Włochy uciekają przed EU ETS
Rząd Giorgii Meloni zamierza wprowadzić mechanizm zwalniający ceny energii elektrycznej z klimatycznego narzutu. Rzym to kolejna europejska stolica, która chce podjąć próbę ratowania swojego przemysłu przed ekologistycznym szaleństwem.
Zgodnie z wyborczymi zapowiedziami włoska premier przedstawiła założenia programu, który ma za zadanie zdjęcie z odbiorców końcowych (czyli gospodarstw domowych i przemysłu) finansowego ciężaru związanego z polityką klimatyczną.
Włoska propozycja
Meloni zaproponowała, aby włoskie państwo zaczęło zwracać elektrowniom koszty, jakie ponoszą one na zakup uprawnień w ramach systemu EU ETS. Po usunięciu tego zbędnego ciężaru ceny hurtowe mogą spaść w zauważalny sposób, co zresztą już potwierdziła wartość kontraktów terminowych.
Koszt całego rozwiązania szacowany jest na 3,54 mld euro, co nie stanowi żadnej oszałamiającej kwoty, lecz z perspektywy zwykłych Włochów zmiany mogą przynieść zauważalną różnicę. W ostatnich miesiącach w Italii zwracano nieustannie uwagę na to, że na Półwyspie Apenińskim ceny energii są zdecydowanie wyższe niż choćby w Hiszpanii czy we Francji. Francuzi czerpią pełnymi garściami z elektrowni jądrowych, lecz Włosi tego rodzaju komfortu już nie mają i są zmuszeni do regularnego importu energii. Dlatego właśnie propozycja Meloni trafia w samo sedno potrzeb włoskich firm i rodzin.
Przyjęte rozwiązanie nie jest oczywiście idealne. Włoski rząd zdecydował o tym, że część kosztów finansowych i tak weźmie na siebie przemysł. W tym celu wprowadzono podwyżkę podatku dla firm z sektora energetycznego, która ma przynieść rocznie 1 mld euro przychodów. Niewykluczone więc, że firmy dostarczające energię i tak zostaną zmuszone do pewnych podwyżek.
Rząd Meloni w pewnym sensie usuwa jedynie skutek, a nie przyczynę drożyzny na rynku energii. W świetle przyjętych zobowiązań Włochy nie są póki co w stanie jednostronnie wypowiedzieć Unii Europejskiej uczestnictwa w rynku pozwoleń na emisję dwutlenku węgla, lecz co najwyżej dokonywać pewnych przetasowań w ramach krajowych rozliczeń. Na dodatek nie wiadomo wcale, czy Komisja Europejska nie zdoła ostatecznie zablokować proponowanych zmian, uznając cały mechanizm za nielegalną pomoc publiczną. Unijne instytucje sądownicze od lat są skrajnie upolitycznione i w pełni dyspozycyjne względem federalistycznych dążeń, dlatego należy się spodziewać zawziętej batalii prawnej.
🔴 MANUFAKTURA, NIE MASÓWKA. DLACZEGO WOLA PRZYCIĄGA INWESTORÓW?
Giorgia Meloni musi się także liczyć z gwałtownymi atakami mediów i całego przemysłu zrównoważonego rozwoju. Wdrażając tego rodzaju zmiany, Włochy mogą przecież natchnąć pozostałe państwa członkowskie, z których wiele bardzo aktywnie poszukuje sposobu na złagodzenie skutków wdrażania zielonej polityki. Gdyby więcej krajów podjęło się jednocześnie dzieła neutralizacji systemu EU ETS, mogłoby dojść do jego całkowitego upadku.
Czeski bunt
Warto pamiętać, że Rzym nie jest jedyną stolicą, która w ostatnim czasie wypowiedziała posłuszeństwo systemowi handlu emisjami CO₂. Również w Pradze powołany tam pod koniec ubiegłego roku rząd Andreja Babiša prowadzi dość twardą kampanię na rzecz odrzucenia EU ETS2, czyli rozszerzenia pierwotnego systemu na obszar budownictwa i transportu. Gabinet czeskiego premiera przyjął w grudniu specjalną uchwałę deklarującą odmowę wdrożenia proponowanych zmian do czeskiego prawa. Zgodnie z zapowiedziami rządząca koalicja jest nawet gotowa płacić finansowe kary, niż dopuścić do tego, aby konsumenci zostali obciążeni niesprawiedliwie wprowadzonymi kosztami.
Andrej Babiš twierdzi, że EU ETS2 jest niezgodny z traktatami europejskimi i zamierza stoczyć z Brukselą batalię prawną. Póki co wydaje się jednak, że będzie zmuszony dopłacać wszystkim objętym programem podmiotom w sposób analogiczny do tego, jaki zaproponowała Meloni. Zarówno Czechy, jak i Włochy są więc skłonne angażować dodatkowe środki podatników, aby tylko uratować odbiorców przed coraz bardziej dokuczliwymi skutkami polityki klimatycznej.
Uwagę zwraca fakt, że zarówno Meloni, jak i Babiš, podejmują co najwyżej działania doraźne. Mimo iż włoska premier określa system EU ETS mianem „podatku nałożonego przez Brukselę”, w jej działaniach trudno odnaleźć jakikolwiek systematyczny sprzeciw wobec unijnego klimatyzmu. Podobnie przedstawia się sytuacja z premierem Czech, który nie działa przecież na rzecz zniesienia bazowego systemu EU ETS, a w przypadku EU ETS2 byłby nawet skłonny pogodzić się z nim, gdyby wprowadzono go dopiero za kilka lat.
Wspomniani przywódcy starają się działać doraźnie i reagować na niezadowolenie wyborców. Obniżenie cen energii w krótkiej perspektywie czasowej może przecież zapewnić wzrost poparcia w sondażach. Meloni, Babiš i inni liderzy zmian w zakresie finansowania rynku pozwoleń na emisję nie dostrzegają jednak tego, że ostatecznie będą się musieli zmierzyć z całą polityką klimatyczną.
Zgodnie z projektem Zielonego Ładu środki, jakie krajowi dostawcy energii muszą płacić na zakup pozwoleń na emisję dwutlenku węgla, mają być przeznaczone na inwestycje w zrównoważony rozwój. Jeśli więc nawet Włochy zdecydują się oddawać elektrowniom finansowy urobek z EU ETS2, to i tak będą musiały sięgnąć głębiej do kieszeni podatników, aby zrealizować kosztowny plan inwestycyjny. Radość podatników może być więc przedwczesna: niższe rachunki dzisiaj będą wcześniej czy później okupione wyższymi podatkami pobieranymi na wdrażanie Zielonego Ładu.
Dał nam przykład Trump
Giorgia Meloni i Andrej Babiš powinni zdecydowanie bardziej wzorować się na Donaldzie Trumpie, który tuż po zaprzysiężeniu wycofał Stany Zjednoczone z wszystkich najważniejszych inicjatyw klimatycznych i jednostronnie anulował większość programów publicznych w tym zakresie. Włochy czy też Czechy są oczywiście o wiele bardziej splątane zobowiązaniami wynikającymi z przynależności do Unii Europejskiej, jednakże mają wystarczająco dużo narzędzi do tego, aby podjąć systematyczne działania na rzecz wycofania się z polityki klimatycznej.
Potrzeba podjęcia tych działań będzie w ciągu najbliższych miesięcy rosła w coraz szybszym tempie, ponieważ Unia Europejska pogrąża się w coraz większym marazmie. W pewnym ograniczonym stopniu dostrzegają to sami unijni przywódcy, którzy na ostatnim szczycie poświęconym konkurencyjności zdobyli się na pewne krytyczne komentarze dotyczące dotychczasowego kursu UE. Przy tej okazji zaczęto nawet głośno mówić o tym, że klimat musi wreszcie zejść na dalszy plan, aby Europa była w stanie dotrzymać tempa Stanom Zjednoczonym i Chinom. O potrzebie bardziej pragmatycznego podejścia mówił nawet kanclerz Friedrich Merz, ale w jego dotychczasowych działaniach trudno dopatrzyć się choćby śladu nowego otwarcia.
Na tle pozostałych unijnych przywódców Giorgia Meloni wydaje się prezentować stanowisko reakcyjne względem zielonej rewolucji, choć tylko w ograniczonym zakresie. Włoska premier wyraźnie zastrzega, że nie można sobie pozwolić na rezygnację z celów neutralności klimatycznej, lecz proponuje jedynie korektę kursu. Wypada więc mieć tylko nadzieję, że tego rodzaju klimatystyczna „pierestrojka” stanie się zapowiedzią gruntownych i epokowych zmian. Michaił Gorbaczow również nie chciał upadku komunizmu, a przeszedł do historii jako jeden z głównych architektów jego demontażu.