7.5 C
Warszawa
poniedziałek, 18 października 2021

Jak zbić majątek na antyrasizmie? Korupcja BLM

Koniecznie przeczytaj

Finansowy skandal założycielki BLM Patrisse Cullors zatacza coraz szersze kręgi. Ujawnia, że antyrasizm stał się przemysłem zarabiania pieniędzy. Machina Black Lives Matter nie gardzi korupcją i szantażem.

Marksistowski skup nieruchomości
W USA nabiera obrotów skandal finansowy z Patrisse Cullors w roli głównej. Jak ujawnił „New York Post” współzałożycielka ruchu BLM, która nazywa się progresistką i marksistką, wykorzystała antyrasistowską poprawność polityczną do zyskownego skupu nieruchomości.
Chodzi o 4 rezydencje o łącznej wartości 3,2 mln dolarów. To sporo jak na piewczynię skrajnie lewicowej ideologii. Cullors głosi pogląd odebrania prywatnej własności białym Amerykanom, którzy dorobili się majątku na niewolniczej pracy czarnych i rasowej dyskryminacji.
Według NYP nie jest to pierwsza i jedyna okoliczność kompromitująca postępową działaczkę i ruch BLM. Okazuje się, że Cullors rzuciła się na nieruchomości zaraz po zabójstwie Georga Floyda. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wykorzystała społeczne oburzenie do zawarcia korzystnych transakcji. Rok temu działaczka nie znikała z ekranów telewizyjnych i łam mediów. Wyrażała oburzenie systemowym rasizmem i zagrzewała aktywistów do walki z policyjną przemocą. – BLM to inwestycja w przyszłość czarnej społeczności – głosiła. Tyle że gdy naiwni lub po prostu uczciwi Amerykanie wychodzili tysiącami na ulice w obywatelskich protestach, sama Cullors inwestowała miliony dolarów w tak potępianą własność prywatną. Dziś media ironizują, że 37-letniej aktywistce nie można odmówić zamiłowania do luksusu. Wszystkie nabytki łączy motto: na bogato! Zacznijmy od najnowszego, kupionego w marcu tego roku za 1,4 mln dolarów.
Dziennikarze „NYP” odnaleźli rezydencję w prestiżowym Malibu. Ma 1 tys. metrów powierzchni i dwie wille. Cullors pozostaje bowiem w związku małżeńskim z inną założycielką BLM Janayą Khan.
Obie panie nazywają uczuciowe więzy: afroamerykańsko – nonkonformistycznym układem qeer, czyli homoseksualnym. Natomiast „NYP” chwali rozkoszne warunki mieszkaniowe duetu bojowniczek o równe prawa mniejszości. Redakcję gazety zachwyciła wysokość sufitów małżeńskiego gniazdka „Topanga”, z okien rozpościera się bowiem widok na malowniczy kanion o tej samej nazwie.
O dwóch innych nieruchomościach wiemy niewiele, poza tym, że są położone w okolicach Los Angeles. Natomiast „NYP” udało się dotrzeć do rezydencji kupionej w październiku. Rancho znajduje się w stanie Georgia i należy doń liczące 800 m długości lotnisko. Posiadłość leżąca 30 minut jazdy od stolicy stanu Atlanta ma przynosić dochody. Oprócz obowiązkowego basenu na terenie znajduje się hangar i warsztat remontowy samolotów. Słowem inwestycja zapewniająca utrzymanie na stare lata.
Na tym nie koniec. Wścibscy dziennikarze odkryli najnowsze ślady pobytu marksistki na rajskich Bahamach. Rozmowy z miejscowymi agentami nieruchomości pozwoliły ustalić, że założycielka BLM wraz z żoną były zainteresowane kupnem rezydencji w przedziale cenowym od 10 do 20 mln dolarów.
Na takie ceny wskazuje rejon, który upodobali sobie, m.in. piosenkarz Justin Timberlake i niemniej sławny golfista Tiger Woods. Pytanie brzmi, jak wrażliwa na ludzką krzywdę i nierówności społeczne Cullors pogodzi się z obrzydliwym wprost bogactwem słynnych sąsiadów?
Najwyraźniej jednak lewackie poglądy nie przeszkadzają przywódczyni BLM w budowaniu dobrostanu materialnego. Przykładem kolejnej zyskownej transakcji, której aktywistka dokonała, „jadąc” na antyrasistowskiej renomie BLM, jest kontrakt z wytwórnią filmową Warner Bros. Cullors z racji ważnej roli społecznej dostaje ogromne pieniądze. W ramach umowy o wszechstronnej współpracy ma ideowo wspierać produkcje dla Afroamerykanów marginalizowanych dotychczas przez Hollywood. Fajna fucha za nic nie robienie, tyle że na taką informację, o wyraźnym podłożu korupcyjnym, zareagowali inni aktywiści jej własnego ruchu. Po ujawnieniu faktu posiadania czterech rezydencji i kontraktu z fabryką snów, z oświadczeniem dla mediów wystąpił szef nowojorskiego oddziału BLM, nie mniej sławny Hawk Newsome. Po pierwsze, wezwał do przeprowadzenia niezależnego dochodzenia w sprawie inwestycji, a więc majątku koleżanki, wskazując na niejasne pochodzenie pieniędzy. Po drugie, poprosił aktywistkę o przedstawienie zeznań podatkowych dla odpowiedzi na ważne pytanie. A to brzmi: ile pieniędzy w formie darowizn przeznacza na dobroczynną pomoc czarnym braciom? – Krzyczymy na całą Amerykę o równości i nazywamy się socjalistami, dlatego musimy wyegzekwować od tych kobiet odpowiedzi – podkreślił nowojorski aktywista. – Jeśli tego nie zrobimy, ludzie zwątpią w nasz ruch – ostrzegł. Dlatego po trzecie i najważniejsze, Newsome zażądał, aby kierowane przez duet Cullors – Khan sieciowe stowarzyszenie ujawniło stan majątkowy i rozliczyło się publicznie z wydatkowanych funduszy.
Przekręt im. Black Lives Matter
Cullers i Khan zarejestrowały Black Lives Matter Global Network, które wraz z 20 stanowymi oddziałami jest wyłącznym właścicielem marki BLM. Jak ujawniła gazeta „The Los Angeles Times”, tylko w ubiegłym roku stowarzyszenie zebrało ponad 90 mln dolarów dotacji i darowizn. Dla porównania fundusz partii republikańskiej, który firmuje swoim nazwiskiem Donald Trump, przyciągnął 50 mln dolarów. Zamiast szczegółowego sprawozdania Cullors napisała jednak barwne dyrdymały – Budujemy obecnie infrastrukturę, aby nadążyć za tempem napływu funduszy, z których większość przeznaczymy na niesienie radości i wyzwolenia Afroamerykanów. Chcemy, aby czarne społeczności nie tylko egzystowały, ale prosperowały. Stowarzyszenie podało również ogólne dane. Wydatkowało 21,7 mln dolarów na funkcjonowanie swoich terenowych struktur, kończąc 2020 r. z saldem 60 mln dolarów na koncie. Zaraz, zaraz, podnieśli bunt lokalni działacze, twierdząc, że nie widzieli takich pieniędzy. Złożyli również skargę na przejrzystość finansowych działań kierownictwa krajowego oraz ich odpowiedzialność. Tymczasem kierownictwo w osobie Cullors odmówiło opublikowania listy darczyńców i wysokości darowizn.
Podejrzenie, że te ostatnie były, ostrożnie szacując, kilkukrotnie większe od zadeklarowanych, wywołuje raport Candid and the Center for Disaster Philanthropy. Autorzy twierdzą, że 35 proc. z 20,2 mld dolarów, na które w ostatnim pięcioleciu złożyły się korporacje, fundacje, publiczne organizacje charytatywne i zamożne osoby fizyczne, zostało przeznaczone dla społeczności kolorowych. Od 2020 r. kluczowym kanałem przekazywania funduszy jest BLM. Ponadto lokalni działacze zarzucają, że stowarzyszenie kierowane przez Cullors odeszło od pierwotnego radykalizmu i spontanicznej formy obywatelskiej aktywności na rzecz budowy organizacji politycznej i komercji. W odpowiedzi kierownictwo ruchu oświadczyło, że wszystkie zgromadzone środki są inwestowane w dobro wspólne. Faktycznie na tkance globalnej organizacji powstała sieć firm – pośredników, do których trafiają środki BLM. Należą do nich dwie prywatne fundacje, na których czele stoi Cullors. Jedna powtarza nazwę BLM. Druga założona w Los Angeles – Power and Dignity Now – została powołana po to, aby zarządzać ogólnokrajowym ruchem społecznym Black Lives Matter.
Ponadto światło dzienne ujrzały Black Futures Lab oraz Diaspora Rising. Ich dyrektorkami zostały Alicia Garza i Opal Tometi. Obie aktywistyki figurują jako współzałożycielki BLM, ale to ich prywatne organizacje są zasilane funduszami z darowizn. Pytanie, na co idą pieniądze? Bo na pewno nie na statutowy cel obrony Afroamerykanów przed brutalnością policji. Sporo może o tym powiedzieć matka 18-latka zastrzelonego w Los Angeles przez policję. W 2016 r. była to głośna sprawa.
Jak mówi pani Simpson, istniejące już wówczas BLM ustami Cullors obiecało zwrot kosztów pogrzebu, batalię prawną o ochronę dobrego imienia zabitego oraz pociągnięcie sprawców do odpowiedzialności.
Zdaniem matki było to policyjne zabójstwo analogiczne do morderstwa Georga Floyda, które wypromowało i uczyniło BLM bogatym. Jednak mimo napływu milionów dolarów stowarzyszenie nie kiwnęło palcem ani w 2016, ani w 2020 r. Na przypomnienie o złożonych obietnicach BLM odpowiedziało brutalnie – Jesteśmy organizacją budującą władzę czarnych, a nie stowarzyszeniem pomocy społecznej, które udziela Afroamerykanom zapomóg.
Dlatego dziś Simpson twierdzi – Black Lives Matter to kłamstwo, bo życie czarnych nie ma dla nich znaczenia. Znaczenie mają wyłącznie kieszenie. Przechodzą do nas, żądając poparcia, ale kiedy chowamy swoje dzieci, nie są B i L, ani tym bardziej M. Za to wszyscy kupują nieruchomości – skarży się matka zastrzelonego przez policję.
Na tym nie koniec, logo BLM bowiem bezprawnie posługują się dziesiątki afroamerykańskich organizacji, które w ten sposób wyłudzają pieniądze. Portal BuzzFeed News poinformował, że kalifornijski plagiat BLM Foundation pozyskał od zdezorientowanych darczyńców 4,5 mln dolarów. Co to za stowarzyszenie nie wie nikt, rozpłynęło się bowiem w powietrzu wraz z większością pieniędzy, zanim fiskus zorientował się w przekręcie i zamroził konta oszustów.
Innym problemem ruchu sprawiedliwości rasowej są defraudacje dokonywane przez aktywistów obdarzonych społecznym zaufaniem. „The New York Times” ujawnił, że jeden z działaczy wydał na cele prywatne 450 tys. dolarów. Na szczęście usłyszał zarzuty prokuratorskie. Jednak skala antyrasistowskich przekrętów Afroamerykanów nie jest jeszcze oszacowana lub, co bardziej prawdopodobne, nie jest upubliczniana ze względu na poprawność polityczną mediów.
Bojownicy o równość czy reketerzy?
Jedno jest pewne, wspólnym mianownikiem działania BLM są wymuszenia w białych rękawiczkach. Jak komentuje „LA Times”, zdecydowana większość z oficjalnie zadeklarowanych 90 mln dolarów to darowizny firm i celebrytów. Zdaniem gazety wpłatami dla BLM usiłują uniknąć oskarżeń o rasizm formułowanych przez afroamerykańskich działaczy. Pytanie brzmi zatem, czy BLM ze spontanicznego, oddolnego ruchu społecznego nie przekształcił się w formę gangsterki na miarę XXI w.? Na liście znajdujemy marki, które są globalnymi ikonami. Z czym kojarzy się Ameryka, jeśli nie z Coca-Colą, Apple, Nike czy Facebookiem? Lista darczyńców jest długa, podobnie jak ilość zer w darowiznach. Tylko Mark Zuckerberg poinformował, że jego firma przekazała 10 mld dolarów na rzecz osób walczących o rasową sprawiedliwość. Koncern Apple utworzył 100 dodatkowych miejsc pracy wyłącznie dla Afroamerykanów. I tak dalej. Podobnie zareagował rynek reklamowy, zwiększając o 100 proc. treści skierowane do tej grupy amerykańskich obywateli. Wiadomo, że stawką są obroty, a więc sprzedażowe zyski, które mogą znacząco spaść po nieprzychylnej uwadze osoby pokroju Cullors, o wezwaniu do bojkotu marki nie wspominając.
Według brytyjskiego portalu Spiked popularną metodą BLM jest wymuszanie okupu. Płacą przedsiębiorcy budowlani i deweloperzy. Za co? Za spokój na ulicach, bo, jak wiadomo, brak elementarnego bezpieczeństwa odstrasza kupujących, obniżając ceny nieruchomości. Taka metoda jest stosowana przez biznes w Minneapolis, Portland i innych miast, które w ubiegłym roku były ogarnięte zamieszkami.
Od czasu śmierci Georga Floyda media odnotowały również kilka pokazowych linczów na osobach i instytucjach, które wyrażały się sceptycznie na temat BLM. Weźmy chociaż urzędującego wówczas prezydenta. Nagonka na Donalda Trumpa nie miała granic, tylko za to, że wprowadził gwardię narodową do miast podpalonych przez Afroamerykanów. Z wezwaniem do ostracyzmu spotkały się również konserwatywne media na czele z Fox News. Za to skrajnym przykładem poprawności politycznej w imię zwiększenia oglądalności jest CNN. Jak ujawnił niezależny portal Project Veritas, telewizja odmówiła rzetelnego naświetlenia udziału Afroamerykanów w przemocy wobec Azjatów. Choć wiele tytułów potwierdziło, że aktywiści ruchu antyrasistowskiego stoją za pobiciami, a nawet mordami Amerykanów z korzeniami chińskimi, wietnamskimi czy indonezyjskimi, nieoficjalna dyrektywa CNN głosiła: „Pomagamy BLM”.
Zdanie odrębne na temat niechęci Afroamerykanów do wyjścia z gett i edukacji kosztowało kariery wielu stanowych i federalnych urzędników. Za przejaw rasizmu uznano falę roszczeń odszkodowawczych wobec BLM, z którymi wystąpiły setki przedsiębiorców, których sklepy, magazyny i punkty usługowe rozgrabili bądź spalili aktywiści ruchu i bojówkarze „Antify”. Tymczasem, zamiast wziąć na siebie odpowiedzialność, stowarzyszenie Cullors powołało specjalne grupy zadaniowe, które mają wywierać polityczną presję na wymiar sprawiedliwości i same ofiary.
Fala ataków BLM dotknęła również Hollywood. Krytyka antyrasizmu, jako metody szykanowania kosztowała karierę gwiazdę serialu „The Mandarolian” Ginę Carano. Czarnoskóry aktor telewizyjny Terry Crews znany z popularnego sitcomu i reklam został po prostu zniszczony. Powodem była opinia, że czarny rasizm zastąpił biały.
Za to nagrodę brytyjskiej akademii filmowej BAFTA dostał film poświęcony organizacji Czarne Pantery, która w latach 60. ubiegłego wieku posługiwała się terrorem w walce z rasizmem. W uzasadnieniu jury można przeczytać, że produkcja jest hołdem dla BLM. Nikt nie chce pamiętać, że Czarne Pantery mordowały Afroamerykanów za domniemaną zdradę. Nie lepiej jest w innych dziedzinach sztuki. Afroamerykański świat muzyczny uznał za rasistowską muzykę klasyczną. Tylko po to, aby wymusić na amerykańskich filharmoniach zwiększenie etatów dla czarnoskórych muzyków.
Wreszcie zgodnie z ocenami marszandów tematyka BLM stała się fenomenem sezonu. Według renomowanego magazynu ArtReview, dzieła poświęcone walce z rasizmem zrewolucjonizowały sztukę. A jeśli tak, to również jej rynek i domy aukcyjne czyniąc artystów, idących z duchem czasu, zasobnymi ludźmi. Czy jednak sztuka zyskuje? Brytyjski „The Spectator” komentując tegoroczne Oscary, twierdzi, że nagrody amerykańskiej akademii przestają być drogowskazem kina. – Być może nominacje i nagrody odzwierciedlają sprawiedliwość rasową w środowisku aktorskim i przemyśle filmowym, jednak prowadzą do obniżenia artystycznej poprzeczki – recenzuje tygodnik.
Dlatego „The American Conservative” dopatruje się w ruchu antyrasistowskim systemowego wymuszenia. Celem jest siłowa wymiana amerykańskich elit władzy i biznesu, a więc skok na posady i kasę.
Systemowy rasizm i rzekoma niedostępność wielu dziedzin życia dla Afroamerykanów okazuje się kłamstwem wyssanym z palca. Według danych amerykańskiego spisu powszechnego najwięcej zarabiają mniejszości etniczne USA. Najzasobniejsze są rodziny imigrantów z Indii (135 tys. rocznego dochodu). Za nimi plasują się obywatele tajwańskiego pochodzenia (102 tys. dol.) Natomiast białe rodziny, wykazując się średnim dochodem 62 tys. dolarów rocznie, plasują się na szarym końcu. Bardziej zasobni od „systemowych rasistów” są przedstawiciele aż 20 mniejszości etnicznych. Czy są wśród nich Afroamerykanie? Zdecydowanie tak. Narodowa Liga Futbolu Amerykańskiego jest afroamerykańska, ponieważ aż 68 proc. graczy ma takie korzenie. Afroamerykańscy zawodnicy stanowią 74 proc. drużyn ligi koszykarskiej. Są tylko dwie dziedziny życia, w których biali jeszcze utrzymują dominację. To nauka i wielki biznes. Jeśli chodzi o korporacje, 30 proc. zarządów i rad nadzorczych to Azjaci, a 19 proc. – Latynosi. Afroamerykanie są na razie jak rodzynki w cieście. Podobnie wyglądają proporcje kadr uniwersyteckich.
Jednak porównując warunki startowe, Afroamerykanie nie mają gorszych od obywateli chińskiego, hinduskiego czy japońskiego pochodzenia. Tymczasem testy wiedzy akademickiej ujawniają, że dzieci imigrantów z Azji chcą się uczyć, natomiast afroamerykańskie nie.
Poziom dokonań matematycznych białej młodzieży wynosi średnio 553 punkty, a azjatyckiej 612 punktów. Tymczasem ich afroamerykańscy odpowiednicy zdają egzaminy z 462 punktami.
Po co jednak konkurować wiedzą, mozolnie budować biznes, czy piąć się po szczeblach korporacyjnej kariery, skoro można podpalać miasta, głośno krzyczeć o rasowej krzywdzie. Kongres pracuje właśnie nad projektem ustawy o odszkodowaniach za niewolnictwo.

Autor

Najnowsze

Zielony kryzys energetyczny

Afera Pfizera

Nowe wejście smoka

Powtórka z ZSRR?

Afganistan: skrzyżowanie bezdroży