18.7 C
Warszawa
czwartek, 6 października 2022

Światopoglądowa batalia o polskie futra w Sejmie. Zabrakło danych finansowych

Koniecznie przeczytaj

Na stronie sejmowej pojawił się „Poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie zwierząt oraz niektórych innych ustaw”, a przed Sejmem i w różnych miejscach w stolicy Stowarzyszenie „Otwarte Klatki” rozpoczęło kampanię bilbordową wymierzoną w hodowlę zwierząt futerkowych w Polsce. Siły politologicznie określane umownie jako prawica (PiS) i ośrodki lewicujące (organizacje ekologiczne i pro-zwierzęce) zaśpiewały tym razem unisono.

 

Pod nowelizacją zakładającą m.in. zakaz trzymania psów na łańcuchach, wykorzystywania zwierząt w cyrkach, czy hodowania zwierząt na futra, podpisało się kilkudziesięciu posłów. Jako pierwszy podpis złożył Jarosław Kaczyński, a drugi – Krzysztof Czabański. O ile sprawa ma oblicze ideologiczne (trudno dziwić się ideowemu wegetarianinowi Czabańskiemu, że nie promuje hodowli zwierząt futerkowych), to całkowicie na drugi plan zrzucono aspekt poza światopoglądowy, a więc finansowy. Nawiasem mówiąc, bez takiej wiedzy trudno zrozumieć absurd często powielanych przez media porównań mówiących, że skoro w tym roku w Czechach udało się zakazać hodowli zwierząt futerkowych, to jaki problem mają mieć z tym Polacy? Otóż jakościowy i ilościowy. W Czechach istniało słownie 10 ferm, więc zlikwidowano zjawisko gospodarcze graniczące z egzotyką, tymczasem w Polsce zlikwidowana zostanie jedna z prężniejszych gałęzi gospodarki (w naszym kraju istnieje nie 10, ale 1114 ferm!), bo ktoś twierdzi, że zabijanie świń i krów jest moralne, a norek już nie.

Polska jest drugim w Europie i trzecim na świecie producentem futer. Wbrew pozorom, rynek nie opiera się na pokazywanych w mediach lisach (często są to zdjęcia z nie polskich, ale fatalnie prowadzonych chińskich pseudo ferm) czy szynszylach (te stanowią małą część hodowli), ale na norkach amerykańskich. Polska produkuje ok. 9 mln skór z norek, co stanowi ponad 17 proc. światowej produkcji. Z raportu Instytutu Przedsiębiorczości i Rozwoju z października 2017 r. wynika, że „Rodzima branża hodowli norek zgodnie z szacunkami przynosi rocznie przychody od 400 mln do 600 mln euro”, a „wartość polskiego eksportu surowych i wyprawionych skór futerkowych wynosi 1,3 mld zł”. Dane wspomnianego Instytutu odbiegają nieco od analiz Instytutu Gospodarki Rolnej. Pierwszy dowodzi, że branża daje pracę ok. 40 tys. osób; drugi, że może chodzić nawet o 60 tys. (w dużej mierze na terenach „popegeerowskich” objętych najwyższym bezrobociem). Futrzarstwo to branża niemal w 100 proc. należąca do Polaków, jednak – na co zwracają uwagę media mainstreamowe, próbując wytrącić hodowcom z ręki „argument z patriotyzmu” – przy pracy fizycznej zatrudniani są także Ukraińcy, co nie odbiega od standardu ogólnopolskiego. Całość produkcji trafia na eksport o wartości ok. 1,3 mld zł, co daje prawie 3 proc. ogółu wartości eksportu rolno-spożywczego w Polsce (w 2016 r. Polska wyeksportowała futra za 2,5 mld zł). Hodowla to także wpływ do budżetu państwa z podatków (w 2013 r. było to ok. 300 mln zł) i zwyczajnie przychód rodzin, czy, mówiąc precyzyjniej, pracowników (rocznie ok. pół miliarda złotych).

Jeśli ktoś ma zostać zlikwidowany, ktoś inny zarobi. To żelazna zasada rynku. Na likwidacji polskiej branży futrzarskiej skorzystają m.in. Niemcy, bowiem ich przemysł utylizacyjny dominuje w naszym kraju (jeśli produktów pozwierzęcych i porybnych nie zjedzą np. norki, to zgodnie z prawem karma ta musi zostać zutylizowana, czyli spalona, a efekt spalenia zatruje atmosferę i środowisko). Prezeska Stowarzyszenia „Otwarte Klatki” (największa organizacja pozarządowa o wegetariańskim światopoglądzie, która wspiera obecną nowelizację oraz chwilowo i koniunkturalnie zachwala teraz zarówno posła Czabańskiego jak i prezesa Kaczyńskiego) otwarcie przyznaje, że współpracuje z niemiecką firmą utylizacyjną.

Zresztą, futra to tylko początek bowiem, jak miał powiedzieć jakiś czas temu poseł Czabański: „Zwierząt się nie zjada; zwierzęta się kocha”.

Autor

Najnowsze