|

Podatek cyfrowy jako test asertywności

Mike Pence na konferencji prasowej wyraził wobec rządu Morawieckiego „wdzięczność” za rezygnację z podatku i trudno oprzeć się wrażeniu, że o tej „rezygnacji” dowiedziała się od amerykańskiego wiceprezydenta nie tylko opinia publiczna, ale również polski premier.

Piotr Lewandowski

Podatek cyfrowy wraca jak bumerang. Na początku lutego Ministerstwo Cyfryzacji ujawniło założenia podatku mającego objąć platformy internetowe zamieszczające reklamy targetowane na podstawie danych użytkowników, oferujące interakcje z innymi użytkownikami (czyli w praktyce media społecznościowe) oraz umożliwiające sprzedaż online towarów i usług. Nowe regulacje dotyczyłyby podmiotów, które osiągają globalne przychody na poziomie co najmniej 1 mld euro, a w Polsce – 25 mln zł. Danina miałaby wynosić 3 proc. przychodów osiąganych w Polsce (minus kwota zapłaconego CIT) i wg prognoz w pierwszym roku obowiązywania przyniesie wpływy w wys. 1,7 mld zł, a w kolejnym – 2 mld zł. Podobne rozwiązania obecnie funkcjonują już w takich europejskich państwach, jak Wielka Brytania (2 proc.), Francja, Hiszpania, Włochy (3 proc.), Austria (5 proc.) czy Węgry i Turcja (7,5 proc.). Jak łatwo zauważyć, podatek cyfrowy przede wszystkim dotknąłby firmy amerykańskie – technologicznych gigantów w rodzaju Mety, Googla czy Amazona.

Chciałoby się powiedzieć – nareszcie, bowiem Big Techy słyną z agresywnej optymalizacji podatkowej. Rezydencja w rajach podatkowych takich jak Irlandia czy Luksemburg sprawia, że skutecznie unikają opodatkowania w państwach, gdzie realnie wypracowują swoje zyski. Skutkuje to m.in. nieuzasadnionym uprzywilejowaniem w stosunku do podmiotów krajowych. Tak dzieje się również w przypadku Polski – cyfrowi giganci płacą u nas kwoty kompletnie nieadekwatne do skali działalności i obrotów. Przykładowo Facebook Poland zapłacił w 2024 r. 10,6 mln zł CIT przy deklarowanych zyskach 42,5 mln zł i 1,82 mld zł przychodów. Jeżeli brać na serio relację przychodów do zysków, to należałoby uznać, iż Facebook prowadzi w Polsce niemal działalność charytatywną. Podobnie z Google Poland – w 2024 r. amerykański gigant zapłacił 37,9 mln zł CIT przy 1,53 mld zł przychodów. Pogratulować księgowych. Dla porównania WP Holding (m.in. Wirtualna Polska) osiągnął przychody w wys. 1,36 mld zł i zapłacił 55,5 mln zł CIT. Przypomina to sytuację na rynku usług kurierskich, gdzie InPost płaci więcej podatku dochodowego niż wszystkie zagraniczne firmy z tej branży razem wzięte.

Trudno to nawet nazwać płaceniem podatków – to jałmużna rzucana na odczepnego i w praktyce „po uważaniu”. Jesteśmy cyfrowym bantustanem – kolonią, z której transferuje się zyski do centrali, i najwyższa pora z tym skończyć. Zresztą, zważywszy na skalę przychodów, proponowana stawka 3 proc. i przewidywane wpływy budżetowe rzędu 1,7–2 mld zł to i tak bardzo łagodny wymiar „kary”. Jednak nawet tak ograniczony fiskalnie projekt wywołał burzę i nerwowe reakcje po stronie amerykańskiej. Sprawia to wrażenie, jakby sam zamiar opodatkowania amerykańskich firm został odebrany jako policzek i coś w rodzaju buntu, który należy stłumić połączonym wysiłkiem lobbystów i amerykańskiej dyplomacji. Toteż popłynęły oświadczenia o „podważaniu zaufania”, „szkodzeniu innowacjom” i „zniechęcaniu do inwestowania”, zaś ambasador Tom Rose już w marcu 2025 r. przestrzegał (i to zanim jeszcze przybył do Warszawy), iż podatek cyfrowy „zaszkodzi Polsce i jej relacjom ze Stanami Zjednoczonymi”, zapowiadając cła odwetowe w przypadku jego wprowadzenia. Jest to zgodne z ogólną doktryną USA (hołubioną zwłaszcza przez Donald Trump), wg której amerykańskie firmy powinny cieszyć się jakąś ogólnoświatową podatkową abolicją.

Przypomnijmy, iż jest to już druga próba wprowadzenia podatku cyfrowego – w 2019 r. próbował zrobić to premier Mateusz Morawiecki (tak się składa, że również za prezydentury Donalda Trumpa), spotykając się z identyczną reakcją. Wtedy nasrożyła się ambasador Georgette Mosbacher, a całą sprawę uciął podczas swojej wizyty w Warszawie wiceprezydent Mike Pence, który na konferencji prasowej wyraził wobec rządu Morawieckiego „wdzięczność” za rezygnację z podatku i trudno oprzeć się wrażeniu, że o tej „rezygnacji” dowiedziała się od amerykańskiego wiceprezydenta nie tylko opinia publiczna, ale również polski premier…

Teraz jednak sytuacja jest nieco inna. Paradoksalnie sprawę ułatwia ostatnia awantura na linii rząd – USA. Dzięki niej rząd będzie mógł przedstawić amerykańskie naciski jako kolejną próbę mieszania się w wewnętrzne sprawy Polski i zademonstrować swą podmiotowość względem „wielkiego brata” zza oceanu. Pozostaje kwestia prezydenta Karola Nawrockiego, który z pewnością znajdzie się pod olbrzymią presją Stanów Zjednoczonych, by niewygodny podatek zawetować. Padną zapewne tradycyjne groźby o „pogorszeniu relacji” – zarówno z USA, jak i osobiście z Donaldem Trumpem. Powiem tak: jeżeli Polska miałaby wskutek symbolicznego tak naprawdę opodatkowania Big Techów utracić dobre stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, to oznaczałoby, że ten nasz sojusz od początku był niewiele wart i stanowił jedynie przykrywkę dla kolonialnych relacji. Niewątpliwie będzie to dla prezydenta Nawrockiego prawdziwy stress test i egzamin z asertywności. Oby go zdał.

Podobne wpisy