26.2 C
Warszawa
środa, 29 czerwca 2022

Kremlowska lista płac

Koniecznie przeczytaj

Europejscy politycy siedzieli głęboko w kieszeni Władimira Putina.

Przez ostatnie lata Rosja Władimira Putina wydawała krocie, aby zatrudniać byłych zagranicznych wpływowych polityków. Najbardziej znany z nich to były niemiecki kanclerz (szef rządu w latach 1998-2005) Gerhard Schröder. Zarobił wiele milionów euro jako szef Rady Dyrektorów rosyjsko-niemieckiego konsorcjum North European Gas Pipeline Company (NEGPC), budującego Gazociąg Północny. Jednak to tylko wierzchołek kremlowskiej listy płac. Doświadczeni politycy zaczynają dziś rezygnować z intratnych kontraktów i posad, udając, że nie wiedzą, kto i za co im płacił. A płacono im za to, aby własnym przykładem zapewniali, że Rosja to normalne państwo, dla którego nie jest wstydem pracować.

Wielka ucieczka

Liderka francuskiego Zjednoczenia Narodowego (wcześniej Frontu Narodowego) Marine Le Pen od lat deklarowała otwarcie proputinowskie poglądy. Jeszcze w grudniu ubiegłego roku publicznie mówiła o Ukrainie jako rosyjskiej strefi e wpływu. Po rosyjskim ataku na Ukrainę podjęła decyzję o zniszczeniu kilku milionów ulotek, na których ściskała rękę Putina. Le Pen wyrażała aprobatę dla Rosji nie za darmo. W 2014 r., gdy Putin zaatakował Ukrainę po raz pierwszy i dokonał aneksji Krymu, Le Pen przyjęła od rosyjskiej firmy 10,1 mln dolarów pożyczki (ponad 40 mln zł!). Także jej obecna kampania finansowana jest przez węgierski bank powiązany z Rosją. Jej rywal o głosy prawicowych wyborców, konserwatywny dziennikarz Eric Zemmour, publicznie mówił, że chciałby, aby Francja miała takiego prezydenta jak Putin. Pieniędzy od Rosjan jednak nie brał (przynajmniej nic na ten temat nie wiadomo).

Le Pen nie była wyjątkiem. Pieniędzmi od Putina nie pogardził wywodzący się konserwatywnego centrum Francois Fillon, były francuski premier w latach 2007-2012. Od 2017 r. prowadził firmę konsultingową, która pracowała dla rosyjskich firm. W 2020 roku został nieprawomocnie skazany za wyłudzanie pieniędzy państwowych na fikcyjne etaty aż na 5 lat więzienia (3 w zawieszeniu). Fillon zapowiedział, że zrezygnuje z posad w naftowej rosyjskiej firmie Sibur i firmy energetycznej Zarubieżnieft.

Z kasy Putina zrezygnował były premier Finlandii Esko Aho, który ustąpił z zarządu Sbierbanku, największego rosyjskiego banku. Z pracy dla rosyjskiej firmy motoryzacyjnej zrezygnował także były premier Włoch (2014-2016) Matteo Renzi.

Dla rosyjskiej propagandowej telewizji Russia Today pracował były premier Szkocji Alex Salmond. Po ataku na Ukrainę „zawiesił” swój program. Podobnie zrobił wpływowy francuski dziennikarz Frederic Taddei. Gesty te miały jednak niewielkie znaczenie, bo chwilę później Unia Europejska zamknęła nadawanie Russia Today w tych krajach i zwolniono wszystkich miejscowych pracowników.

Zakup hurtowy

Zatrudnianie w rosyjskich firmach byłych polityków było więc dość powszechną taktyką zdobywania sobie przez Władimira Putina wpływów. Kupując sobie demokratycznych polityków i ich wpływy, Putin zyskiwał nie tylko nieformalne przełożenie, które dziś skutkuje trudnościami w nałożeniu jeszcze bardziej bolesnych sankcji na Rosję. Zyskiwał też możliwość zakulisowego działania. Znacznie bardziej pragmatycznie do kwestii sprzedaży Rosjanom wpływów podszedł węgierski premier Wiktor Orban. Dziś postrzegany jest słusznie jako największy sojusznik Putina w Unii Europejskiej. Trudno jednak uważać, że ów sojusz jest dla Orbana wynikiem jakieś sympatii czy układów finansowych. Orban potraktował Rosję i Putina jako lewar dla zabezpieczenia własnej pozycji politycznej. Także po to, aby móc (mając w rezerwie relację osobistą z Putinem) bez skrupułów sprowadzić demokrację węgierską do parawanu. Orban dysponuje dziś przygniatającą przewagą w mediach prywatnych (o publicznych nie wspominając) i wszystkich instytucjach. Możliwość odebrania mu władzy przez całkowicie zjednoczoną opozycję jest mało realna. Polityczny romans Putina z Orbanem zaczął się w 2009 r. jeszcze przed wyborami, które dały Węgrowi pełnie władzy (premierem jest od maja 2010 r.). Orban pojechał do Rosji wraz ze swoimi najbliższymi biznesowymi współpracownikami, gdzie zawarł przymierze. Razem z nim do Moskwy polecieli oligarcha Fideszu (tak się nazywa partia Orbana) Lajos Simicska i jego bliski współpracownik, biznesmen Zsolt Nyerges. To właśnie dzięki pieniądzom tych biznesmenów Orban mógł sięgnąć po władzę.

Portal Direkt36 ujawnił w 2018 r., że podczas tej wizyty Simicska i Neyegres trafili do dawnej siedziby KGB na Łubiance, gdzie prowadzili negocjacje z przedstawicielem FSB (Federalnej Służby Bezpieczeństwa), następczyni KGB. Według źródeł Direkt36 Orban tłumaczył swoim ludziom, że buduje bliższe relacje z Rosją, aby wzmocnić pozycję Węgier na arenie międzynarodowej. Uważa bowiem, że węgierska gospodarka może czerpać korzyści z tej relacji. Orban uważa też, że daje to również krajowi lepszą pozycję przetargową wobec mocarstw zachodnich. Wreszcie Orban, według tych, którzy go znają, lubi manewrować wśród potężnych przywódców. Polityka węgierska jest dla niego nudna i jest przekonany o swoich niezwykłych zdolnościach politycznych (którymi nawet prywatnie się chwali). Krótko mówiąc: gra z Putinem to było spełnienie jego marzeń. Rosjanie zgodzili się na powstanie dziwnych spółek, które zarabiały setki milionów dolarów na pośrednictwie w dostawie do Węgier surowców (ropy i gazu). To zaś pozwoli Orbanowi zyskać fundusze, które sprawiają, iż jego konkurenci polityczni po prostu finansowo nie są w stanie konkurować z jego ugrupowaniem.

Co ciekawe, Orban pozbył się rosyjskich firm z kluczowych gałęzi gospodarki – nie bez ich protestów, uznając, że będzie kontrolował te firmy za pośrednictwem państwa. Przeciwni takiemu układowi byli wspomniani dwaj oligarchowie, którzy słusznie obawiali się, że wzmocnienie władzy Orbana, będzie oznaczało drastyczne zmniejszenie ich wpływów. Orban postawił jednak na swoim. Można powiedzieć, że ze wszystkich sprzedających się Rosjanom polityków on jeden zrobił to za naprawdę duże pieniądze i to nie osobiście dla siebie, a bardziej dla swojego kraju (w postaci niższych cen surowców).

Rosja zbudowała w Europie armię „koni trojańskich”, wykorzystując do tego w pełni legalne narzędzie, którym jest zatrudnianie wpływowych osób ze świata mediów i polityki.

Strategia wpływu Kremla obejmuje wiele narzędzi: to kampanie dezinformacyjne, eksport korupcji i tworzenie sieci kleptokratycznych. Wszystko to miało na celu stworzenie sieci sojuszników politycznych w europejskich demokracjach. Ostatecznym celem tej strategii było sianie niezgody między państwami członkowskimi Unii Europejskiej i podważanie zachodnich wartości: demokracji, wolności słowa i transparentności. Ostatnia dekada to właśnie restytucja polityki rosyjskiej znanej z zimnej wojny. Przede wszystkim chodziło o manipulowanie zachodnimi społecznościami przy pomocy mediów. Obecne media elektroniczne okazały się wymarzonym miejscem do takich działań.

Wszystko to ogłosił publicznie w 2013 r. ówczesny szef rosyjskiego Sztabu Generalnego generał Walerij Gierasimow. Przedstawił wówczas „doktrynę Gierasimowa” nowe podejście do osiągania celów politycznych i wojskowych za pomocą „metod pośrednich i asymetrycznych” bez uciekania się do walki wojskowej. Te „nieliniowe” metody, jak nazywał je Gierasimow, obejmowały właśnie manipulacje przestrzenią informacyjną i systemami politycznymi. W praktyce mogliśmy zobaczyć ich działanie, gdy Rosja wsparła inicjatywę wyjścia Wielkiej Brytanii z UE (Brexit) czy pomogła wygrać wybory Donaldowi Trumpowi, licząc, że będzie on działał na podział amerykańskiego społeczeństwa.

Obecnie jedno jest pewne: Zachód ma po prostu kaca po rosyjskich pieniądzach. I ten kac tak prędko nie minie. Bo nie o wszystkich, którzy brali pieniądze –  wiemy.

Autor

Najnowsze