e-wydanie

11 C
Warszawa
piątek, 19 kwietnia 2024

Po co nam KPO?

Polskę nawiedziła Ursula von der Leyen, by ogłosić odblokowanie funduszy na KPO w łącznej wysokości 137 mld euro, komplementując przy okazji rząd Donalda Tuska: „Jesteśmy pod wrażeniem wysiłku Polaków w kierunku odtworzenia praworządności, jako kręgosłupa społeczeństwa”. 

Piotr Lewandowski

W podobnym tonie utrzymany jest komunikat Komisji Europejskiej z 29 lutego, informujący o przyjęciu dwóch aktów prawnych otwierających drogę do wypłaty środków. Komisja stwierdza w nim m.in., iż „system odpowiedzialności dyscyplinarnej mający zastosowanie do polskich sędziów został kompleksowo zreformowany”, ponadto Polska zobowiązała się do korzystania z systemu informatycznego Arachne wspierającego audyt i kontrolę państw członkowskich w celu zabezpieczenia przed nadużyciami finansowymi oraz przedstawiła „ambitny plan działania na rzecz praworządności”. W związku z tym Komisja uznała, że Polska „osiągnęła w zadowalający sposób dwa nadrzędne kamienie milowe” oraz „horyzontalny warunek podstawowy związany z Kartą praw podstawowych Unii Europejskiej”. Prócz tego Komisja odnotowała wypełnienie przez Polskę 37 kamieni milowych. Hura.

A teraz pytanie: jakim cudem odnotowaliśmy to pasmo sukcesów w ciągu zaledwie dwóch i pół miesiąca, jakie minęły od zaprzysiężenia rządu Donalda Tuska (13 grudnia 2023) do momentu wydania omawianego komunikatu KE? Jakież to ustawy gruntownie reformujące nasz system sądowniczy weszły w tym czasie w życie? Ano żadne. Stan prawny w Polsce nie zmienił się ani o jotę, no, chyba że za reformę uznamy nader wątpliwe prawnie czystki kadrowe zaprowadzone w Prokuraturze Krajowej przez ministra Adama Bodnara. Komisja sama zresztą to potwierdza, podkreślając, iż „Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego została zniesiona i zastąpiona przez niezależny i bezstronny sąd ustanowiony ustawą przyjętą 9 czerwca 2022 r., tj. Izbę Odpowiedzialności Zawodowej”, do której to ustawy min. Bodnar dodał jedynie w lutym br. akt wykonawczy dotyczący powoływania komisarzy dyscyplinarnych. Powtórzmy tę datę: 9 czerwca 2022. A zatem podstawowy warunek został spełniony grubo ponad pół roku temu i zrobił to rząd Mateusza Morawieckiego. Podobnie rzecz się ma ze wspomnianymi 37 kamieniami milowymi. Wtedy jednak odblokować pieniędzy nie było można, a teraz owszem – zapewne dlatego, że obecny rząd przedstawił „ambitny plan” na rzecz przywracania praworządności. Zostaliśmy więc łaskawie wynagrodzeni za dobre chęci. Podsumowując, cały komunikat Komisji Europejskiej stanowi potwierdzenie, iż tak naprawdę istniał tylko jeden „kamień milowy” – zmiana władzy w Polsce, wstrzymywanie funduszy na KPO było zaś merytorycznie nieuzasadnione i stanowiło ze strony Brukseli narzędzie politycznego szantażu.

No dobrze, może jednak nie ma co rozpamiętywać, bo pieniądze przecież w końcu do Polski popłyną, prawda? Otóż niekoniecznie. Jak ustaliła firma consultingowa CRIDO, z 56 inwestycji przewidzianych w KPO aż 43 są zagrożone i albo nie zostaną zrealizowane w całości, albo wręcz wykreślone z planu, co przekłada się na utratę od 150 do 210 mln zł – a więc 1/3 spośród przysługujących nam 600 mln zł. Mechanizm finansowania KPO zakłada bowiem wypłatę środków „z dołu”, czyli refinansowanie już ukończonych inwestycji, tu zaś mamy deadline, którym jest sierpień 2026 r.

Ogólnie rzecz biorąc, wokół KPO narosło mnóstwo mitów skutkujących skrajną fetyszyzacją tego programu, do czego walnie przyczynili się politycy wszystkich opcji, czyniąc zeń oręż w walce wyborczej. Przekłada się to na zafałszowany odbiór społeczny – przeciętnemu obywatelowi wydaje się bowiem, iż Unia obsypie nas złotym deszczem i to w większości za darmo, lub na „tani” kredyt. Warto więc na koniec przypomnieć kilka podstawowych kwestii. Otóż cały Europejski Fundusz Odbudowy, z którego finansowane są krajowe KPO, jest wspólną pożyczką zaciągniętą przez Unię Europejską, którą solidarnie do 2058 r. będą spłacać wszystkie kraje członkowskie w postaci nowych europejskich podatków i zwiększonych składek członkowskich – niezależnie od tego, ile ze swej puli wykorzystają. A zatem część „bezzwrotną” również będziemy spłacać, część „pożyczkowa” jest zaś w istocie „kredytem od kredytu”. Do tego, pieniądze te możemy wydać na ściśle określone, zatwierdzone przez Brukselę cele, z których ogromna część nie tylko nie jest nam potrzebna, a wręcz szkodliwa – wystarczy zresztą spojrzeć na spis „kamieni milowych”, w których aż roi się od kosztownych (głównie dla obywateli) zielonych fantasmagorii. Za to wszystko do 2058 r. zapłacimy wg prognoz łącznie 100 mld euro. Pytanie retoryczne: czy nie opłacało się bardziej pożyczyć pieniędzy na własną rękę – może nieco mniej i trochę drożej, ale mieć w zamian swobodę w ich wydawaniu na cele naprawdę służące polskiemu rozwojowi, a nie pod dyktando unijnego widzimisię i bez dodatkowych, politycznych kosztów sprowadzających się do okrawania naszej suwerenności? Po co nam to całe KPO? Ze względów cenzuralnych nie napiszę, ale Państwo zapewne doskonale się domyślają.

Najnowsze