11.1 C
Warszawa
niedziela, 25 lutego 2024

Koniec zielonego dyktatu?

Koniecznie przeczytaj

Po radykalnym zwrocie energetycznym znanym pod nazwą Zielonego Ładu Unia znalazła się w stanie ekologicznej kontrrewolucji. Do protestów wywołanych rosnącymi kosztami produkcji i życia dołączają kolejne grupy społeczne oraz sektory przemysłu. Wybory do Parlamentu Europejskiego za pasem, tymczasem rosnący sprzeciw wobec Zielonego Ładu napędza europejską prawicę i populistów.

Robert Cheda

Wykluczeni

Kiedy Komisja Europejska przeforsowała plan gospodarki neutralnej energetycznie, proekologiczna koalicja sił politycznych głównego nurtu zachłysnęła się sukcesem. Jeden z jej promotorów, holenderski socjaldemokrata Franz Timmermans prezentował Europę jako pioniera w tej dziedzinie, stawiając za wzór USA i Chinom. Media mówiły o nieuchronnej zagładzie energochłonnych dziedzin przemysłu jak o koniecznych ofiarach synchronizacji gospodarki ze środowiskiem. Klimatyczni entuzjaści nie wzięli pod uwagę jednego. W miarę ujawniania kosztów transformacji i ich przenoszenia na barki obywateli Zjednoczonej Europy, obrońcy klimatu stali się mniejszością wobec rosnącej gwałtownie liczby przeciwników „Fit for 55”. W dodatku większość ludności w żadnym wypadku nie milczy i pokazuje swój sprzeciw na ulicach Paryża, Brukseli i Berlina. Przeciwko czemu demonstruje nabierający obrotów ruch niezadowolonych?

Przede wszystkim ma ogólnoeuropejski charakter. Nie ma takiego sektora gospodarki, a więc grupy społecznej, które nie straciły na Zielonym Ładzie. Od polskich górników i personelu elektrowni konwencjonalnych, przez rolników ponoszących coraz wyższe koszty nawozów i paliw, po przemysł chemiczny, handel i transport. A co powiedzieć o milionach zwykłych Europejczyków, płacących coraz wyższe rachunki za ogrzanie i oświetlenie swoich domów? Choć większość z nas zdaje sobie sprawę z konieczności energetycznej przebudowy Europy, takiej świadomości towarzyszy pytanie, dlaczego moim kosztem? Jak każda rewolucja przemysłowa, także Zielony Ład przynosi gigantyczne straty i wyklucza, choćby niszcząc obecnie setki tysięcy miejsc pracy. Ogranicza prawo do swobody przemieszczania, na co wskazują kolejne strefy czystego transportu wyłącznie dla bogatych. Prawda jest taka, że proekologiczna transformacja uderza w najsłabszych. Trudno się dziwić, że wobec bierności władz Unii, zrujnowani wyborcy przenoszą nadzieje na siły uznawane dotychczas za radykalne, czyli marginalne. Takie są skutki polityczne, jeśli decydenci oraz aktywiści klimatyczni w ogóle nie biorą pod uwagę ludzi, zasłaniając się abstrakcyjnym dobrem ogółu. Zresztą nie jest to zjawisko wyłącznie europejskie. Ubiegłoroczne i tegoroczne kampanie wyborcze dowodzą, że jedynie populiści ​​obiecują bronić osób zagrożonych energetycznym wykluczeniem. Przedstawiają porozumienia klimatyczne jako elitarny dyktat, w czym sekunduje im najbardziej poszkodowane globalne Południe. Co więcej, sprzeciw wobec Zielonego Ładu skrajna prawica łączy się z hasłami antyimigracyjnymi oraz utraty kulturowej tożsamości rozmytej w procesie globalizacji. W opinii portalu Politico główny nurt władzy, a szczególnie ruch ekologiczny, są kompletnie nieprzegotowane na taki scenariusz. Obrońcy środowiska zatracili charakter egalitarnej reprezentacji interesów całego społeczeństwa, przekształcając się w fanatyczną sektę dla wybranych. Ze szkodą dla klimatu protestu wykluczonych, a zatem większości Europejczyków, nie uda się nadal przykrywać oskarżeniami o zmanipulowanie przez lobbystów przemysłu paliw kopalnych lub mniejszościowym statusem przeciwników Zielonego Ładu. Nie można zapominać, że w 2024 r. nastąpi istna kumulacja wyborcza na całym świecie. Głosować będą m.in. USA, Indie, Pakistan, RPA, Indonezja, a w czerwcu Zjednoczona Europa, której establishment nie umiał dotychczas powiązać skutków Zielonego Ładu z rosnącym wpływem skrajnej prawicy na społeczeństwo.

Biznesowy wytrych

Według szeregu mediów, m.in. Agencji Reutera, pod wpływem rolniczych protestów rozlewających się od Polski, przez Rumunię i Włochy, po Niemcy, Francję i Beneluks, Unia pracuje nad wersją Zielonego Ładu light. KE nie ukrywa, że przyjazny dla opinii publicznej zamiennik powstaje pod presją wyborczą. Przynajmniej tak ujmuje problem jeden z pomysłodawców Alexander De Croo. W opinii premiera Belgii, która od stycznia sprawuje unijną prezydencję, jest to propozycja zachęt dla biznesu, czyli politycznego układu z europejskim przemysłem. Według De Croo, nowe porozumienie nie ma zastąpić Zielonego Ładu. Stanowi rozwiązanie praktyczne łagodzące negatywne skutki transformacji energetycznej. 

– Polityka klimatyczna ChinStanów Zjednoczonych oferuje mnóstwo marchewek dla ich gospodarek, podczas gdy my w Europie, zbyt często używamy kija – wyjaśnił na konferencji prasowej belgijski polityk. Miał na myśli niezrozumiałą społecznie i sprzeczną w oczach biznesu strukturę prawno-biurokratyczną Zielonego Ładu. Komentujący słowa De Croo Reuter, podkreśla uciążliwość Fit For 55 dla pracowników i pracodawców. Zamiast chronić przemysł stawka na kosztowne i mało efektywne OZE generuje wysoką inflację i redukuje miejsca pracy. Dlaczego? Ponieważ od czasu rosyjskiej agresji na Ukrainę nie powstał spójny europejski plan pomocy dla biznesu w walce z wysokimi cenami energii. Bierność instytucji unijnych sprawia, że europejska produkcja traci konkurencyjność w porównaniu z ofertą amerykańską i chińską. Dzieje się tak z powodu, jak ujmuje to Politico, zalewu zielonych dotacji oraz różnych instrumentów finansowych oferowanych przez Waszyngton i Pekin. Praktycznym wymiarem zjawiska jest wyprowadzka europejskich firm w jurysdykcję prawną obu największych konkurentów. Za migracją biznesu idzie ekologiczne zacofanie Unii, na której terenie pozostaje nieefektywny przemysł. Coraz częściej reaguje na ostre kryteria Zielonego Ładu zamykaniem fabryk i zwolnieniami grupowymi. Tak daleka od pierwotnych założeń jest cena rygorystycznej dyrektywy KE w sprawie efektywności energetycznej. Czy na rewizję nie jest za późno?

Niezadowolenie z europejskiej polityki klimatycznej jest problemem ponad podziałami łączącym podmioty gospodarcze bez względu na kraje pochodzenia. Jeszcze ważniejsza jest radykalizacja społeczna. Populistyczna frakcja europarlamentu – Tożsamość i Demokracja – zajmuje trzecie miejsce w sondażach przed czerwcowymi wyborami. Wzrost notowań zaciekłych przeciwników Zielonego Ładu sprawia, że na prawo dryfuje cała scena polityczna Europy. Przykład? Listopadowe wybory parlamentarne w Niderlandach wygrała ultranacjonalistyczna Partia Wolności (PVV). Dlatego, gdy jej lider Geert Wilders oświadczył, że czas powstrzymać histeryczną redukcję emisji CO2 i wycofać się z globalnego porozumienia klimatycznego, zaktywizował polityków środka, takich jak Emanuel Macron. W ślad za Wildersem prezydent Francji upomniał się o sprawiedliwą transformację energetyczną, mówiąc, że najbardziej uderza w tych, którzy już ledwo są w stanie utrzymać się ze swojej pracy. Tyle że to Macron stał za uzależnieniem covidowych dotacji państwa od zmniejszenia energochłonności koncernów samochodowych i lotniczych. Dziś jeden z głównych sprawców wyborczej radykalizacji, wskazując na niemiecką AfD, obawia się nadejścia władzy skrajnej prawicy.

– Musimy zająć się przyczynami, dla których ludzie na nich głosują – wezwał francuski współautor Zielonego Ładu.

Zmarnowane pieniądze

Ambitny zwrot klimatyczny zaszedł jednak w Europie tak daleko, że odwrót nie jest możliwy, w przeciwieństwie do poważnej korekty. Wymusza ją słabnąca konkurencyjność unijnego przemysłu na świecie. Tylko jak pogodzić biznesowy rachunek opłacalności z proekologicznymi wymogami, zapobiegając masowej migracji wyborców na prawo? Europa musi zmienić politykę przemysłową, a może to zrobić jedynie na wzór USA i Chin, czyli wesprzeć przemysł z publicznych (budżetowych) pieniędzy. Przy okazji KE ma okazję zakończyć fikcję. Paryż i Berlin, ukrywając się za finansową żonglerką, od dawna ratują własną produkcję szczodrymi dotacjami. Oczywiście nie każdą, jak wskazuje protest niemieckich i francuskich rolników wobec zamiarów obcięcia dotacji do cen oleju napędowego. Dlatego belgijski premier De Croo apeluje o uzupełnienie Zielonego Ładu Ładem Przemysłowym. Tylko publicznymi pieniędzmi można utrzymać rentowność sektorów energochłonnych, takich jak stal i aluminium. Inicjatywa belgijskiej prezydencji dowodzi jednak, że Europa nie ma ani spójnej strategii dekarbonizacji przemysłu, ani tym bardziej klarownej polityki obrony konkurencyjności i rynku pracy. Zbiurokratyzowany, nieefektywny Zielony Ład połączony z restrykcyjną polityką fiskalną, doprowadził do tego, że otwarcie protekcjonistyczne ChRL i USA wyprzedzają UE. Zarówno w czystych technologiach, takich jak ekologicznego wodoru, jak i w produkcji akumulatorów, samochodów elektrycznych i OZE. Nic dziwnego, że Europa przestała być światową fabryką ogniw fotowoltaicznych. Ostatnie firmy pakują manatki i przenoszą działalność do Stanów Zjednoczonych i Chin. Natomiast Komisja Europejska cały czas się zastanawia, a jeśli już coś planuje, to pod kątem efektu wyborczego, tylko nie ekonomicznego. Pod wpływem Zielonego Ładu problem technologicznej i przemysłowej niekonkurencyjności Europy nabrał już takiego wymiaru, że nie wiadomo skąd wziąć fundusze, marnowane dotychczas w ramach dyrektywy energetycznej. Jak ocenia Politico, zasoby finansowe państw członkowskich nie wystarczą, podobnie jak wspólnotowe środki budżetowe. 

Najnowsze

„Szok Trumpa”

Tak dla CPK!

Zamieszanie z Mołdawią

Wojna z Muskiem