2.4 C
Warszawa
sobota, 4 grudnia 2021

Indyjski słoń drapie się w głowę

Koniecznie przeczytaj

Indie znalazły się w sytuacji geopolitycznego osaczenia. Na północy mają Chiny, na wschodzie zależny od Chin upiorny Mjanmar-Birmę, a na zachodzie tradycyjnie wrogi Pakistan, który też nieźle dogaduje się z Chinami. Subkontynent indyjski jest w zasadzie wyspą, do której można dopłynąć lub dolecieć, ale o transporcie lądowym można zapomnieć.

Mimo to można wyobrazić sobie linię kolejową i autostradę, biegnące przez podbrzusze Azji od Bangkoku, przez Rangun, Delhi, Islamabad, Teheran, Ankarę, Stambuł… A w wariancie superoptymistycznym od Hanoi do Gdańska. Już sama zachodnia połowa takiego hipotetycznego szlaku komunikacyjnego, tylko od Delhi do Stambułu, oznacza ciężki strategiczny ból głowy w Moskwie i Pekinie. W sumie, w Pekinie trochę mniejszy, gdyż znając chiński pragmatyzm, gdyby coś takiego zaczęło realnie powstawać, w interesie ChRL byłoby objęcie politycznego patronatu nad wschodnią gałęzią tego szlaku, czyli dogadanie się z Wietnamem i przywołanie do porządku Mjanmaru. Statystyczny kontener z Szanghaju do Berlina pokonywałby wtedy drogę o połowę krótszą w porównaniu z drogą morską wokół Indochin i Cejlonu, i z ponad dwukrotnie większą prędkością, czyli 60 km/h w pociągu towarowym wobec 25 km/h na kontenerowcu, oszczędzając do tego jeszcze na portowych przeładunkach.

Natomiast dla Rosji oznaczałoby to globalną marginalizację. I jest to druga długofalowa tendencja geopolityczna zmniejszająca znaczenie państwa carów, obok domniemanego załamania się koniunktury na surowce energetyczne z powodu bliskiego ponoć uruchomienia energii termojądrowej. W rezultacie przyłączenie Syberii do Chin zaczyna się jawić nieuchronną koniecznością dziejową.

Na tym tle zrozumiała staje się naduczynność wobec Chin prezydenta Putina, który obecnie wychodzi ze skóry, aby pokazać, jakim to dla Państwa Środka jest potrzebnym, ważnym i ależ absolutnie niezbędnym sojusznikiem, który wszędzie się wciśnie i wszystko załatwi. Przykładowo Chinom bramy do Afganistanu Tadżykistanem jak kluczem otworzy, konflikt z Tajwanem załagodzi, a i jeszcze pomoże Morze Japońskie patrolować… To wszystko zaś wbrew świeżemu dealowi z prezydentem Bidenem, który zgodził się na Nordstream-2 pod warunkiem, że Rosja będzie się trzymać z daleka od Chin. Cóż, amerykańskie zombie to stworzenia mało lotne z natury i łatwo je okpić. Polska też powinna spróbować, skoro sentymenty się skończyły.

Wróćmy jednak do Indii, które jawią się naturalnym gospodarzem wspomnianego wyżej przedsięwzięcia komunikacyjnego. Rola głównego przęsła w wielkim południowoazjatyckim moście tranzytowym to dla Indii kusząca geopolityczna perspektywa. Owszem, powikłana lokalnymi zatargami granicznymi, ale wobec spodziewanych korzyści gospodarczych możliwymi jednak do politycznego wyprostowania. Chiny ze swej strony podchodzą do indyjskiego słonia z marchewką i kijem jednocześnie. Z jednej strony od lat mediują w sporach Indii z Pakistanem, z drugiej łoją trąbowca w grzbiet bez zmiłowania za wejście na miedzę w Himalajach. Wobec tego indyjski słoń drapie się w głowę i nie pali się udziału w antychińskiej krucjacie, do której namawia go Australia.

Przede wszystkim jednak ten słoń potrzebuje więcej czasu. Przynajmniej jeszcze jednego pokolenia, żeby ogarnąć się cywilizacyjnie oraz w pełni uaktywnić swoje potencjały ludnościowe i gospodarcze. Na razie bowiem Indie tylko się dobrze zapowiadają. Owszem, mają duży wzrost gospodarczy, imponujący odsetek młodych ludzi w populacji, a także wiele do powiedzenia w dziedzinie nowych technologii, wymagających dania pełnej wolności ambitnej młodzieży. To ostatnie jest zupełnie niewykonalne dla autorytarnych Chin, które po brutalnej pacyfikacji Hong-Kongu o swojej Dolinie Krzemowej mogą już zapomnieć. To samo dotyczy fundamentalistycznych państw islamskich i z roku na rok jest coraz trudniejsze w totalizujących lewacko Stanach Zjednoczonych. Hippisowsko-inżynierska bohema z Palo Alto systematycznie wynosi się do New Delhi i tam teraz pisze programy, projektuje komputery oraz szaleje na kolorowym święcie Holi, kochając się i pracując do upadłego, czyniąc jedność szaleństwa i geniuszu.

Jednak jedna trzecia tych młodych Hindusów to analfabeci, więc jakby ich w ogóle na tym świecie nie było. Ci zaś co czytać i pisać potrafią, niekoniecznie robią to po angielsku lub w językach programowania. Indiom pilnie potrzebny jest system edukacji na miarę XXI wieku, infrastruktura drogowa, wodociągowa oraz rewolucja kulturalna, ni mniej, ni więcej. Na razie bowiem Indie będące realną częścią świata Zachodu kończą się na rogatkach New Delhi. Dalej zaczyna się organizacyjny bałagan, mentalność postkolonialna i podejście w stylu „w następnym życiu się załatwi”. W hinduskiej mentalności pozbawianej inicjatywy i odpowiedzialności w ciągu wieków angielskiej dominacji mocno zakorzenił się znany z socjologii postkolonialnej syndrom „chytrego niewolnika”, dla którego szczytem życiowego sukcesu jest oszukać głupiego pana i szefa. Stąd niepunktualność, niesolidność, uporczywe przekręty i kłamstwa, na które często skarżą się ludzie współpracujący z Hindusami w korporacjach. Zebranych prywatnie opinii nie jestem w stanie zacytować tu bez narażania się na zarzut propagowania rasizmu. Potrzeba więc jeszcze co najmniej pokolenia współuczestnictwa w wyścigu światowych korporacji, aby sens pośpiechu i punktualności pojęli ludzie mający przed sobą perspektywę wielu kolejnych wcieleń.

Indie zaczęły udane reformy gospodarcze kilkanaście lat po Chinach i teraz wyraźnie za nimi nie nadążają. Chińczycy nie mieszkają już w slumsach, żyją na zdecydowanie wyższym średnim poziomie i mają wygospodarowane zasoby strategiczne, z których mogą finansować swoją światową ekspansję. Jednak Chiny są też społeczeństwem dramatycznie starzejącym się, ponieważ w wiek średni wkracza pokolenie urodzone w czasach polityki jednego dziecka, na które przypada dwoje rodziców-staruszków. Plus gigantyczny deficyt kobiet, bo skoro jedno dziecko, to koniecznie syn. Indyjskie zasoby ludnościowe byłyby dla Chin bardzo przydatne, gdyby udało się pokonać barierę kulturową, na którą składają się aż trzy fundamentalne różnice – cywilizacyjno-religijne pomiędzy hinduizmem a konfucjanizmem, syndrom postkolonialny, którego Chińczycy zdołali szczęśliwie uniknąć, oraz tradycje demokratyczne, które dla odmiany pomyślnie zakorzeniły się w Indiach, zwanych słusznie „największą demokracją świata”.

Ewentualny konflikt militarny pomiędzy Chinami a Indiami niczego tutaj nie załatwi, gdyż oba te kraje są zbyt duże, aby jeden mógł podbić i okupować drugi, bez doprowadzania się do ruiny, a wymiana ciosów atomowych jeszcze bardziej zrujnuje je gospodarczo. Najprawdopodobniej nawet po jądrowej hekatombie wciąż pozostaną tam miliardowe populacje, chociaż straty ludnościowe prędzej nadrobią Indie, a Chiny na dłuższą metę mogą ulec depopulacji. Pozostaje więc co najwyżej wzajemne podszczypywanie się na himalajskiej granicy, ale tak naprawdę mimo tych utarczek oraz pozostałych różnic kulturalnych i politycznych, oba te kraje są na siebie skazane. Są dla siebie nawzajem geopolitycznym oknem na świat.

Skoro bowiem Chiny chcą Syberii, muszą się pozbyć Rosji, a więc ich droga wiedzie na południe. Skoro Indie chcą przestać być de facto wyspą, muszą porozumieć się z Chinami, a więc droga wiedzie na północ. Prędzej, czy później muszą się spotkać. Tym bardziej że wobec postępu technologii kolejowych, choćby pociągów na poduszkach magnetycznych, tradycyjne porty i szlaki morskie staną się zbyt wolne i niekonkurencyjne. Zwłaszcza jeśli przestaniemy trzymać się tradycyjnego rozstawu szyn, odziedziczonego wszak jeszcze po Imperium Rzymskim, ponieważ do kolein w starych drogach rzymskich dostosowano pierwsze tramwaje konne w Londynie, a potem omnibusy parowe i tę miarę przyjęły dalej europejskie parowozy. Acz nie w Rosji, co stanowi kolejną niedogodność i opóźnienie w transporcie. Jeśli więc platforma kolejowa o szerokości kontenerowca będzie śmigać po szynach z prędkością choćby tylko 200 km/h, to komu jeszcze i na co będą potrzebne jakieś porty morskie i statki handlowe?

Taką linię kolejową trudno będzie zbudować przez Hindukusz i Afganistan, ale niziny i umiarkowane wyżyny Azji Południowej pasują tu idealnie. Fakt, że niziny syberyjskie też by się nadawały, ale to byłaby strategiczna przeszkoda dla chińskiej windykacji Syberii.

Jesteśmy więc świadkami chińskiej tresury indyjskiego słonia, która może się powieść tylko w sytuacji, gdy Chiny nie będą drażnić hinduskiego nacjonalizmu i zastosują miękką siłę, a w tej dziedzinie same muszą się jeszcze bardzo wiele nauczyć. I starają się, trzeba im przyznać, czego przykładem cierpliwe mediacje chińskie w zastarzałym indyjsko-pakistańskim sporze o Kaszmir. Być może więc geopolitycznym przeznaczeniem indyjskiego słonia będzie nauczyć chińskiego tygrysa chować pazury i przyjaźnie mruczeć…

Autor

Najnowsze

Karkołomna ulga

Czy czeka nas popiwek-bis?

Ostrożne budzenie Godzilli

Przeczekać inflację