14 C
Warszawa
niedziela, 2 października 2022

Cenzorzy z Brukseli

Koniecznie przeczytaj

20 stycznia Parlament Europejski przegłosował poparcie dla projektu tzw. ustawy o usługach cyfrowych (Digital Services Act – DSA), określanej niekiedy mianem „cyfrowej konstytucji”. W myśl proponowanych przepisów serwisy społecznościowe oraz platformy handlowe miałyby obowiązek „niezwłocznego” reagowania na zgłoszenia dotyczące nielegalnych bądź niebezpiecznych treści oraz produktów.

W praktyce oznacza to ich usuwanie i blokowanie – przy czym platformy musiałyby powiadomić o podjętych działaniach użytkownika, dając mu możliwość odwołania się od decyzji. Nie jest jednak jasne, czy owo „odwołanie” obejmowałoby jedynie wewnętrzny system weryfikacji obowiązujący w danym medium społecznościowym, czy też zakładałoby możliwość zwrócenia się do jakiegoś podmiotu zewnętrznego, np. organu administracyjnego lub sądu. Generalną intencją przyświecającą autorom Digital Services Act jest reguła, iż to, co „zakazane offline, musi być zakazane online”. Ponadto największe platformy handlowe (tzw. VLOP – Very Large Online Platforms) miałyby postępować zgodnie z zasadą „poznaj swojego klienta” – czyli stworzyć systemy uwierzytelniania partnerów, tak by sprzedawcy nie mogli oferować towarów anonimowo. Kolejnym aspektem DSA jest zwiększenie kontroli nad algorytmami i praktykami reklamowymi VLOP – zakazane ma być m.in. targetowanie

reklam do osób nieletnich. Użytkownicy mieliby również zyskać prawo do dochodzenia

odszkodowań z tytułu nieprzestrzegania przez serwisy internetowe obowiązujących przepisów. Nad wszystkim zaś czuwać będzie Komisja Europejska, która miałaby prawo nakładania kar w wysokości do 6 proc. rocznego obrotu firmy, a nawet czasowego wykluczenia platformy z unijnego rynku. Innymi słowy, KE mogłaby zablokować na terenie UE np. Facebooka.

Na czym polega mój problem z DSA? Ano na tym, że prócz szeregu pożytecznych regulacji dotyczących chociażby obrotu nielegalnymi produktami czy wymuszenia większej przejrzystości algorytmów, projekt ten jednoznacznie idzie w kierunku zwiększenia internetowej cenzury, już dziś masowo stosowanej przez Big Tech. Inicjatorzy ustawy nawet nie ukrywają, że zależy im przede wszystkim na wyeliminowaniu „fake-newsów” i „mowy nienawiści”.

Rzecz w tym, że obecnie o tym, co jest „mową nienawiści” czy „fake-newsem” decyduje się z czysto uznaniowego, ideologicznego klucza. Przykładowo, treści krytyczne wobec obcych kulturowo migrantów czy środowisk LGBTQ z miejsca kwalifikowane są jako „hate speech”, choćby zawierały niepodważalne fakty, natomiast ewidentnie nienawistne wpisy obrażające np. katolików są tolerowane. Podobnie dzieje się z􀚬„fake-newsami”, co szczególnie uwidoczniło się w dobie Covida – serwisy społecznościowe hurtem banują wszelkie treści kwestionujące chociażby zasadność przyjętych metod walki z􀚬pandemią czy np. skuteczność kolejnych „dawek przypominających”.

Podobne regulacje przyjęto już zresztą w niektórych krajach unijnych. W Niemczech w 2017 r. wprowadzono przepisy zobowiązujące serwisy społecznościowe pod rygorem wielomilionowych kar do

usuwania „niepożądanych treści” i jest tajemnicą poliszynela, że bezpośrednim powodem było m.in. kolportowanie przez internautów doniesień o przestępczości wśród imigrantów, w tym upublicznianie

informacji o przemilczanych przez głównonurtowe media zajściach podczas pamiętnego sylwestra w Kolonii. Teraz unijny projekt idzie dokładnie w tym samym kierunku.

Patrząc z polskiej perspektywy, łatwo zauważyć, iż unijne regulacje stoją w sprzeczności z tym, co sami chcielibyśmy wymóc na cyfrowych gigantach. Narastającym problemem w Polsce nie jest bowiem brak cenzury w sieci, lecz jej nagminne i arbitralne stosowanie przez kartel GAFAM, czego najświeższym przykładem jest blokada konta Konfederacji na Facebooku. Pełnomocnik rządu

ds. cyberbezpieczeństwa Janusz Cieszyński wystosował do fi rmy Meta (właściciela Facebooka) oficjalny protest… i tylko tyle był w stanie zrobić. Symbolem bezczelności internetowych potentatów było zebranie parlamentarnego zespołu ds. obrony wolności słowa, na które mimo zaproszenia nie pofatygował się żaden przedstawiciel Googla, Facebooka, Twittera i You Tuba. Dodajmy, że poseł Dobromir Sośnierz, który chciał osobiście dostarczyć zaproszenie do polskiej siedziby Facebooka, pocałował klamkę, a recepcjonistka odesłała go do zakładki „Pomoc” na Facebooku. W tym kontekście wypowiedzi Janusza Cieszyńskiego pokładającego nadzieję na kompleksowe uregulowanie problemu w omówionym tu Digital Services Act brzmią jak ponury żart i przyznanie się do bezradności.

Jeżeli DSA zostanie wprowadzony w obecnym kształcie, będzie to oznaczało legalizację cenzorskich poczynań BigTech, który zyska oficjalne umocowanie najwyższych unijnych czynników, kierujących się tą samą, skrajnie lewicową agendą, co szefowie GAFAM. I nie ma wątpliwości, że ten kartel będzie kierował się wyłącznie wytycznymi płynącymi z Brukseli, stając się z jej ramienia oficjalnym cenzorem polskiego i europejskiego życia publicznego.

Autor

Poprzedni artykułNetflix z grami
Następny artykułKRWAWA KARMA TIANANMEN

Najnowsze