9.8 C
Warszawa
wtorek, 4 października 2022

Polska gospodarczą kolonią USA

Koniecznie przeczytaj

Polskie elektrownie będą zasilane amerykańskim węglem.

Główny strateg Morgan Stanley (nie mylić z J.P. Morgan) – Ruchir Sharma – już w lipcu tego roku ekscytował się gospodarką naszego kraju. Porównywał nas do azjatyckich tygrysów, takich jak Singapur. Amerykanie doskonale wiedzą, ile warta jest polska ekonomia, i chcą ją po prostu przejąć. Polska natomiast zachowuje się jak przedsiębiorca, którego interes znajduje się na granicy stref wpływów dwóch rodzin mafijnych. Zmienia grupę, której płaci za ochronę i rezygnuje z budowania bezpieczeństwa na podstawie własnych interesów.

Polak przed i po szkodzie głupi

W 1989 roku i po ostatecznym upadku systemu jałtańskiego w 1991 roku, Polska stanęła przed ważnym dylematem. Kontakty handlowe i gospodarcze ze wschodem dobiegały kresu. Przez lata, to Rosjanie decydowali o polskiej gospodarce. To oni narzucali ceny transakcyjne i drenowali nas ze wszystkiego, co ich zdaniem miało jakąś wartość. Wówczas jako kraj postawiliśmy na integrację polityczną i gospodarczą z Niemcami. Upatrywaliśmy w odradzającym się mocarstwie niemieckim swojego adwokata w drodze do UE. Niemcy to wykorzystali i uczynili z nas swoją polityczną i gospodarczą strefę wpływów. Przez lata traktowali Polskę jak kolonię, która nie leży za oceanem i wyciągali to, co najlepsze z naszej gospodarki. Wpływy gospodarcze Niemiec w naszym kraju były olbrzymie, stanowiły ponad 1/5 naszej ogólnej wymiany handlowej. Nikt nie policzył ilości przedsiębiorstw, które przejęli Niemcy w czasach polskiej transformacji ustrojowej. Policzono natomiast, że od naszego wejścia do UE niemieccy przedsiębiorcy wypompowali z Polski ponad 100 mld złotych przychodów, które powinny zostać opodatkowane w naszym kraju. Słowem, zamieniliśmy Moskwę na Berlin.

Zwycięstwo wyborcze obozu Zjednoczonej Prawicy sprawiło, że zaczęto inaczej patrzeć na relacje polityczne i gospodarcze z naszym zachodnim sąsiadem. Po raz pierwszy wielki mit europejski o opłacalności naszych gospodarczych związków z Niemcami zaczyna być kwestionowany. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że nie stawiamy na dywersyfikację gospodarczą. Nie rozwijamy kontaktów gospodarczych z rodzącymi się nowymi potęgami i nie wykorzystujemy słabszych od siebie krajów. Za to postanowiliśmy nadal pozostać gospodarczym protektoratem. Tym razem Berlin zamieniamy na Waszyngton, nie otrzymując nic w zamian.

Amerykańska Kompania Wschodnioeuropejska

Amerykanie traktują nas przedmiotowo. Jesteśmy dla nich po prostu rynkiem zbytu. Od lat mamy ujemny bilans handlowy z USA. Terminal na gaz skroplony LNG w Świnoujściu nie otworzył nam drogi do dywersyfikacji dostaw gazu. Dał nam możliwości, ale z nich nie korzystamy. Pchnął nas za to w objęcia USA. Rosyjską dominację na tym rynku zamieniamy na amerykańską.

Czy ktoś pamięta jeszcze o możliwości zakupu gazu od Kataru? Oczywiście, nie. Amerykanie dzięki wydobyciu gazu z łupków w kilka lat stali się światowym potentatem na rynku gazu. Siłą rzeczy katarska gospodarka w tym im przeszkadzała. Dziwnym trafem, gdy konkurencja tych dwóch dostawców gazu była aż nazbyt ostra, wybuchł międzynarodowy konflikt polityczny z Katarem w roli głównej. Małe państewko zostało oskarżone przez kraje regionu o wspieranie terroryzmu. Arabia Saudyjska, Bahrajn, Egipt oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie zerwały kontakty dyplomatyczne. Wszystko wskazywało na to, że dojdzie do wybuchu konfliktu zbrojnego. Do czasu, gdy Katar zakupił w USA uzbrojenie i samoloty F-15 za 12 mld dolarów. Złożenie zamówienia nie zmieniło realnie układu sił w regionie, ale było dobitnym przykładem na to, że władze Kataru i USA dogadały się w kwestii wzajemnych relacji i to nie tylko politycznych. W niezrozumiały sposób, a może właśnie zrozumiały, napięcie na arenie międzynarodowej właściwie zniknęło…

Ta historia pokazuje, że Amerykanie zaczęli bardziej dbać o swoje interesy handlowe na świecie. Katarski gaz mógłby być konkurencją dla tego z USA, zwłaszcza w Europie Wschodniej. Nie bez przyczyny Donald Trump zaszczycił nasz kraj swoją obecnością podczas szczytu Międzymorza. Nie dziwi też poparcie USA dla tej inicjatywy. Wielki Brat zza oceanu zrozumiał, że nasza część kontynentu to doskonały rynek zbytu, a przy okazji możliwość wbicia klina gospodarczego i militarnego pomiędzy Rosję i Niemcy. Do tego świetna sposobność na zarobienie pieniędzy i sprawienie, że Moskwa czy Berlin zarobią ich mniej.

Nawet w wystąpieniach nowego prezydenta USA pojawiły się wypowiedzi dotyczące jak najszybszego podpisania umów gospodarczych. Donald Trump przechwalał się wręcz, że jest w stanie w ciągu kilku minut podpisać umowę na dostawę gazu do Polski. Gdy wicepremier Mateusz Morawiecki słusznie studził nastroje i twierdził, że złożenie zamówienia na amerykański gaz wymaga czasu, to niektóre media zaczęły przedstawiać go jako biurokratę, który tylko robi dobre wrażenie. Śmiało można powiedzieć, że Donald Trump zachowywał się trochę jak ciotka, która zaproszona została na niedzielny rodzinny obiad. Każdy liczy, że sypnie groszem, a tymczasem sama chce nam sprzedaż swój stary samochód.

Dlatego pojawiły się głosy, że cała koncepcja Międzymorza to nie realizacja polskiej polityki zagranicznej, ale planów USA. Polskie elity upatrują w tej koncepcji politycznej i gospodarczej szansy na odbudowę chociaż cienia pozycji dawnej Rzeczypospolitej. W rzeczywistości jest to jedynie zamiana koncepcji niemieckiej Mitteleuropy na Międzymorze. Cel i sposób realizacji tego pomysłu jest zresztą podobny. Inny jest tylko język, w którym przygotowano podstawy. Amerykanie doskonale wyczuli nasz sentyment i chcą go wykorzystać. Do tego świetnie operują strachem i niechęcią do Berlina i Moskwy. Każdy z nas przyzna, że było nam miło widzieć Donalda Trumpa w Warszawie, a nie w Berlinie. Tylko co konkretnego z tego mamy?

Haracz dla USA

Miłość USA, tak jak innych Anglosasów, nigdy nie była za darmo. Nie kieruje nimi sentyment, a zimna kalkulacja i egoistycznie rozumiana racja stanu USA. Niemiecką protekcję w latach 90. opłacaliśmy zamykanymi kopalniami, masową migracją, czy niszczeniem polskiego rolnictwa. USA też płacimy haracz, tylko po cichu, w taki sposób, żeby nie wywołało to protestów społecznych. Ta danina jest często przedstawiana jako rozwiązanie naszych problemów. Grunt przecież, aby ofiara nie wiedziała, że jest wykorzystywana, i z chęcią występowała w swojej roli.

Amerykanom płacimy oczywiście dolarami i to liczonymi w grubych miliardach. Zapłacimy za gaz LNG, który niebawem zaczniemy importować przez gazoport w Świnoujściu. Płacimy intratnymi kontraktami na dostawy sprzętu wojskowego. Śmigłowce, kolejne myśliwce, system obrony powietrznej Patriot to najbardziej znaczące przykłady. Nikt natomiast nie liczy, ile kosztuje nas wypełnienie sojuszniczych zobowiązań w ramach NATO. Nie policzono też mniejszych przetargów na sprzęt wojskowy. Wreszcie płacimy też część kosztów pobytu wojsk US Army w naszym kraju. Utrzymujemy wojska, które nie gwarantują nam bezpieczeństwa w przypadku konfliktu z Rosją, a jedynie stanowią gwarancję i ochronę dla interesów USA w Polsce. Płacimy też krwią polskich żołnierzy, którzy – rozsiani po całym świecie – pełnią służbę w imię ochrony amerykańskich interesów gospodarczych i politycznych. Jednocześnie liczymy, że Amerykanie zapamiętają nam zaangażowanie dwóch tysięcy polskich żołnierzy w działania wojenne. Ponury żart mówi, że będą to pamiętać tak samo, jak zaangażowanie 200 tys. Polaków w walki na zachodzie Europy podczas II wojny światowej, tylko że sto razy mniej.

A to nie wszystko. Amerykańskie koncerny farmaceutyczne czy żywieniowe przejmują kolejne części „polskiego tortu”. Nie produkujemy leków generycznych, które mogłyby stanowić tanią konkurencję dla korporacji zza oceanu. Zamiast tego NFZ refunduje drogie leki właśnie z USA. Inwestorzy za oceanu coraz bardziej angażują się na polskim rynku. Nie jest też przypadkiem, że największy bank inwestycyjny na świecie J.P. Morgan otworzył niedawno swoje przedstawicielstwo w naszym kraju. Czerwony dywan przed jego przedstawicielami rozwinął polski rząd. W mediach pojawiła się informacja, że to dowód na rozwój polskiej gospodarki, a nikt tak naprawdę nie przywołał historii J.P. Morgana, założyciela banku i jego biznesów. Amerykańska kontrola nad naszą gospodarką, finansami i bezpieczeństwem stała się faktem, nie zaś perspektywą.

Integracja w jedną stronę?

Są głosy, że tak naprawdę etap postkolonialny, który charakteryzuje nasze relacje gospodarcze z USA, to normalne stadium i podobne przechodziliśmy w przeszłości, integrując się ze wspólnotami europejskimi. Problem w tym, że sami Amerykanie nie pozostawiają nam złudzeń. Od lat jesteśmy ich „najbliższym” sojusznikiem, którego obywatele nie mogą doprosić się zniesienia wiz. Nawet Ukraińcy mogli liczyć na ten gest w relacjach z Unią Europejską. Polskie firmy nie są też obecne za oceanem i raczej nie będą. Wektor zysków jest jeden i wcale nie jest skierowany w stronę Warszawy. Od lat importujemy więcej z USA niż eksportujemy i raczej to się nie zmieni w najbliższej perspektywie. Dowód? Węgiel, którego import z USA stanowi chyba największy powód do gospodarczego wstydu.

„Polskie” elektrownie, amerykański węgiel

Nie ma bardziej dobitnego przykładu na to, że jesteśmy półkolonią USA niż ostatnie doniesienia medialne o planowanym zakupie poprzez spółkę Węglokoks amerykańskiego węgla. Trafiłby on głównie do polskich elektrowni i jako finalny produkt w postaci energii elektrycznej do sieci energetycznej naszego kraju. Oczywiście, to tylko biznes. To tak, jakby Arabia Saudyjska zaczęła importować ropę z Wenezueli lub Rosji. Trzeba pamiętać, że jako kraj siedzimy na węglu. Mamy go dużo pod powierzchnią i na powierzchni. Węglokoks to państwowa spółka, która miała sprzedawać węgiel z importu jedynie klientom z zagranicy. Chodziło o to, żeby państwowy gigant mógł dorabiać na obrocie węglem. Tymczasem spółka ma prowadzić już zaawansowane rozmowy ze spółkami energetycznymi. Amerykański węgiel ma zakupić m.in. Polska Grupa Energetyczna. Pierwszy statek z amerykańskim węglem ma wpłynąć do polskiego portu jeszcze w październiku tego roku.

Nie dalej jak dwa lata temu rząd Beaty Szydło musiał interweniować na rynku węgla w Polsce. Kilka milionów ton węgla zwyczajnie zalegało na hałdach. Była to ilość tak znacząca, że zagrażała bieżącemu wydobyciu. Węgiel zakupił rząd w ramach działalności Agencji Rezerw Materiałowych. Wówczas zapowiadano, że już czas, aby polski węgiel trafiał do polskich elektrowni. Mówiono nam, że to przez tani surowiec z Rosji, Kazachstanu, Ukrainy i Chin kopalnie węgla w Polsce są nierentowne. Nawet rozpętano akcję medialną, której głównym przekazem było to, że chiński i rosyjski węgiel wywołuje klęskę smogu nad polskimi miastami. Całkiem niedawno okazało się jednak, że polskie spółki bez przeszkód mogą importować węgiel z USA.

Uzasadnieniem decyzji o zakupie węgla w USA ma być jego brak na polskim rynku. Gdyby węgla z USA było za mało, możemy go zakupić np. z Kolumbii. Oczywiście, także od kopalni kontrolowanych przez amerykańskie instytucje finansowe. W kilka lat z kraju, który myślał, jak gazyfikować własny węgiel lub zamieniać go w ropę, po to, żeby być energetyczną potęgą, staliśmy się jego importerem.

Ponure lekcje historii

To zrozumiałe, że polskie władze szukają protektora za granicami. Jako państwo jesteśmy zbyt słabi, aby w pojedynkę móc tworzyć obraz sceny politycznej nawet w naszym najbliższym regionie. Protektorzy się zmieniają i podobnie będzie z USA, których wpływy w Polsce prędzej czy później wygasną. Obyśmy wówczas nie skończyli jak Iran, Wenezuela czy Kuba.

Autor

Poprzedni artykuł„Palec” Tuska
Następny artykułZarabianie na tragedii

Najnowsze