8 C
Warszawa
czwartek, 29 września 2022

Białoruś. Smierć w uściskach Kremla

Koniecznie przeczytaj

Jeszcze kilka lat temu Aleksander Łukaszenka straszył Białorusinów polskolitewską agresją. Obecnie największym zagrożeniem staje się „bratnia” Rosja.

Kreml rozpoczął hybrydową ofensywę ekonomiczną, która ma „dorżnąćniewydolną gospodarkę Białorusi. Prezydencki fotel Łukaszenki wyraźnie się chybocze, ponieważ Mińsk nie ma ani reform gospodarczych, ani planu „B” w relacjach z Moskwą.

 – Jesteśmy na froncie. Zginiemy, jeśli nie wytrzymamy najbliższych lat, a to znaczy, że przyjdzie nam wejść w skład innego państwa. Albo obcy będą wycierać o nas nogi, albo nie daj Bóg, na Białorusi wybuchnie taka wojna jak na Ukrainie – słowa Aleksandra Łukaszenki padły przed frontem, a raczej okopem pełnym białoruskich żołnierzy, ćwiczących na letnim poligonie. Wypowiedź „ojca narodu” zaszokowała nie tylko obywateli Białorusi. Odbiła się bardzo głośnym echem w rosyjskich mediach, które odebrały ostre słowa, jako wypad pod adresem Kremla. Nie bez przyczyny Moskiewskie Centrum Carnegie skomentowało całą sytuację w następujący sposób: „To oczywiste, że spośród wszystkich sąsiadów Białorusi, tylko Rosja ma dostateczny potencjał, a co najważniejsze świeże doświadczenia w przyłączaniu cudzych terytoriów”.

Dlaczego Mińsk podniósł antyrosyjski alarm, na miarę utworzenia 2 Frontu Białoruskiego (aluzja do II wojny światowej)? Dlaczego Łukaszenka uczynił to publicznie i akurat teraz? Do tej pory zdarzało mu się narzekać na bratnie mocarstwo, ale tylko po cichu, to znaczy w nieoficjalnych rozmowach z zachodnimi dyplomatami. Obecnie wywołał taką burzę w relacjach białorusko-rosyjskich, że musiał ją łagodzić minister spraw zagranicznych Władimir Makiej.

To nie wszystko, ponieważ międzynarodowemu alertowi towarzyszyły równie burzliwe wydarzenia wewnętrzne. Białoruski prezydent jakby stracił nad sobą panowanie. W publicznym trybie wywalił na zbity pysk kilku lokalnych urzędników, w tym odpowiednika wojewody orszańskiego. Po czym w tej samej manierze zdymisjonował połowę rządu, która odpowiadała za realizację polityki ekonomicznej i społecznej. Dodać należy koniecznie, że wraz z premierem. Pierwsza grupa straciła posady za spektakularne fiasko przekształcenia rejonu orszańskiego w klaster nowoczesności. I nic dziwnego, bo jest to najbardziej depresyjny region Białorusi. Za to w ubiegłym roku wsławił się największymi protestami o mocno ekonomicznym wydźwięku.

Dla porządku przypomnijmy, że na początku 2017 r. Łukaszenka spłodził prawo „o pasożytach społecznych”, na mocy którego wszyscy niezatrudnieni w państwowej gospodarce zostali ukarani podatkiem pogłównym w przeliczeniowej wysokości 200 dolarów. W realiach białoruskich to niewyobrażalna kwota, uderzająca przede wszystkim w drobny handel, z którego utrzymuje się kilkaset tysięcy osób. Pod wpływem ulicznych demonstracji Mińsk musiał ustąpić, a prezydent swoim zwyczajem przerzucił odpowiedzialność na „złych bojarów”. Tak powstał plan unowocześnienia orszańskiej gospodarki, dodać należy, że w pełni niewykonalny. Dlaczego, o tym za chwilę, ważniejsze okazały się zmiany na szczeblu rządowym.

W miejsce doświadczonego aparatczyka Andrieja Kobiakowa premierem został technokrata Siergiej Rumas. Praktycznie w całości wymieniony został zespół wicepremierów, stanowiska opuścili ministrowie gospodarki i przemysłu. Jak kpiąco zauważył portal Naviny. By, na swoich miejscach pozostały jedynie „gołębie” zawiadujące polityką zagraniczną oraz „jastrzębie” z siłowych resortów obrony i spraw wewnętrznych. W sumie wielce symptomatyczne trzęsienie ziemi na mińskim Olimpie. Prezydent nie tylko odmłodził swój gabinet, ale postawił na zwolenników liberalizacji gospodarki. Nie pierwszy raz zresztą, bo dyktator słynie z wężowej polityki uników, pomiędzy tym, co musi zrobić, aby jego władza była stabilna a własnym, bardzo głębokim przekonaniem o doskonałości państwowej gospodarki.

Dla białoruskich analityków nie jest tajemnicą, że celem obecnych zmian jest powstrzymanie upadku ekonomicznego kraju, który zbliża się coraz szybciej, zarówno z przyczyn wewnętrznych, jak i międzynarodowych. Premier Siergiej Rumas był już w swojej karierze wiceszefem rządu i w latach 2010–2012 próbował realizować tzw. punktowe reformy. Nic z tego nie wyszło, bo górę wzięło tak bliskie sercu Łukaszenki lobby reprezentujące nierentowny przemysł oraz kołchozowe rolnictwo. Zapewne i teraz powtórzy takie doświadczenie, trudno bowiem uwierzyć, że w 25 roku swojej absolutnej władzy białoruski prezydent zamienił się w zwolennika gospodarki rynkowej. Jedno jest jednak pewne, będzie próbował nie dopuścić do gospodarczego upadku, który zakończy jego polityczną karierę. A po drodze może się wiele wydarzyć. Wiadomo z pewnością, czego potrzebuje Białoruś, a czego nie ma nawet w planach.

Gospodarka 4.0.

„Białoruś nie ma strategii rozwoju gospodarczego. Jeśli chce nadal istnieć jako państwo industrialne, nie ma innej alternatywy niż przeprowadzenie czwartej rewolucji przemysłowej”. To opinia niezależnego Stowarzyszenia Naukowo-Przemysłowego, grupującego byłych urzędników państwowych oraz reprezentantów prywatnego kapitału, który rozmiarami odpowiada ok. 10 procentom białoruskiej gospodarki. Tymczasem, jak twierdzi ekspert Stowarzyszenia Georgij Gryc, Białoruś nie posiada nawet idei, które dziedziny przemysłu i usług należy rozwijać. Dodaje, że Łukaszence trzeba przedstawić kompleksowy projekt, czyli wizję niezbędnych reform, ale w tej chwili nie ma czego prezentować.

Problem w tym, że gdy Łukaszenka obejmował władzę, opatentował model gospodarki społecznej, który nie przewidywał wstrząsowych zmian burzących konsensus pomiędzy władzą i społeczeństwem. Jego celem było uniknięcie wprowadzenia zasad wolnego rynku. Państwo zdominowało gospodarkę, kupując Białorusinów stabilnością zatrudnienia i gwarancjami socjalnymi. Oczywiście w zamian za polityczną lojalność wobec Łukaszenki. Tyle że obecnie ten model dogorywa. Jest przecież oparty na spadku przemysłowym po ZSRR, który nie był w porę unowocześniany, ani, co gorsza, reformowany. Żadnych zmian i innowacji, tak brzmiało hasło ćwierćwiecza rządów niezmiennego prezydenta. Tymczasem wymogiem chwili jest cyfryzacja gospodarki, a to kwestia masowego wprowadzenia nowych technologii, do czego białoruski przemysł, edukacja i inne dziedziny życia, na czele z system zarządzania nie są kompletnie przygotowane.

Jednak największa bieda wynika z braku źródeł finansowania rewolucji naukowo-technicznej. Skąd pozyskać środki potrzebne na zakup licencji oraz same technologie? Tak brzmi kluczowe pytanie, które wiąże się ze strategią gospodarczych związków z Rosją. Jak obecnie funkcjonuje Białoruś? W największym skrócie żyje dzięki Rosji. Moskwa jest największym partnerem handlowym Mińska. Białoruska produkcja obronna, maszynowa, a szczególnie rolno-spożywcza opiera się na eksporcie do tego kraju. Białoruski budżet napełniają rosyjskie dotacje, te ukryte jak dochody z reeksportu ropy naftowej, i te jawne w postaci nierynkowych cen gazu oraz kredytów udzielanych w trybie bilateralnym lub tzw. Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej.

Ponadto handel przygraniczny, w którym Rosja jest krajem tranzytowym dla chińskiej odzieży i elektroniki, decyduje o niskiej stopie oficjalnego bezrobocia. Problem w tym, że taki układ naczyń połączonych ma najlepsze lata za sobą. Rosyjski potencjał gospodarczy staje się coraz bardziej ograniczony, co wpływa na skąpstwo w dotowaniu Białorusi. Za to pod wpływem konfrontacji Moskwy z Zachodem, wymagania polityczne Kremla wobec Łukaszenki tylko rosną, zamieniając się w nieskrywany dyktat. Ekonomicznym przykładem białoruskiej niewydolności wynikającym z rosyjskich powiązań jest los przemysłu petrochemicznego, uznawanego dotąd za motor napędowy całej gospodarki oraz budżetu państwa. Według rosyjskiego ministerstwa finansów w ubiegłym roku budżet nie uzyskał wpływu 140 mld rubli, czyli ok. 2,4 mld dolarów. Był to skutek dostaw ropy naftowej na Białoruś po ulgowych cenach.

Po przeciwnej stronie, jak ocenia instytut badawczy IPM, przerabianie rosyjskiej ropy i jej reeksport przyniosły Białorusi wzrost PKB o jeden procent. Ten sam instytut podważył sens takiej kooperacji, nazywając kompletną zależność od rosyjskich subwencji energetycznych głównym hamulcem rozwoju białoruskiej gospodarki i kluczowym czynnikiem potencjalnego szoku. Na poparcie tezy IPM przedstawił przekrojową analizę, która wykazała, że w pierwszej dekadzie XXI w. kremlowskie dotacje finansowały 20 proc. białoruskiego PKB. W dobie światowego kryzysu ich udział spadł do 2,1 proc. aby w 2017 r. wzrosnąć do 4,5 proc. PKB. Jednak subsydia w żaden sposób nie odbiły się na podniesieniu konkurencyjności białoruskiej gospodarki, a wręcz ją obniżyły. Jak oceniają autorzy badania: „wniosek końcowy jest taki, że mimo wieloletniego napływu rosyjskiej pomocy, gospodarka akumulowała ogromny dług zagraniczny, ponieważ subsydia nie były efektywnie wykorzystane”.

Inaczej mówiąc 2,4 mld dolarów, jakie przekazywała Moskwa w ostatnich latach, było przejadane, to znaczy wykorzystywane na utrzymanie nierentownego przemysłu i kołchozów, czyli miejsc pracy i ulg socjalnych. Dlatego dziś Białoruś nie ma środków na modernizację gospodarki nawiązującą do światowych standardów. Jak ocenia cytowany wcześniej Georgij Gryc, prezydent ogłosi zapewne, że za rok zorganizuje cyfrowe unowocześnienie wybranych zakładów przemysłu maszynowego, ale będzie to kolejna mistyfikacja na coraz krótszą metę. Naprawdę potrzebne są kosztowne eksperymenty, najpierw na skalę regionalną, tak jak rewolucja technologiczna przebiegała w Chinach lub w Korei Południowej. Będą to działania związane z wieloma błędami i wysokim stopniem ryzyka. Dla porównania, w niemieckiej, najbardziej efektywnej gospodarce Europy, plan rewolucji cyfrowej powstawał cztery lata, a pierwsze efekty uzyskano w siódmym roku wdrażania. Tymczasem ani Białoruś, ani tym bardziej Łukaszenka tego czasu nie mają. Za jego brak winny jest Kreml.

Hybrydowe uściski

Cała strategia polityczna i gospodarcza Łukaszenki jest oparta na zachowaniu „rosyjskiego grantu”. To dlatego Białoruś przystąpiła najpierw do Unii Celnej, a potem Euroazjatyckiej. Mińsk potrzebował instytucjonalnych związków z Moskwą, gwarantujących nieprzerwany napływ, jak największej pomocy rosyjskiej. Obecnie ten strumyk wysycha i jak twierdzą eksperci, będzie tylko gorzej.

Jaki jest stan relacji białorusko-rosyjskich? W najlepsze trwa tzw. mleczna wojna. Rosja nie wpuszcza białoruskiego eksportu, nie tylko w tej grupie, ale także nabiału, mięsa, owoców i warzyw. Oskarża Mińsk o nielegalny reeksport produkcji unijnej objętej embargiem. Narastają tarcia po zliberalizowaniu przez Mińsk polityki wizowej, co już doprowadziło do tego, że Moskwa jednostronnie zamyka otwartą do niedawna granicę.

Co jeszcze? Kreml coraz mocniej naciska na instalację swojej bazy lotniczej pod Baranowiczami. Na niedawnej konferencji prasowej Władimir Putin wyraził się przecież jasno: „Rosja musi reagować na ruchy infrastruktury wojskowej NATO i elementy obrony antyrakietowej USA u swoich granic”. Nie jest tajemnicą, że kremlowscy stratedzy od zawsze uważali Białoruś za najlepszy przyczółek dla swojej aktywności wojskowej. Wreszcie Putin dyktuje wielce znaczącą osobę nowego ambasadora. Jest nim Michaił Babicz, były oficer KGB. Służył jako „premier” Czeczenii podczas tzw. operacji antyterrorystycznej lat 2000–2006 na Kaukazie. W sumie persona tak nieciekawa, że ambasadorskiej akredytacji odmówił właśnie Kijów, choć Babicz należy do bliskiego kręgu współpracowników Putina. Trudno, aby Łukaszenka nie protestował, widząc w nim kremlowskiego generał-gubernatora białoruskiej prowincji Rosji.

Najgłośniejsza salwa padła w relacjach energetycznych. Z doniesień Reutera wynika, że Moskwa na tyle zmniejszyła dostawy taniej ropy naftowej, że pod znakiem zapytania stanął reeksport napełniający państwową kasę, a zarazem los przemysłu petrochemicznego. Co gorsza, Kreml wprowadza tzw. manewr podatkowy dla swoich koncernów energetycznych, który także odbije się na białoruskim budżecie. Według szacunków, w przyszłym roku nowe ceny gazu i ropy zmniejszą PKB Białorusi i 1 proc. ale w 2024 będzie to już 3,4 proc. PKB mniej. W sumie ceny paliw tak wzrosną, że aby utrzymać ich dotychczasowy poziom, Łukaszence przyjdzie wyzerować stawkę podatku akcyzowego, a to jeszcze jedna dziura w państwowej kieszeni. Na koniec Moskwa zablokowała wypłatę miliarda dolarów wynegocjowanego wcześniej kredytu. I jak tu żyć?

Dla rozwiązania dwustronnych problemów 22 sierpnia obaj prezydenci spotkali się w Soczi. Po zakończeniu negocjacji w cztery oczy mieli razem odwiedzić turniej sambo, ale pojawił się tylko Putin. Nieobecność Łukaszenki to symboliczny gest niezadowolenia lub raczej poważnych pretensji wynikających z własnej bezsilności. Spotkanie w Soczi odbyło się na tle niesłychanego ataku informacyjnego Kremla na białoruskiego sojusznika. Bliski Kremlowi bloger „Niezygar” rozpowszechnił informację o tym, że Moskwa przygotowuje „pokojowe” zejście Łukaszenki z politycznej sceny. Przecież Babicz nie pojawił się w Mińsku jako zwykły ambasador tylko specjalny przedstawiciel Putina, którego zadaniem jest przygotowanie zamachu stanu. Nie od dziś wiadomo, że Kreml rozstawił agentów na kluczowych stanowiskach w armii, MSW i służbie bezpieczeństwa, a Łukaszenka robi tylko dobrą minę do złej gry.

Jak poinformował bloger: „ Putin jest skrajnie niezadowolony ze stanowiska Łukaszenki w szeregu pryncypialnych kwestii. Od zbyt przyjacielskich relacji z Zachodem, po dystans wobec ukraińskiej polityki Kremla i konfrontacji Rosji z USA”. Dlatego Moskwa liczy na szybkie i dobrowolne odejście białoruskiego prezydenta, gwarantując w zamian osobiste bezpieczeństwo jego, rodziny i materialnych apanaży uciułanych przez 25 lat. No cóż, fake news to także środek nacisku. Choć Łukaszenka do strachliwych nie należy, powinien się bać, tym bardziej nie ma na Rosję żadnego planu „B”. Gra więc kartami, jakie ma w talii, a ta nie składa się z asów.

Przede wszystkim realizuje tzw. miękką białorutenizację, to znaczy tworzy politykę historyczną na odrębności od Rosji, oddając symboliczny hołd temu, co narodowe. Zarazem jest to gest mający sprawić, że opozycja polityczna będzie wobec niego ciut lojalniejsza. Przykładem było odsłonięcie pierwszego pomnika narodowego bohatera Tadeusza Kościuszko, podczas którego władza stanęła obok myślących inaczej. Innym przejawem stała się walka z największymi rusofilami, a więc agentami wpływu. Podczas ubiegłorocznej kampanii wydalono kilku rosyjskich korespondentów i wsadzono miejscowych. W tym roku aresztowano białoruskich weteranów wojny ukraińskiej walczących po stronie prorosyjskich separatystów.

Czy to wszystko znaczy, że Łukaszenka naprawdę boi się rosyjskiej aneksji? Zdania są podzielone. Część ekspertów, szczególnie z kręgów opozycyjnych traktuje sprawę śmiertelnie poważnie. Ich wywód opiera się na generalnej próbie zmiany frontu przez Białoruś. Dyktator obawia się, że skutki zachodnich sankcji tak dotkliwie uderzą w Rosję, że Putin w obawie przed wybuchem społecznym będzie musiał dać Rosjanom nowy Krym, którym stanie się aneksja sąsiada. Z drugiej strony kurcząca się gospodarka „bratniego” kraju przestała być gwarancją białoruskiego cudu ekonomicznego, a więc pora zwrócić się ku innym sponsorom, jeśli Łukaszenka chce sam utrzymać władzę. Większość ekspertów, po obu stronach granicy zresztą, twierdzi jednak, że to nowy element gry Mińska, walczącego o zachowanie „rosyjskiego grantu ekonomicznego i finansowego”.

Innymi słowy, Łukaszenka podnosi swoją cenę, ale nie przekroczy czerwonej linii, zmuszającej Kreml do gwałtownej i nieprzewidywalnej reakcji. Dlaczego? Ponieważ Putin nigdy na to nie pozwoli. Z tego powodu realizuje właśnie politykę „zaduszenia” Białorusi w niedźwiedzich lub raczej hybrydowych uściskach. Strategia jest prosta, tak przyprzeć Łukaszenkę do gospodarczego muru, aby ten zagrożony utratą władzy, godził się na wszelkie żądania Moskwy, byle tylko nie zamknęła do końca kurka z ropą naftową, gazem i kredytami. Jaka może być cena? Z pewnością jeszcze ściślejsza integracja w ramach rosyjskiego projektu euroazjatyckiego.

Ponadto zgoda Mińska na budowę dwustronnych instytucji politycznych, a być może wspólną walutę i armię. Wszystko razem ma wybić z głowy Łukaszenki flirt z Zachodem, a Białorusinom odciąć nadzieję na jakąkolwiek integrację z Europą. Co ciekawe, wszystko może się odbyć w ramach przedłużenia władzy Putina po 2024 r. gdy upłynie jego ostatnia „konstytucyjna” kadencja. Czy wtedy stanie na czele nowej Federacji Rosji i Białorusi? W każdym razie pewne jest, że w relacjach Mińska i Moskwy jest coraz więcej tarć i sprzecznych interesów dlatego będą coraz intensywniej iskrzyły. A to spowoduje dla Polski mało komfortową sytuację. Albo rosyjska armia stanie frontem białoruskim u naszych granic, albo z powodu narodowego buntu Białorusinów, będziemy mieli drugie po Ukrainie, niestabilne sąsiedztwo.

Autor

Poprzedni artykułCzy czeka nas los Turcji?
Następny artykułTen straszny Donald

Najnowsze