25.7 C
Warszawa
wtorek, 22 czerwca 2021

Rząd nie szanuje przedsiębiorców

Koniecznie przeczytaj

Rząd premiera Mateusza Morawieckiego, zamiast wspierać przedsiębiorców, narzuca im dodatkowe obowiązki i podnosi podatki.

Prawie wszyscy znają historię o bacy, który siedzi na gałęzi i ją piłuje. Przechodzi turysta i ostrzega bacę: przestańcie piłować, bo spadniecie. Turysta odchodzi, a baca dalej piłuje. W końcu udaje mu się przepiłować gałąź i spada na ziemię z hukiem. Leżąc obolały, mówi: ten, co przechodził, to musiał być jakimś prorokiem.
W naszej historii rząd Mateusza Morawieckiego jest bacą, a w roli turysty ostrzegającego przed piłowaniem gałęzi, na której się siedzi, występuje „Gazeta Finansowa”. Polska gospodarka opiera się na przedsiębiorcach. Ludziach, którym się chce pracować i ryzykować. To oni pchają całą gospodarkę do przodu. To dzięki nim pojawiają się nowe miejsca pracy, a rząd ma coraz więcej pieniędzy z podatków. Rząd Morawieckiego zaczął jednak przykręcać śrubę przedsiębiorcom. Już w 2020 r. podniesiono składki na ZUS o 8,7 proc. – najwięcej w historii. Także w 2021 r. obciążenia podniesiono, chociaż większość przedsiębiorców dostała mocno po kieszeni przez pandemię koronawirusa. Teraz rząd Morawieckiego wprowadził obowiązek rejestrowania wszystkich umów o dzieło w ZUS. Nie ma wątpliwości, że to wstęp do tego, aby zacząć naliczać od nich składki. Sam koszt rejestracji tych umów to dla wielu firm dotkniętych pandemią kolejny „cios w plecy”. Rząd Morawieckiego przygotował też mrożący krew w żyłach projekt ustawy o zmianie ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych oraz niektórych innych ustaw z dnia 22 stycznia 2021 r. Zakłada on ogromne rozszerzenie obowiązkowego ZUS dla: wspólników sp. z o.o., spółki jawnej, spółki partnerskiej i spółki komandytowej. Co więcej, z płacenia składek nie będzie zwalniało zawieszenie działalności, tylko wykreślenie spółki z Krajowego Rejestru Sądowego. To ostatnie wręcz zakrawa na żart, bo w czasie pandemii na wpisy w KRS czeka się czasem po kilka miesięcy. Gołym okiem widać, że rządowi Morawieckiego brakuje kasy i postanowił wydrenować kieszenie przedsiębiorców. Premier zapowiada jednak, że dobry gospodarz strzyże owce, a nie zarzyna…
Bądźmy drugą Rumunią!
Przedstawiciele rządu lubią podkreślać, jak wielki „skok cywilizacyjny” miał miejsce dzięki ich rządom. Trwający kryzys to ich zdaniem oczywiście nie ich wina, tylko epidemii koronawirusa i związanego z nią spadku koniunktury. Trochę w tym prawdy jest, ale nie jest tak, że ostatnie pięć lat było czasem maksymalnie wykorzystanym przez rządzących. Z opublikowanych w grudniu ubiegłego roku danych Eurostatu (odpowiednik Głównego Urzędu Statystycznego dla Unii Europejskiej) wynika, że w latach 2015-2019 Rumunia dogoniła Polskę pod względem wydatków na konsumpcję (stanowią one w obu krajach 79 proc. średniej UE). Dla porównania w 2017 r. wskaźnik ten dla Polski wynosił 77 proc., a dla Rumunii – 70 proc.
Jak Rumuni to zrobili? Sześć lat temu w Rumunii zaczęło się wielkie obniżanie podatków. Podstawową stawkę VAT zmniejszono z 24 proc. do 20 proc. Trzy lata później obniżono ją o kolejny punkt podatkowy do 19 proc. Z jednej strony niższe podatki zachęcają obywateli do konsumpcji, z drugiej zaś strony sprawiają, że przedsiębiorcy mniej chętnie oszukują na podatkach. Wszyscy jeździmy na wakacje. Czy ktoś widział, aby w nadmorskich lub górskich miejscowościach wypoczynkowych ktoś posługiwał się kasą fiskalną?
Gdy w 2017 r. Rumunia osiągnęła 7 proc. wzrost gospodarczy, to szefostwo Międzynarodowego Funduszu Walutowego apelowało do rządu, aby „nie przegrzewał gospodarki” dalszymi obniżkami podatków. Absurdalność takich apeli (kiedyś stosowanych wobec Polski) trudno komentować. Owo „przegrzewanie” polega na tym, że przedsiębiorcy głosują nogami. Niskie podatki sprawiają, że miejscowe elity biznesu wolą nie tylko zacząć robić interesy w kraju, ale także przestają kantować na podatkach. Dlatego od stycznia 2018 r. stawka PIT (czyli podatku od dochodów osobistych) w Rumunii spadła z 16 proc. do 10 proc. (w Polsce podstawowa wynosi dziś 17 proc.). Kwota wolna od podatku wzrosła z około 3 tys. zł (taka mniej więcej, jaka dziś jest w Polsce dla większości podatników), do ok. 24 tys. zł, czyli ośmiokrotnie. Zwolniono także z podatku VAT sprzedaż domów do 100 tys. euro. (ok. 450 tys. zł.).
W Polsce ten mechanizm (dobroczynnych efektów obniżki podatków) był najlepiej widoczny, gdy rząd obciął stawki podatku od firm w 2002 r. z 27 proc. do 19 proc., a dalej stworzył dla 98 proc. Polaków możliwość płacenia w miarę prostego – 19 proc. podatku liniowego. Budżet nie tylko się nie załamał, ale gospodarka „ruszyła z kopyta”.
Obudźcie się!
Wśród części polityków rządzącego dziś Polską obozu na porządku dziennym jest niebezpieczne patrzenie na przedsiębiorców jako na „prywaciarzy”. Obrzydliwych wyzyskiwaczy pracowników, których tylko państwo może nauczyć „sprawiedliwego” (cokolwiek ma to znaczyć) dzielenia się zyskiem. Taka taktyka przypomina właśnie piłowanie przez bacę gałęzi, na której siedział. Przykład Rumunii pokazał, że racjonalna gospodarka finansowa stosowana przez 5 lat, mogłaby pozwolić Polsce dogonić kraje zachodnie UE. Niestety dziś żadna z liczących się partii, które są w parlamencie, nie proponuje skopiowania rozwiązań rumuńskich. Sukces Rumunów i ich polityki niskich podatków jest przemilczany. Przykład tego kraju jest jednak ze wszech miar budujący. Skoro w tak skorumpowanej Rumunii ludzie w końcu postanowili działać racjonalnie, to są szanse, że również w Polsce powstanie w końcu rząd, który wyjmie ręce z kieszeni obywateli i włoży do własnych.
Jeżeli rząd Mateusza Morawieckiego przepchnie w parlamencie kolejne zwiększenie obciążeń właścicieli firm, to wielu z nich po prostu zagłosuje nogami. Zamkną firmy w Polsce i udadzą się do Rumunii lub do jakiegoś bliższego Polsce kraju UE, w którym są przyjaźniejsze warunki do biznesu. Dla dużej części firm taka zmiana jest możliwa. Szczególnie tam, gdzie główną rolę odgrywają wykwalifikowani pracownicy. Tych ludzi nie da się potem prosto sprowadzić do Polski. Morawiecki wciąż ma czas, aby się powstrzymać. Z podwyżek, które chce wprowadzić, nie będzie większych pieniędzy do budżetu. Będzie dalszy spadek poparcia dla partii rządzącej i wielka ucieczka przedsiębiorców – za granicę lub do szarej strefy.

Autor

Najnowsze