12.5 C
Warszawa
poniedziałek, 26 września 2022

Greenflacja

Koniecznie przeczytaj

Komisja Europejska chce zwolnić z danin klimatycznych prywatne odrzutowce i jachty – przy czym te drugie mają być zrównane z kutrami rybackimi. Czyli jak zwykle: uprzywilejowani zachowają swe luksusy bez najmniejszego uszczerbku, a koszty „walki o klimat” poniosą zwykli ludzie, zmagając się z ubóstwem energetycznym i siedząc w niedogrzanych mieszkaniach nad miską ryżu.

Znajomy dostał w ramach noworocznego prezentu rachunek za gaz opiewający na ponad tysiąc złotych. Nie za ogrzanie wypasionej willi, tylko za mieszkanie w bloku należącym do TBS. Jak łatwo się domyślić, padł ofi arą absurdalnej praktyki, wedle której jeżeli spółdzielnia mieszkaniowa czy wspólnota lokatorska wynajmuje również lokale komercyjne, to za gaz musi płacić wg stawek biznesowych. Nieważne, że w konkretnym bloku są wyłącznie lokale mieszkalne – jeśli TBS na drugim końcu miasta wynajmuje lokal pod jakiś sklepik, trzeba bulić, jakby prowadziło się działalność gospodarczą. W rzeczonym bloku jest piec zbiorczy, rozprowadzający ciepło po mieszkaniach, lokatorzy mają swoje podliczniki, wykazujące ile gazu zużyło dane mieszkanie, umowę z PGNiG ma zaś podpisaną TBS. Ja z kolei mieszkam w innym bloku należącym do tego samego TBS – ale u nas każde mieszkanie ma własny piec, a lokatorzy mają podpisane indywidualne umowy z PGNiG – i, na szczęście, dotknęła mnie tylko „zwykła” podwyżka cen gazu wg taryfy dla gospodarstw domowych.

Rozumiecie Państwo? Wystarczy taki niuans, by dwa lokale w tym samym TBS rozliczały się wg dwóch różnych stawek, których konsekwencją jest ponad pięciokrotna różnica kwoty do zapłaty. A przecież, gdy kilka lat temu wprowadzaliśmy się do nowo wybudowanego bloku, wydawało się to drugorzędnym szczegółem. No i jeszcze taka okoliczność – by „załapać się” na mieszkanie w Towarzystwie Budownictwa Społecznego trzeba się było zmieścić w widełkach dochodowych, więc siłą rzeczy mieszkańcami nie są jacyś krezusi. Teraz dopiero sytuacja ma być prostowana – lecz oznacza to jedynie odroczenie wyroku, zgodnie bowiem z unijnym prawem, od początku 2024 r. Polska będzie musiała uwolnić ceny gazu również dla odbiorców indywidualnych. Jeżeli obecny rynkowy trend się utrzyma, dopiero wtedy wszystkim nam na widok rachunków zbieleją oczy. W kontekście powyższego o trzymiesięcznej „tarczy antyinfl acyjnej” w ogóle szkoda gadać.

Tak wygląda w praktyce „greenflacja”, który to termin robi ostatnio coraz większą karierę. Trzeba bowiem pamiętać, że prócz gospodarczego odbicia po zniesieniu lockdownów i gazowych gier Putina, główną winę za szalejące ceny ponosi agenda klimatyczna forsowana przez Unię Europejską, zakładająca postawienie na gaz jako paliwo przejściowe w drodze do „zielonego raju”.

Niedawno bank Pekao S.A. opublikował głośny raport pokazujący koszty transformacji energetycznej, w tym wdrożenia pakietu „Fit for 55”, zakładający w porównaniu z rokiem 1990 redukcję emisji CO2 o 55 proc. do 2030 r. i osiągnięcie przez UE neutralności klimatycznej do roku 2050. Otóż obecne regulacje zakładające redukcję emisji „jedynie” o 40 proc. (tzw. „Fit for 40”) oznaczają dla Polski koszt rzędu 338 mld euro. Wdrożenie „Fit for 55” podnosi natomiast tę kwotę do poziomu 527,5 mld euro. Po stronie dochodów mielibyśmy otrzymać ok. 220 mld euro pochodzących z unijnych funduszy (w tym z Funduszu Odbudowy) oraz wpływów z handlu prawami do emisji CO2 . Wciąż jednak pozostaje ponad 300 mld euro na minusie. Oznacza to prawie 7,9 tys. euro na każdego obywatela od niemowlęcia do starca – czyli po dzisiejszym kursie ponad 35 tys. zł.

 Jednak nawet te 220 mld euro prognozowanych wpływów jest mocno problematyczne, co widzimy na przykładzie arbitralnie wstrzymanych przez Brukselę przynależnych nam środków z Funduszu Odbudowy – a za chwilę może się okazać, że Komisja Europejska wdroży mechanizm „pieniądze za praworządność”, blokując fundusze z bieżącej perspektywy budżetowej. Natomiast co do kwot z handlu emisjami CO2 – lądują one w budżecie państwa, podmioty gospodarcze zaś objęte systemem ETS i tak muszą je kupować na rynku, w efekcie czego już dziś ten „podatek klimatyczny” stanowi 59 proc. ceny energii – a będzie przecież jeszcze weselej, tym bardziej że Bruksela ma zakusy na włączenie do ETS kolejnych branż. Greenflacja zatem będzie się nieuchronnie rozkręcać, a zapłaci za nią „pan, pani – społeczeństwo”.

A może być jeszcze gorzej. Te gigantyczne koszty w oczywisty sposób przygniotą bowiem gospodarkę, co może skończyć się „zieloną stagflacją”, czyli gospodarczym zastojem i bezrobociem połączonym z wysoką inflacją. Grozi to wybuchem spauperyzowanego społeczeństwa, przy którym zblednie francuski bunt „żółtych kamizelek”. Europa z oazy dobrobytu staje się zatem rozsadnikiem sztucznie wygenerowanej biedy i społecznych niepokojów, i wkrótce nawet nie będzie jak z tego ekologicznego gułagu uciec, bo podróże staną się przywilejem dostępnym dla nielicznych. My zaś powrócimy do statusu zbieraczy szparagów u bauera. Jednak nie wszystkim się pogorszy: Komisja Europejska chce zwolnić z danin klimatycznych prywatne odrzutowce i jachty – przy czym te drugie mają być zrównane z kutrami rybackimi. Czyli jak zwykle – uprzywilejowani zachowają swe luksusy bez najmniejszego uszczerbku, a koszty „walki o klimat” poniosą zwykli ludzie, zmagając się z ubóstwem energetycznym i siedząc w niedogrzanych mieszkaniach nad miską ryżu.

Autor

Poprzedni artykułPolska marka
Następny artykułKulki w geopolitycznym flipperze

Najnowsze