29.3 C
Warszawa
niedziela, 25 lipca 2021

Imperium Osmańskie 2.0. Sukces Recepa Erdogana

Koniecznie przeczytaj

Turecka armia w Afganistanie, Libii, Iraku, Syrii i Górskim Karabachu. Pieniądze dla Hamasu i Hezbollahu, broń dla Ukrainy, Gruzji i wreszcie faktyczna integracja Azerbejdżanu. Wraz z nią idą tureckie inwestycje, dzięki którym Ankara odbudowuje historyczną strefę wpływów. Czy już niedługo Rosja, ale także Europa, spadną do roli petentów współczesnej reinkarnacji Imperium Osmańskiego?

Historyczna misja?

– Turcja pozostaje jedyną siłą, która jest w stanie zapewnić stabilność Afganistanu po wycofaniu USA i europejskich sojuszników Waszyngtonu – oświadczył Recep Erdogan, informując, że jego oddziały nie opuszczą Kabulu.

Formalnym powodem jest utrzymanie stołecznego lotniska zdolnego przyjmować transporty humanitarne. Jednak jak wyjaśnił prezydent: – Wpływy Turcji w Afganistanie były zawsze stabilne, dlatego, że od czasów Imperium Osmańskiego przybywaliśmy nie jako agresorzy, tylko przyjaciele związani pokrewieństwem języka i religii.

Decyzja Ankary może się wydać zaskakująca. W 27 z 34 prowincji Afganistanu toczą się intensywne walki armii proamerykańskiego rządu i islamskich fundamentalistów. Talibowie biorą górę tak wyraźnie, że dni władz w Kabulu są policzone.

Tymczasem z błogosławieństwa administracji Joe Bidena, Erdogan wplątuje Turcję w wojnę, której nie zdołali wygrać Brytyjczycy, Rosjanie, ani nawet Amerykanie. Po co Ankarze Wietnam? – pytają światowe media.

Spoglądając przez pryzmat geopolityki, obecność tureckiej armii w Afganistanie jest w pełni logiczna. To część strategii odbudowy tureckiego mocarstwa, oczywiście środkami i metodami na miarę XXI w.

Autor projektu Recep Erdogan mówi o historycznej misji, która jest obowiązkiem Ankary wobec mieszkańców tych państw i regionów, niegdyś wchodzących w skład Imperium Osmańskiego.

Prezydent tłumaczy, że chodzi o gigantyczny projekt cywilizacyjny mający na celu wszechstronny rozwój Północnej Afryki, Bliskiego i Środkowego Wschodu, Kaukazu, basenu Morza Czarnego, aż po Azję Środkową włącznie.

Najpierw jednak trzeba ugasić zbrojne, religijne i terytorialne pożary, tak liczne w niestabilnych geopolitycznie regionach, do czego potrzebna jest siła militarna i gospodarcza.

Taki potencjał ma wyłącznie Turcja, tym co ją bowiem odróżnia od innych państw podejmujących takie próby, jest unikalna przewaga nad Zachodem i Rosją. To islam, wspólnota historyczna, a w dużej mierze także etniczna.

Ankara głosi, że oferuje swój mecenat, współpracę ekonomiczną i zbrojne ramię przeciwko skutkom agresji obcej kultury, narzuconej przez europejskich kolonizatorów, sowietów i Amerykanów. Wskazuje, że kilkusetletnie starcie interesów globalnych mocarstw wywołało falę terytorialnych roszczeń, kolorowych buntów, prowadząc do fundamentalistycznej kontrrewolucji ISIS i erupcji terroryzmu.

W wywiadzie dla popularnego dziennika „Türkiye” (Turcja) politolog Ferhat Pirinççi, przypomina, że jedynym okresem rozkwitu było kilkuwiekowe współistnienie pod berłem tureckich władców z dynastii osmańskiej. To atrakcyjna propozycja dla Afryki, Azji i Kaukazu, uchodzących obecnie za beczki prochu.

Wiele państw – jeden naród?

– Dwa państwa – jeden naród – oświadczyli prezydenci Turcji i Azerbejdżanu, podpisując w czerwcu sojuszniczą deklarację, którą Ankara i Baku nazywały zwieńczeniem wspólnych dziejów.

Dokument oznacza de facto powstanie konfederacji, Turcja wzięła bowiem na siebie zobowiązania obrony, współpracy gospodarczej oraz kulturalnej, na miarę integracji obu państw.

Nie bez przyczyny deklaracja Erdogan – Alijew została podpisana w mieście Szusza, stolicy odbitej części Górskiego Karabachu. Azerowie pokonali Ormian dzięki militarnej pomocy Ankary. Dziś turecki kontyngent wojskowy nazwany misją obserwacyjną patrzy na ręce oddziałom rosyjskim po ormiańskiej stronie, nazwanych misją rozjemczą.

Analizując ubiegłoroczną wojnę o Górski Karabach, ukazujący się w Wielkiej Brytanii arabski tytuł „Rai Al Youm” zwraca uwagę – Erdogan po mistrzowsku wykorzystuje asymetryczne bolączki współczesnego świata.

Gdy w 2010 r. Francja i Włochy obaliły Muammara Kadafi, turecka armia natychmiast wmieszała się w libijską wojnę domową.

„Nasza obecność wojskowa w Libii nie jest sprzeczna z prawem międzynarodowym, a wręcz przeciwnie, bowiem chronimy mieszkańców tureckiego pochodzenia. Ich liczba powiększyła się o uchodźców z Syrii i wynosi obecnie 150 tys” – agencja İhlas Haber Ajansı zacytowała komunikat tureckiego ministerstwa obrony.

Pod pretekstem obrony tzw. Turkomanów (potomkowie osadników tureckich) Ankara wkroczyła zbrojnie do Syrii, kontrolując opozycyjną wobec Damaszku sunnicką prowincję Idlib.

Turcja walczy również z terroryzmem, pod którym rozumie zwalczanie kurdyjskich dążeń niepodległościowych. Dlatego wprowadziła kontyngent wojskowy do Północnego Iraku.

Innym przykładem jest Ukraina. Ankara nie uznała rosyjskiej aneksji Krymu, uznała bowiem okupację za wrogą miejscowej społeczności tatarskiej. Podczas niedawnej wizyty w Turcji prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał z Erdoganem jawnie antyrosyjską umowę strategiczną. Już wcześniej kupił tureckie drony uderzeniowe, obecnie przywiózł kontrakt na nowoczesne korwety.

Taką samą politykę Ankara stosuje z coraz lepszym powodzeniem wobec posowieckiej Azji Środkowej. W kwietniu Kazachstan gościł szczyt online przywódców państw Rady Tureckojęzycznej. Oprócz gospodarza i Turcji należą do niej Kirgizja, Turkmenistan, Tadżykistan, Uzbekistan i Afganistan. Swoich przedstawicieli przysłały także narodowościowe regiony Rosji, na czele z Baszkirią i Tatarstanem.

Rada jest doskonałym przykładem oddziaływania tureckiej soft power, Ankara  była bowiem inicjatorem tego forum. Wielki Turan, czyli wspólnota narodów Wielkiego Stepu, jest doskonałym instrumentem uprawiania polityki, ponieważ w każdym z państw Rady działają organizacje kulturalne, społeczne i religijne sterowane z Ankary. Można więc mówić o jej ogromnym wpływie, a wręcz budowie globalnej diaspory narodów i grup etnicznych mówiących w pokrewnych językach. Za nią idą korzyści gospodarcze.

Efekty?

Aby odbudować imperium, potrzeba mnóstwa pieniędzy. Mimo że gospodarka Turcji rozwija się dobrze, lira ma się kiepsko, o czym świadczy wysoka inflacja. Jednak Erdogan inwestuje ogromne środki w strefę wpływów. W 2020 r. Turcja z 600 mln dolarów wysunęła się na pierwsze miejsce wśród partnerów inwestycyjnych Ukrainy.

Ankara ma bardzo silne wpływy w gruzińskiej gospodarce. Do tego stopnia, że miejscowi nacjonaliści protestują, obawiając się tureckiej dominacji. Najświeższym przykładem jest Azerbejdżan.

Deklaracja z Szuszy oddała tureckiemu biznesowi odwojowany Górski Karabach. Koncesje wydobywcze, budowa dróg i odbudowa zniszczonych miast, to tylko niektóre z zyskownych perspektyw. Wcześniej prezydent Alijew przekazał w tureckie ręce zarządzanie dochodowym sektorem loteryjnym i zakładów bukmacherskich.

Jednak główną zdobyczą Ankary są zasoby energetyczne. Azerskim rurociągiem popłynie do Turcji najpierw miejscowy, a następnie turkmeński gaz. Inicjatywę energetyczną Turcja wesprze udziałami w transkaspijskim korytarzu transportowym.

Dzięki siatce wpływów politycznych i ekonomicznych Erdogan ma nadzieję przekształcić kraj w południowy hub gazowy i handlowy na styku Azji, Unii Europejskiej, Bliskiego Wschodu oraz Północnej Afryki.

Temu celowi jest zresztą podporządkowany gigantyczny projekt infrastrukturalny. Chodzi o kanał „Stambuł”, który połączy Morze Czarne z Marmara, podwajając przepustowość Bosforu i Dardaneli.

Jeśli Imperium Osmańskie 2.0. przyjmie zinstytucjonalizowaną formę, Europa, a szczególnie Rosja, zderzą się z nową rzeczywistością geopolityczną.

Wojna w Górskim Karabachu dowiodła, że Kreml jest bezsilny wobec Turcji na Kaukazie. Ankara wprost wyrywa region ze strefy wpływów Moskwy, co źle wróży północnej części Kaukazu w składzie Rosyjskiej Federacji.

Za kilka lat liczba ludności Turcji przewyższy rosyjską populację, a wówczas machina soft power, budowana konsekwentnie przez Erdogana, rozciągnie macki na kolejne tureckojęzyczne, najczęściej surowcowe, regiony Powołża i Syberii.

Dzięki wspólnocie turańskiej Turcja ma szansę zawładnąć kluczowym fragmentem chińskich projektów tranzytowych w posowieckiej Azji Środkowej. I nie tylko, instalacja wpływów w Afganistanie automatycznie bowiem przełoży się na perspektywy handlowe i energetyczne Pakistanu oraz Indii. To samo można powiedzieć o lądowym tranzycie gazu z Zatoki Perskiej, Libii i Iraku, na przykład przez Syrię i Liban.

Unia Europejska ma się czego obawiać. Na południowej flance, czyli w śródziemnomorskim wymiarze, Brukselę oraz Grecję, Włochy, Francję i Hiszpanię czeka rewolucja.

Dzisiejsze sąsiedztwo z ogarniętymi kryzysem państwami arabskimi ma dla Europy minusy i plusy. Do pierwszych zalicza się nielegalna imigracja i terroryzm. W zamian UE ma wiele do powiedzenia w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Jeśli jednak Turcja ustabilizuje południowo-wschodnią flankę, biorąc pod kontrolę wszelkie zjawiska negatywne i czynniki pozytywne, UE będzie znacznie trudniej negocjować skutecznie z jednym, dyktującym swoje warunki partnerem.

Autor

Najnowsze