. Cała impreza miała kosztować bagatela ponad 21 miliardów złotych. 16 mld miało pochodzić z budżetu państwa, 3 z Międzynarodowego Komitetu, a pozostałe 2 miały dorzucić gminy. W tym oczywiście Kraków, który musiał wyłożyć ponad 800 mln, z czego 150 mln jeszcze przed 2015 rokiem – w ramach przygotowania do konkursu. Krótko mówiąc – stolica Małopolski miała zapłacić równowartość wybudowania nowoczesnej linii tramwajowej na złudne fantazje kilku warszawskich i krakowskich urzędasów. Nie wszystkim się to spodobało.

Krakowianie szybko wyczuli pismo nosem. Pomogła im w tym poczytna „Gazeta Krakowska”, której redaktor naczelny, Wojciech Harpula, grzmiał: „Nie porywają mnie natchnione wizje posłanki Jagny Marczułajtis. Nie chcę płacić grubych milionów za jej sen o igrzyskach. Jeszcze jest czas, by się obudzić. Zatrzymajmy się, zanim będzie za późno. Inaczej zmarnujemy dużo pieniędzy”.

Ręka na kurku

Z perspektywy czasu słowa redaktora Harpuli okazały się prorocze. Warszawsko-krakowscy urzędnicy spali do samego końca, a konkretnie do czasu lokalnego referendum, w którym aż dwóch na trzech krakowian powiedziało „nie” dla igrzysk. W rezultacie Kraków porzucił swoje starania. Brak poparcia społecznego, o którym wszyscy pod Wawelem wiedzieli, nie przeszkodził w „przytuleniu” kilku milionów z budżetu państwa. Jedna z transz na kwotę 4 mln zł miała miejsce dosłownie tuż przed samym referendum. Wygląda to tak, jakby ktoś szybko odkręcił kran, wiedząc, że niedługo nic już z niego nie poleci.

I o tym między innymi jest raport NIK-u. Kontrolerzy wskazują, że kolejność procesu związanego ze startem w „olimpijskim konkursie” powinna być odwrotna – najpierw pytamy ludzi, a później wydajemy miliony. NIK nazywa to „nieefektywnym wydaniem pieniędzy”. W praktyce oznacza to, że wszyscy beneficjenci olimpijskiego przekrętu (znajomi wykonawcy i podwykonawcy) mogą spać spokojnie, a jedyne, co im zagraża to krakowski smog.

Niefrasobliwością (delikatnie mówiąc) wykazało się przy tym Ministerstwo Sportu, które – wiedząc o antyolimpijskim podejściu krakowian – odkręciło kran z państwowymi milionami. Rękę na kurku trzymał wtedy m.in. minister Andrzej Biernat (PO), jak się później okazało – jeden z bardziej skorumpowanych polityków Platformy, któremu na początku 2016 roku prokuratura postawiła aż sześć zarzutów w związku z nieprawidłowymi oświadczeniami majątkowymi.

NIK zwróciła również uwagę na brak przejrzystości w działaniu Komitetu Konkursowego. „Stowarzyszenie nie dokumentowało z należytą starannością sposobu przeprowadzania negocjacji oraz rozeznań rynku w zakresie poniesionych wydatków” – czytamy w raporcie. Chodzi o ponad półtora miliona złotych, które wydano na niewiadome cele.

————

Całość w najnowszym numerze “Gazety Finansowej”.

Autor

Poprzedni artykułRok podwyżek
Następny artykułCzy Rosja wycofa się z embarga?

Najnowsze