2.4 C
Warszawa
sobota, 4 grudnia 2021

Długi cień pańszczyzny

Koniecznie przeczytaj

Twitterowa „inba”, jaka wybuchła pomiędzy prof. Marcinem Matczakiem, a Adrianem Zandbergiem nie zaprzątnęłaby może mojej uwagi, gdyby nie dotykała dość rozpowszechnionej patologii, charakterystycznej dla polskich, pożal się Boże, stosunków pracy. Myślę tu o zjawisku, które w „internetach” określa się niekiedy dosadnym, lecz nader trafnym mianem – chodzi o tak zwaną, pardon, „kulturę zapierdolu”.

Przypomnę, że zaczęło się od utyskiwań prof. Matczaka na łamach tygodnika „Polityka” na współczesną, głównie lewicową młodzież, która nie wyraża gotowości do pracowania 16 godzin na dobę, by „osiągnąć sukces”, na co Adrian Zandberg zareagował przypomnieniem o obowiązującym w Polsce ośmiogodzinnym dniu pracy. W odpowiedzi Matczak zaoferował Zandbergowi pracę w swojej kancelarii, w jednym z kolejnych wpisów zarzucając liderowi partii „Razem” „pochwałę lenistwa” i kpiny „z czyjejś ciężkiej pracy”, na co Zandberg ripostował nieodmiennie odwoływaniem się do Kodeksu Pracy. Po tygodniu prof. Matczakowi bynajmniej nie przeszło i wysmażył felieton dla „Gazety Wyborczej” (plus serię twittów) z nader znamiennym passusem: „Ludzie planują lot na Marsa, a Adrian stoi i trzyma transparent »8h«”. Nawiasem, dezynwoltura z jaką, było nie było, profesor prawa podchodzi do Kodeksu Pracy, daje wiele do myślenia na temat mentalności naszych elit.

No cóż, ja również przecieram oczy, gdy różni lewicowi „aktywiści” urządzają zrzutki w internecie, nawet nie ukrywając, że nie zamierzają iść do roboty i chodzi im wyłącznie o to, by mogli uprawiać swoje aktywistyczne hobby za cudze pieniądze. Odłóżmy jednak może na bok ideowo-polityczne afiliacje, bo pomiędzy skrajnościami polegającymi z jednej strony na pasożytnictwie, a z drugiej na zap…u 16 godzin dziennie, istnieje całkiem spora przestrzeń. Niestety, w polskiej rzeczywistości, wciąż mocno naznaczonej folwarczno-pańszczyźnianą metodą „zarządzania zasobami ludzkimi”, wspomniana na wstępie „kultura zap…lu” ma się świetnie. Pracownik ma tyrać i ma być widać, że tyra, bo jak nie, to z pewnością się obija i trzeba go zdyscyplinować. A nawet gdy widać, że tyra, to wynika z tego tylko tyle, że w takim razie można mu jeszcze dorzucić kilka różnych „ASAP-ów”. Więcej – w dobrym tonie jest przechwalać się, jak bardzo jest się „zarobionym”, idealizując tym samym patologiczny kierat, którego, obiektywnie patrząc, jest się ofiarą (niezależnie od tego, czy pracuje się na swoim, czy na cudzym) i czyniąc z niego tytuł do chwały. Upatruję w tej „kulturze zap…lu” dziedzictwo pańszczyzny, która na stulecia zdominowała polskie stosunki społeczne i która zgodnie z formułowaną przez historyków zasadą „długiego trwania” bynajmniej nie opuściła naszej mentalności. Chłop ma zap…ć i trzeba nad nim postawić karbowego z batem, żeby zap…ł równo.

Nawiązując do refleksji prof. Matczaka o ludziach planujących lot na Marsa i hamulcowym Zandbergu z transparentem „8h”. Równie dobrze można powiedzieć, że w innych krajach skraca się ustawowy tydzień pracy, a niektóre firmy wprowadzają to rozwiązanie również na własną rękę – i wyniki są nader obiecujące. Okazało się – eureka! – że wypoczęci i zrelaksowani ludzie pracują lepiej. Dlaczego? Dlatego, że ludzka wydolność ma swoje ograniczenia. Wszystkie badania analizujące korelację pomiędzy długością pracy, a efektywnością są tu zgodne: powyżej pewnej granicy wydajność pracy drastycznie spada i jej wykonywanie zwyczajnie mija się z celem, bo zaczyna się typowa „głupiego robota” i bezproduktywne „dupogodziny”. Ten chory system do perfekcji doprowadzili Japończycy, również silnie obciążeni feudalną spuścizną i skrajną hierarchizacją społeczną – pracownik siedzi w pracy do nocy, bo nie wypada wyjść przed szefem, a szef nie wyjdzie po ośmiu godzinach, bo musi dawać przykład pracownikom. Więc siedzą tak i tylko łypią jeden na drugiego. Obłęd.

Na powyższe nakłada się jeszcze stosunkowo świeże wspomnienie „turbokapitalizmu” lat 90., zasadzającego się na „mitologii miliarderów”, którzy sami wyciągnęli się za włosy z bagna, bo „wstawali wcześniej”, do czego dochodzi jeszcze „kuchenny weberyzm” wielbiący „protestancki etos pracy”, będący w istocie etosem wyzysku, którego centralnym punktem jest postrzeganie biedy w kategoriach grzechu, co z kolei ma swe źródło w kalwińskiej teorii predestynacji. To, plus wspomniane dziedzictwo pańszczyzny, składa się na opisaną tu toksyczną „kulturę zap…lu”, której klinicznym przykładem jest postawa prof. Matczaka, a za oceanem psychopatów pokroju Jeffa Bezosa czy Elona Muska, z którego fabryk pracowników wywożono karetkami. Bowiem „kultura zap…lu” i praca w nieludzkim wymiarze, to wyczerpanie psychofizyczne, pierwszy zawał przed 40-tką, permanentny stres i związane z nim choroby, rozpad więzi rodzinnych i społecznych, samotność, rozwody i społeczna atomizacja. Wszystko to jest ceną owych „lotów na Marsa”, którymi zachłystuje się prof. Matczak. Opłaca się? Nawet jeżeli, to zawsze pozostaje kluczowe pytanie: komu?

Autor

Poprzedni artykułSzczyt wiecznej ostatniej szansy
Następny artykułDobra forma jesienią

Najnowsze

Karkołomna ulga

Czy czeka nas popiwek-bis?

Ostrożne budzenie Godzilli

Przeczekać inflację