8.6 C
Warszawa
czwartek, 29 września 2022

Tajemnice „Gangu przebierańców”

Koniecznie przeczytaj

„Gazeta Finansowa” ujawnia: Wśród zatrzymanych byli nie tylko oficerowie rozwiązanych Wojskowych Służb Informacyjnych, ale także Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Co ukrywa Centralne Biuro Antykorupcyjne i prokuratura w aferze z oficerami WSI? Dlaczego nie zatrzymano gangu w 2017 r., skoro „Gazeta Finansowa” opisała proceder i ujawniła nagrania z siedziby Głównego Inspektora Farmaceutycznego już 20 lipca ubiegłego roku? Z jakiego powodu śledztwo w sprawie rozpoczęto dopiero w październiku 2017 r.?

24 stycznia 2018 roku funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali grupę osób podszywających się m.in. pod oficerów Służby Kontrwywiadu Wojskowego i ABW. Wśród zatrzymanych byli oficerowie rozwiązanych Wojskowych Służb Informacyjnych oraz Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Grupa powoływała się na wpływy w służbach, m.in. w trakcie kontaktów z wysokimi rangą urzędnikami państwowymi.

Proceder ten trwał wiele miesięcy. Służby i przełożonych w ministerstwach alarmowali zarówno urzędnicy, jak i prywatni przedsiębiorcy. Sprawa ujrzała światło dzienne, gdy jeden z członków grupy, przedstawiający się jako oficer SKW, próbował zwerbować dziennikarza „Gazety Finansowej” Łukasza Pawelskiego. Po publikacji nagrań naszego redaktora ze spotkań z „oficerem SKW” aktywność grupy uległa ograniczeniu, jej członkowie pozostawali jednak na wolności. Sprawa w prokuraturze ruszyła, gdy po rozmowie z dziennikarzem „Gazety Finansowej” w październiku jeden z poszkodowanych przedsiębiorców złożył zawiadomienie do CBA. I dopiero wtedy musiano coś z tym problemem zrobić.
Co naprawdę wydarzyło się w 2017 roku i o czym milczy Prokuratura i Urząd Koordynatora ds. Służb Specjalnych kierowany przez Mariusza Kamińskiego?

WSI i przyjaciele

W połowie 2017 roku w resorcie zdrowia oraz w placówkach mu podległych, jak Narodowy Instytut Leków oraz w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym zaczęli pojawiać się Przemysław W. oraz Sergiusz B. W kontaktach z urzędnikami (i nie tylko) przedstawiali się jako oficerowie służb SKW i ABW.
Jako oficer SKW Przemysław W. zjednał sobie nawet urzędnika w randze ministra szefa GIF Zbigniewa Niewójta. Ich relacje dobrze pokazuje nagranie z czerwca 2017 r. ujawnione przez „GF”, na którym mówi do szefa GIF per „Zbysiu”. W ich spotkaniach brał udział również prawdziwy oficer – tym razem ABW, Tomasz W., który w służbach działał od końca lat 80. Czy z takim doświadczeniem mógłby nie rozpoznać przebierańca? Tomasz W. nie odpowiedział na nasze pytania.

Ofiarami W. i B. padło także kierownictwo Narodowego Instytutu Leków. – Rozmowy polegały na zastraszaniu wiedzą służb o nieprawidłowościach w Instytucie, mówieniu o tym, co mogą i wpływach np. powołania ludzi z Instytutu do rad nadzorczych spółek skarbu państwa. Gdy urzędnicy poprosili Przemysława W. o pismo z ABW umocowujące go do robienia porządków w Instytucie, w odpowiedzi usłyszeli, że pismo to im pokaże, ale „na Rakowieckiej (siedziba ABW – red.) na przesłuchaniu – opowiada nasz informator.

Od szefowej NIL i jej zastępczyni domagali się utworzenia specjalnego stanowiska, które miało być docelowo obsadzone przez osobę z ABW (czyli przez nich). Pod wpływem nacisków kierownictwo placówki zwróciło się w tej sprawie do Ministerstwa Zdrowia, które nie zajęło jednak stanowiska. Tuż po pierwszym spotkaniu w NIL Przemysław W. przyprowadził do urzędu osobę, która zwiedziła Instytut. Według Przemysława W. „przyuczała się do pracy” i miała z ramienia ABW zajmować się ochroną danych osobowych.

Do zatrudnienia wskazanego przez grupę przestępczą człowieka przy zarządzaniu bezpieczeństwem danych osobowych (a więc bazy ludzi leczących się mającej olbrzymią wartość komercyjną) nie doszło dzięki publikacji „Gazety Finansowej” o oficerze SKW w lipcu 2017 r., która pokrzyżowała plany przestępców.
Kamery przemysłowe w budynku NIL przy ulicy Chełmskiej w Warszawie zarejestrowały jednak znacznie więcej dziwnych gości niż Przemysław W. i Sergiusz B. Byli to m.in. byli oficerowie WSI Andrzej M. (któremu W. miał załatwić pracę w jednej z firm, które padły ofiarami szajki) oraz Jerzy K., kiedyś ppłk WSI, współpracownik gen. Marka Dukaczewskiego, dziś pojawiający się publicznie wśród zwolenników „dobrej zmiany” (w listopadzie 2015 r. nieoczekiwanie wystąpił na jednej z konferencji smoleńskich). K. nie ma żadnych zarzutów w tej sprawie, ale jego obecność dużo mówi o zasięgu wpływów i kontaktach całej grupy.
K. wstąpił do służb jeszcze w PRL. Był szkolony w Moskiewskiej Akademii Kontrwywiadowczej w latach 1988–1989. Po utworzeniu WSI pracował jako starszy oficer w Szefostwie WSI. W październiku 1992 r. został specjalistą w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego prezydenta Lecha Wałęsy. W 1996 r. WSI natrafiły na trop związków K. z pospolitymi przestępstwami (złodziejami aut). Służby umyły jednak ręce, bo okazało się, że początku czerwca 1995 r. K. został przeniesiony do rezerwy. W efekcie wyjaśnienie relacji K. z przestępcami trafiło na polecenie szefa WSI do specjalnej grupy policyjnej, gdzie się rozmyło. Zarzuty w tej sprawie dostał też Robert Z., którego zidentyfikowaliśmy jako absolwenta Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Łączności, dyplomatę, który w latach 90. służył na Ukrainie, a później w Rosji.

Robert Z. podobnie jak Andrzej M. i Krzysztof P. po postawieniu zarzutów, nie zostali aresztowani. Zastosowano wobec nich inne środki zapobiegawcze.

Co ukrywają obecne służby?

Nasi informatorzy potwierdzili, że dwóch spośród zatrzymanych 24 stycznia było żołnierzami SKW przynajmniej w 2007 r. W jednym wypadku był to świeży nabór, w drugim powrót byłego oficera WSI „do firmy”. To tłumaczy, dlaczego w sprawie są ściśle tajne wątki.

Osobną kwestią jest Przemysław W. Pozostaje on w zainteresowaniu organów ścigania od 2013 r., gdy prokuratura w Kielcach postawiła mu zarzut poświadczenia nieprawdy. Według naszych rozmówców, W. sfałszował swoje dokumenty lekarskie (zdaniem naszych informatorów wyrzucono go z uczelni), co spowodowało szybkie odwołanie z pełnionej przez niego funkcji w szpitalu, gdy nieoczekiwanie wygrał konkurs na dyrektora placówki w Czerwonej Górze. – To oszust i mitoman przyłapany przez CBA w 2013 r. – twierdzi nasz informator z CBA, dodając, że od tego momentu W. miał kontakty z funkcjonariuszami tej służby. W. miał również kolegów w SKW. Był to wpływowy pułkownik, nazwijmy go M.

To właśnie faktyczne oparcie w służbach sprawiło, że W. mógł funkcjonować miesiącami po tym, jak jego działania opisała „GF”. I tutaj pojawia się pytanie, jak to możliwe, że służby pozwalają działać lekarzowi – oszustowi i aferzyście, który już dawno powinien siedzieć za kratkami? Kto roztoczył nad nim parasol ochronny, tak duży, że przez ponad dwa miesiące po opisaniu sprawy przez „Gazetę Finansową” nikt się nią nie zajął w prokuraturze?

Pytanie, czy bezkarność grupy nie wynikała właśnie z prawdziwych związków z oficerami służb specjalnych?
W. przedstawiał się jako oficer prowadzący Pawła K. biznesmena, który od końca 2017 r. przebywa w areszcie podejrzany o oszustwa związane z podatkiem VAT. K. miał doskonałe kontakty w CBA. Na tyle dobre, że wytypowano go jako osobę, która ma działać na rynku paliwowym i dostarczać CBA informacji o pojawiających się tam patologiach. Latem 2017 r. firma K. otrzymała od podmiotów kontrolowanych przez CBA około miliona złotych, który miał posłużyć jako pieniądze na rozruch firmy paliwowej. Pieniądze jednak zniknęły i dziś ich poszukiwanie stało się już w Warszawie przedmiotem żartów wśród funkcjonariuszy wszystkich formacji. W październiku 2017 r. doszło do trzech dymisji w stołecznej CBA, w tym samego szefa delegatury. Miało to związek właśnie z kontaktami z Pawłem K. i znikającym pieniędzmi. Ujawniające dymisje media: „Gazeta Wyborcza” i Radio Zet podały, że przyczyną były „powiązania ze światem przestępczym”.

CBA nie chciało odpowiadać na pytania w sprawie zaginionego funduszu operacyjnego i po trzech miesiącach od wysłania pytań, dociskane przez nas odpisało, że „nasze zapytania zawierają nieprawdziwe informacje i insynuacje”. Odpowiedzi zaś na konkretne pytania brak. Funkcjonariusze twierdzą w prywatnych rozmowach, że CBA chce uznać, iż środki zajęte na depozycie w mecenasa Michała Królikowskiego (ok. 980 tys. zł – słynna sprawa przejęcia depozytu złożonego przez oskarżonych o przestępstwa na rynku paliw), są tymi pieniędzmi, których poszukują. Jednak według naszych rozmówców, nie zgadza się ich pochodzenie. Służby muszą jednak znaleźć zgubiony milion złotych, bo inaczej musiałyby się posypać głowy. A za tą fatalną operację w CBA odpowiedzialni są ludzie kojarzeni ze Zbigniewem Ziobrą, stąd działalność prokuratury ma im zapewne pomóc wyjść ze sprawy obronną ręką.
W tej sprawie mamy jeszcze jeden wątek. 24 stycznia, po ogłoszeniu informacji o zatrzymaniu „gangu przebierańców”, dziennikarze „Gazety Polskiej” posiłkując się przeciekami z prokuratury „dokleili” do afery zatrzymanego tego samego dnia, Tomasz Sz. zastępcę redaktora naczelnego magazynu „Służby Specjalne”. Insynuowali, że był częścią tej grupy (jego zarzuty dotyczyły powoływania się na wpływy w zupełnie innej sprawie). Jednak zatrzymanie Tomasza Sz. i próba przedstawienia go jako członka gangu Przemysława W. było ewidentnie zagrywką medialną. Chodziło o to, że gdyby zatrzymano tylko bandę siedmiu przebierańców, media zaczęłyby stawiać niewygodne pytania, choćby o to, dlaczego trwało to tak długo? Perfidię odwracania uwagi opinii publicznej najlepiej pokazuje działalność dziennikarza „Gazety Polskiej” Piotra Nisztora. W październiku opisywał Sz. jako wpływowego współpracownika ABW i CBA, który wykorzystywał służby w swoich interesach. Trzy miesiące później ogłosił go członkiem gangu przebierańców, nie przejmując się faktem, że jest to kompletnie sprzeczne z tym, co pisał kilka tygodni wcześniej. Dziennikarze „Gazety Polskiej” bynajmniej nie przeprosili za kłamstwa i nie sprostowali nieprawdziwych informacji.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że prokuratura i CBA wykorzystały bez mrugnięcia okiem dziennikarzy „Gazety Polskiej” do siania dezinformacji w mediach. Pytanie, kogo miało to ochronić?

Autor

Najnowsze