21.6 C
Warszawa
środa, 29 czerwca 2022

ARGENTYŃSKI PARADOKS

Koniecznie przeczytaj

Gdyby nie wojna na Ukrainie, w centrum uwagi międzynarodowej opinii publicznej byłaby teraz Argentyna oraz jej relacje z Chinami, które są tak dobre, że aż Pekin podarował Buenos Aires Niderlandy. To znaczy Falklandy, popierając argentyńskie roszczenia do tych wysp. Ten symboliczny gest ma mnóstwo geopolitycznych konsekwencji, jedną dziwniejszą od drugiej.

Wielka Brytania jest oczywiście niezmiernie zgorszona, ale nią akurat nikt się nie przejmuje. To jest wyzwanie rzucone Stanom Zjednoczonym, którym Londyn zawdzięcza możliwość odzyskania Falklandów w zwycięskiej wojnie z Argentyną w 1982 roku. USA zatem są gwarantem układu politycznego przyznającego Anglii zwierzchność nad tym archipelagiem. I oto teraz Chiny pokazują światu, że wpływy amerykańskie to krótka kołdra, która może chwilowo jeszcze dobrze leży w Europie, ale Amerykę Południową już trzeba było odkryć.

Wejście Pekinu w spór o Falklandy po stronie Argentyny to wisienka na torcie wspólnych interesów chińsko-argentyńskich, które wyglądają naprawdę imponująco. W styczniu br. ogłoszono, że Chiny zainwestują 1,1 mld dolarów w argentyńską sieć przesyłu energii elektrycznej. Wspólne oświadczenie prezydentów Xi Jinpinga i Alberto Fernandeza w sprawie Falklandów miało miejsce 6 lutego br. Podczas tego samego spotkania ustalono cały plan pięcioletniej współpracy pomiędzy oboma krajami, w ramach którego łącznie chińskie inwestycje w Argentynie mają wynieść 23,7 mld dolarów. Kilka dni później wyszło na jaw, że w grę wchodzi też budowa chińskiej bazy wojskowej. Dalsze spekulacje w tej mierze przykrył wybuch wojny na Ukrainie. Po czym, do kompletu, w kwietniu ujawniono, że Chiny mają jeszcze rozbudować elektrownię atomową w Atucha, dostawiając tam reaktor Hualong One za 8,3 mld dolarów. Chiński udział w tej inwestycji początkowo miał pokryć 85 proc. jej kosztów, ale Argentyńczycy z uwagi na swoje tradycyjne problemy finansowe dopraszają się, aby było to pełne 100 proc. Chiny odnoszą się do tej żebraniny przychylnie i są szanse, że nowa umowa zostanie podpisana przed końcem tego roku.

Skąd ta chińska przychylność? Nie przypadkiem sfrustrowani zachodni komentatorzy polityczni zaczęli ostatnio nazywać Argentynę „chińską kolonią”. Podstawowa zasada rządząca chińskimi inwestycjami brzmi: „Pekin inwestuje tam, gdzie rządzi”. To dlatego w Polsce nie możemy doczekać się większej aktywności chińskich firm. Bo u nas rządzą USA i to na tyle stanowczo, że np. podziękowaliśmy koncernowi Huawei za propozycję rozwoju sieci 5G. Niekoniecznie należy ten stan rzeczy krytykować, ponieważ Chiny zawsze udzielają swoich kapitałów w tak sprytny sposób, aby wpędzić partnera w pułapkę zadłużenia. Długi zaś zabezpieczane są na lokalnych nieruchomościach tak solidnie, że w razie niewypłacalności powstaje tam bez mała kolejna prowincja ChRL. Któryś z ekonomistów celnie zauważył, że pożyczki z Pekinu uzależniają kredytobiorców jak narkotyki. Dlatego też wypada oddać sprawiedliwość ministrowi Macierewiczowi, który w 2017 roku zablokował chińskie inwestycje pod Łodzią, wywołując lament liberalnych publicystów, że „Macierewicz wypisuje Polskę z nowego Jedwabnego Szlaku”, o co ciskała się „Gazeta Wyborcza” jeszcze w zeszłym roku.

Pekin zatem, powtórzmy, nie inwestuje tam, gdzie nie rządzi. Interesy z Chinami to nie jest wolny rynek, gdzie wzajemne korzyści są argumentem rozstrzygającym. Te owszem muszą być – to podstawa, ale ponadto kraj partnerski powinien zastawić swoje regalia. Jeśli chcemy w Polsce chińskich kapitałów na wielką skalę, liczmy się z tym, że Wawel zostanie przerobiony na hotel sieci Jin Jiang, nawiasem mówiąc już obecnej w Krakowie.

Jak w tym momencie wygląda Argentyna ze swoim 100 proc. chińskiego wkładu? Wydaje się, że na korzystniejszych warunkach zawierane są cyrografy z samym Szatanem dla duszodawcy. Chiny po prostu wykupiły ten wielokrotnie zbankrutowany kraj, który swoją ostatnią niewypłacalność ogłosił w 2014 roku, a ma w tej mierze długą tradycję, sięgającą pierwszej połowy XIX wieku. „Argentyna to jeden z najbardziej notorycznych niesolidnych dłużników w historii świata”, zauważa „Puls Biznesu”. Taki lokalny folklor, można powiedzieć. Każdą światową koniunkturę, wręcz złotą mannę z nieba potrafią nad tą La Platą przehulać w rytmie tanga, więcej niż doszczętnie, w góra kilkanaście lat.

Wątpić należy, że Chińczycy nie zdawali sobie z tego sprawy, a więc swoje kapitały z pewnością dobrze zabezpieczyli. Jak? Wzmiankowana baza wojskowa stanowi tu raczej wierzchołek góry lodowej. Andy i Pampasy kandydują już pewnie na drugi Tybet. Skoro zaś o lodzie mowa, to i na argentyńskich koncesjach na Antarktydzie Pekin z pewnością trzyma czujną rękę. Przekonamy się o tym, kiedy Argentyna znów ogłosi niewypłacalność, czyli około 2025 roku, jak wynika ze statystyki argentyńskich bankructw, następujących średnio co 11 lat. Na razie jednak Państwo Środka obiecało im Falklandy, więc znów idzie w tango boskie Buenos!

Pokazuje to wszystko razem, jak bardzo pewnie czują się Chiny w Ameryce Południowej. Równolegle bowiem za pośrednictwem Singapuru Pekin dogadał się z Chile, Peru, Kolumbią i Meksykiem, tworząc strefę wolnego handlu. To wyręczanie się Singapurem sugerowało, że Chinom brakuje już pary na ten kontynent, zwłaszcza w połączeniu z radykalną redukcją chińskich inwestycji w Afryce, ale okazuje się, że się myliłem. Cała ta para poszła w Argentynę, w przekształcenie jej w realną chińską kolonię. I nie dość, że największe państwa Zachodu nie są w stanie Pekinowi w tym przeszkodzić, to jeszcze muszą znosić granie na nosie, bo tym właśnie jest stanowisko Xi Jinpinga w sprawie Falklandów. „Bierzemy Argentynę oraz wasze twarze, no i co nam teraz zrobicie, dupki?” – tak należy przełożyć ten komunikat z języka dyplomacji.

Tu dochodzimy do najdziwniejszej ze wspomnianych na wstępie konsekwencji geopolitycznych. Eksperci mówią, że „Chiny się zamykają”. To już bez mała aksjomat sinologii, odmieniany przez wszystkie przypadki. Bo covid, bo „kierunek Azja”, bo „zagranicznym ekspertom dziękujemy” (gdyż mamy już własnych), bo w Chinach budujemy „nowe społeczeństwo”, więc dalsze kontakty z Zachodem tylko na wyspie Hainan, na wzór portugalskiej koncesji w Macao w XVI wieku i szlus!

Ale jak to Chiny się zamykają, skoro właśnie nie zamykają – tylko biorą Argentynę razem z korzeniami Andów?! Skoro lada moment Ziemia Ognista stanie się chińskim Gibraltarem, strzegącym strategicznego przejścia z Atlantyku na Pacyfik, czyli filarem chińskiego projektu Pasa i Szlaku. Jeśli to nie jest ekspansja, to co nią jest?!

Zamykają się więc te Chiny, ale nie zamykają jednocześnie… – paradoks niczym z Gombrowicza, obywatela Argentyny zresztą. Jak można to wytłumaczyć?

Najprościej, że Chiny są tak wielkim krajem, że jest tam dość miejsca na rzeczy wzajemnie sprzeczne. Nie byłoby to takie odległe od rzeczywistości, gdyż istnieją całe korporacje sinologów żyjących z udowadniania, że Chiny się rozwijają i Chiny upadają. Jednocześnie. Jedni i drudzy znajdują dla swoich tez dość solidne argumenty, by mieć z czego żyć, pisać książki, robić kariery akademickie i brylować w mediach. Zależnie od wahnięć nastrojów rynkowych daje się głos tym lub tamtym, a wynika z tego tylko ogólny ruch w interesie.

Zauważmy, że wewnętrzne zamknięcie Chin sprzyja ponownej aklamacji Xi Jinpinga na kolejną kadencję prezydenta ChRL, której termin przyspieszono na wrzesień. Covidowe lockdowny nie powstrzymają szerzenia się bardziej zaraźliwego wariantu omikron ani nie ma takiej potrzeby epidemiologicznej, bo jest on dużo mniej groźny od poprzednich. Te restrykcje są po to, by narzucić chińskiemu społeczeństwu żelazną dyscyplinę i posłuszeństwo w krytycznym dla władzy momencie. Spekulowało już, że chodzi tu o mobilizację ludności przed domniemaną inwazją na Tajwan, ale raczej jednak o ponowny wybór Xi, wyraźnie zagrożony.

Nie wiemy, jak silna jest wewnątrzpartyjna opozycja przeciw urzędującemu prezydentowi. Może być poważna, zważywszy, że Xi odszedł od kolegialnego kierownictwa w KPCh na rzecz nowego kultu jednostki i przyznania sobie cesarskich wręcz prerogatyw. Xi chce dorównać Mao, który wywołał rewolucję kulturalną, gdy jego władza zaczęła podupadać. Zatem możemy przypuszczać, że strategia „zero covid” oraz propaganda „zdrowie jest najważniejsze”, to druga rewolucja kulturalna, ze wszystkimi jej ekonomicznymi kosztami, stanowiącymi ofiarę konieczną. Np. trzeba się pozbyć ekspatów, będących rozsadnikami krytycyzmu wobec dogmatu nieomylności Syna Nieba (aluzja do Watykanu nieprzypadkowa, to analogiczny system władzy). Dlatego zachodni specjaliści w Szanghaju mają teraz wybór, albo siedzieć zamknięci na głucho w domach lub biurach albo kurs w jedną stronę taksówką na lotnisko. W rozmowach w cztery oczy defetyzmu u chińskich kolegów więc nie zasieją, a przez internet to się łatwo wytnie.

Jednak w żadnym wypadku chińskie sprawy wewnętrzne nie mogą hamować budowy hegemonii Państwa Środka w świecie. Dlatego wyskakujecie z Falklandów Brytole!

Autor

Poprzedni artykułUkraiński “reset”
Następny artykułInflacja to problem globalny

Najnowsze