7.9 C
Warszawa
poniedziałek, 18 października 2021

Szczepionkowa wojna

Koniecznie przeczytaj

Jeszcze kilka miesięcy temu opracowanie szczepionki przeciwko koronawirusowi wydawało się bardzo odległe. Dziś jesteśmy już świadkami wojny o zyski z branży wartej kilkadziesiąt miliardów dolarów rocznie.

W wyścigu o opracowanie preparatu zdolnego powstrzymać rozprzestrzenianie się nowego, chińskiego wirusa wzięły udział setki firm. Najszybsi nie okazali się wcale farmaceutyczni giganci, którzy w ostatnich latach coraz częściej rezygnowali w ogóle z nieszczególnie dochodowej produkcji szczepionek, lecz podmioty zdecydowanie mniejsze, jak choćby BioNTech czy Moderna. Pomimo tego, spodziewane zyski z globalnego programu szczepień sprawiły, że do programu przyłączyli się ostatecznie wielcy gracze, a wraz z nimi pojawiły się także intrygi świata wielkiej polityki.
Unia daleko w tyle
Jeżeli szukalibyśmy kolejnego dowodu na to, że Unia Europejska staje się coraz bardziej zbiurkokratyzowanym gospodarczym zombie, utrzymywanym przy życiu głównie przez politykę bezgranicznego luzowania ilościowego i ujemnych stóp procentowych, to na pewno znaleźlibyśmy go w sposobie, w jaki zarządzany jest program szczepień. Zaczęło się pod koniec stycznia od wielkiego zamieszania związanego z zakontraktowaniem szczepionek, za które najmocniej krytykowana była przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Niemieckie media ujawniły wówczas, że w kontrakcie podpisanym z brytyjsko-szwedzkim koncernem AstraZeneca nie zagwarantowano mieszkańców Unii Europejskiej należycie szybkiej dostawy wystarczającej liczby dawek preparatu. Złość na przewodniczącą wynikała bez wątpienia z wielkiej frustracji co do tego, iż program szczepień przebiegał w Unii Europejskiej w tak niezadowalającym tempie. Po upływie dwóch miesięcy od tamtych wydarzeń zmieniło się nadal bardzo niewiele, a Europa przedstawia się na tle innych mocarstw bardzo niekorzystnie. Podczas gdy w połowie marca w Wielkiej Brytanii zaszczepionych było aż 45 na 100 mieszkańców, a w USA ponad 37, w Unii Europejskiej wciąż tylko 13. To wielka wizerunkowa porażka wspólnoty, która de facto pokazuje realną siłę zjednoczonej Europy w kontekście globalnych zmagań o władzę.
Podstawowym powodem, dla którego Wielka Brytania tak świetnie radzi sobie z programem szczepień, jest oczywiście sukces AstryZeneki, której szczepionka jest m.in. najtańsza ze wszystkich dostępnych. Do tej pory brytyjsko-szwedzki koncern otrzymał zamówienie na ponad 3,2 mld dawek, co bez wątpienia jeszcze bardziej podrażniło ambicje Niemiec. Berlinowi bardzo zależałoby na tym, aby to właśnie niemiecki BioNTech współpracujący z amerykańskim Pfizerem przejął jak największą liczbę zamówień. Dodatkowo ogromną złość niemieckiego establishmentu wywołało to, że wiele milionów dawek preparatu AstryZeneki produkowanych jest na terenie Unii Europejskiej, m.in. w Holandii, a mimo to firma znacząco ograniczyła obiecane wcześniej dostawy dla kontynentalnej Europy. W reakcji na to Ursula von der Leyen udzieliła nawet wywiadu, w którym zagroziła, że zakaże eksportu szczepionek AstryZeneki, jeśli spółka nie wywiąże się ze zobowiązań zawartych w umowie z Komisją Europejską. Niemiecka polityk chce w ten sposób przykryć własne błędy, gdyż w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii nie zapewniła Unii Europejskiej priorytetowych dostaw na wczesnym etapie prac nad szczepionką.
Kłótni o Brexit ciąg dalszy
Konflikt o szczepionki wszedł w ostatnich dniach w zupełnie nową fazę w momencie, gdy Dania, a równocześnie z nią kilkanaście innych państw europejskich, nieoczekiwanie wstrzymała szczepienia preparatem AstryZeneki, argumentując, że przyczyniał się on do występowania zatorów krwi. Te rzeczywiście występują, choć z pewnością nie w stopniu, który można by uznać za przyczynę wystarczającą do tego, aby całkowicie wycofywać szczepionkę z użytku. W całym konflikcie chodzi oczywiście o coś więcej, gdyż dla Niemiec przyznanie się do spektakularnej porażki jest niezwykle trudne do przełknięcia, szczególnie w kontekście bardzo burzliwego procesu negocjacji w sprawie Brexitu. Brytyjczycy mieli opuścić gospodarczy europejski raj i skazać siebie samych na zmarginalizowanie, lecz to właśnie im udało się zademonstrować sprawną reakcję na kryzysową sytuację.
W trwającej debacie na temat unijnej nieporadności dochodzą do głosu opinie, że brukselscy urzędnicy, nie zastrzegając sobie w umowach na wczesnym etapie prac nad szczepionkami odpowiednich warunków dostaw, nie chcieli angażować zbyt dużych środków finansowych w przedsięwzięcia o bardzo niepewnym statusie. Ówczesną postawę chcą sobie dziś zrekompensować bardzo ostrym kursem wobec brytyjskiego konkurenta. Dlatego też przedstawiciele Komisji Europejskiej chcą w akcji szczepień jeszcze mocniej oprzeć się na preparacie wyprodukowanym przez amerykański koncern Johnson&Johnson.
Niemcom bardzo zależało na tym, aby prymusem w walce z koronawirusem okrzyknięta została firma BioNTech z Moguncji. Założona przez parę tureckich imigrantów jest uznawana za przykład rzekomo udanej polityki migracyjnej berlińskiego rządu. Preparat konsorcjum Pfizer-BioNTech jest jednak dużo droższy niż AstryZeneki i pomimo dużo lepszych recenzji nie zdeklasował jak dotąd konkurencji. Angela Merkel spotkała się niedawno z szefem BioNTech, Ugurem Sahinem, który zapewnił, że do września ilość wykonanych szczepień pozwoli w pełni opanować epidemię. Cała sprawa bardzo silnie obciąża także samą kanclerz, która w ostatnich sondażach traci mocno na popularności. Przedłużające się lockdowny i ograniczenia wywołują wciąż wielkie protesty w całych Niemczech, a ich skala jest znacznie większa niż w Polsce.
Dochodowy biznes
Przepychanki w wyścigu o opracowanie szczepionki stają się bardziej zrozumiałe, jeśli tylko umiejscowić je w kontekście finansowym. Do tej pory branża szczepionkowa nie wyróżniała się w żaden istotny sposób na tle rynku farmaceutycznego i reprezentowała mniej niż 1 proc. przychodów ze sprzedaży wszystkich specyfików. Z dnia na dzień okazało się, że przechodzący we wciąż nowe warianty koronawirus całkowicie zmienił warunki gry i przyczynił się do wytworzenia nowego rynku wartego nawet 30-40 mld dolarów rocznie. Nie jest to jeszcze oszałamiająca suma na tle tych, które są do zgarnięcia w leczeniu chorób przewlekłych, ale biorąc pod uwagę to, że COVID-19 może stać się nową chorobą sezonową, jest wystarczająca do tego, aby stoczyć o nią wielką batalię. Unijna awantura wokół szczepionek po raz kolejny odsłoniła słabość Unii Europejskiej, która pragnąc przykryć swoje własne błędy i niedociągnięcia, z łatwością sięga po manipulację. Na co dzień brukselscy urzędnicy z łatwością wygłaszają hasła odwołujące się do solidarności, spójności i współpracy, lecz w kryzysowych sytuacjach najczęściej zawodzą. Tak było chociażby przed rokiem, gdy po pojawieniu się koronawirusa wspólna polityka praktycznie nie istniała, a każde państwo wzięło – na szczęście – sprawy w swoje ręce.
Jak do tej pory największym „sukcesem” Unii w kontekście koronawirusa okazuje się doprowadzenie do tego, że postawione pod ścianą w wyniku gospodarczych następstw lockdownów państwa członkowskie zgodziły się na emisję wspólnego długu. Ów „hamiltonowski moment Europy”, tworzący jeden z fundamentów europejskiego państwa, najwidoczniej tak bardzo przyciągnął uwagę europejskich elit, że zupełnie zapomniały o rzeczach bardziej przyziemnych. Kolejną odsłoną szczepionkowego konfliktu może się stać kwestia tzw. zielonych paszportów wydawanych dla osób, które poddały się szczepieniom. W związku z tym, że niektóre kraje członkowskie, np. Węgry, zdecydowały się na szczepienia rosyjskim preparatem Sputnik V, z pewnością pojawią się spore rozbieżności w uznawaniu certyfikatów w poszczególnych krajach. Skutkować to może niemałym chaosem, a także kolejnymi konfliktami w ramach wspólnoty, która powstała rzekomo po to, aby zapewnić swobodny przepływ ludności między krajami członkowskimi.

Autor

Poprzedni artykułSkorumpowane Niemcy
Następny artykułWielkie rozczarowanie

Najnowsze

Zielony kryzys energetyczny

Afera Pfizera

Nowe wejście smoka

Powtórka z ZSRR?