Monopol na dane, to droższy kredyt dla konsumentów
Najnowszy projekt Ustawy o kredycie konsumenckim mocno zaskakuje. Jeszcze kilka miesięcy temu regulatorzy zapewniali, że nie chcą wzmacniać monopolu Biura Informacji Kredytowej, gdyż jest on szkodliwy dla gospodarki. Tymczasem ostatnia wersja ustawy idzie w dokładnie przeciwnym kierunku. Zdaniem ekspertów zapłacą za to przede wszystkim konsumenci – droższym kredytem, wykluczeniem z rynku finansowego i większą liczbą bankructw.
Nowa ustawa o kredycie konsumenckim ma wdrażać do polskiego prawa unijną dyrektywę CCD II. Projekt liczy blisko sto stron i reguluje cały proces udzielania kredytów. Kluczowe znaczenie ma to, w jakich bazach i na jakich zasadach kredytodawca sprawdza konsumenta przed udzieleniem finansowania.
Ale projekt ustawy zakłada też przymusowe przekazywanie informacji o kupionych długach przez wtórnych wierzycieli i to w wyjątkowo krótkim czasie – 7 dni od zakupu portfela. Tydzień to za mało, żeby zweryfikować prawdziwość danych, w efekcie wiele osób starających się o kredyt dostanie odmowę, bo będzie widniała w BIK-u jako dłużnik, mimo faktycznej spłaty kredytu.
Wyższe koszty nakładane na wierzycieli wtórnych oznaczają mniejszy popyt na portfele niespłacanych kredytów i niższe ceny, jakie banki i firmy pożyczkowe uzyskają przy ich sprzedaży. Mniej pieniędzy ze sprzedaży złych długów to mniej środków, które mogą wrócić do akcji kredytowej, więc sektor kredytodawców będzie rekompensował te straty podnosząc koszty nowych kredytów – marże, prowizje i opłaty ponoszone przez konsumentów.
Jednocześnie droższa i bardziej ryzykowna obsługa niespłacanych wierzytelności skłoni banki do zaostrzenia kryteriów udzielania finansowania. Osoby z niższą lub niestabilną zdolnością kredytową częściej usłyszą „odmowę”, zostaną wypchnięte z regulowanego rynku i zaczną szukać pieniędzy w tzw. szarej strefie – u nieformalnych pożyczkodawców, bez nadzoru i realnej ochrony prawnej. Dla wielu z nich będzie to początek spirali zadłużenia, z której coraz trudniej będzie wyjść bez dramatycznych decyzji.
Dodatkowo, przeregulowanie działalności nabywców wierzytelności ograniczy im możliwość ugodowego dogadywania się z dłużnikami. Jeżeli więcej spraw zamiast do stołu negocjacyjnego trafi od razu do komornika, naturalną konsekwencją będzie wzrost liczby egzekucji i upadłości konsumenckich – a więc trwałe wykluczenie kolejnych grup konsumentów z rynku finansowego.
Te zagrożenia to skutek zaszycia w projekcie ustawy dwóch kluczowych mechanizmów, które zamiast demonopolizować rynek informacji kredytowej umacniają pozycję jednego prywatnego podmiotu: Biura Informacji Kredytowej. Pierwszy to asymetryczny obowiązek raportowania zaległości, który w praktyce faworyzuje BIK kosztem biur informacji gospodarczej (Krajowy Rejestr Długów BIG, ERIF BIG, KBIG, BIG InfoMonitor). Drugi to przymusowe raportowanie nabywców wierzytelności wyłącznie do BIK-u – bez żadnej podstawy w unijnej dyrektywie i wbrew 15-letniej praktyce rynkowej.
Prywatna spółka z państwowym monopolem
Biuro Informacji Kredytowej to branżowa, prywatna spółka kontrolowana przez osiem największych banków komercyjnych i Związek Banków Polskich i świadcząca swoje usługi wyłącznie dla banków i firm pożyczkowych. Swój monopolistyczny status zawdzięcza art. 105 ust. 4 Prawa bankowego z 1997 roku, który zastrzega, że wyłącznie banki – wspólnie z bankowymi izbami gospodarczymi – mogą tworzyć instytucje gromadzące tajemnicę bankową. Konkurencja jest wykluczona ustawowo.
Brak konkurencji przekłada się na wysoką rentowność: w 2024 roku wyniosła ona 28 procent. Gdyby na rynku działało kilka podmiotów, jak w Niemczech, Włoszech czy Czechach, koszty usług mogłyby spaść nawet o 30 procent – te oszczędności trafiłyby ostatecznie do konsumentów. Projekt ustawy wdrażający dyrektywę CCD II był szansą, by tę sytuację przynajmniej częściowo zmienić. Nie zmienił. Mimo tego, że Tomasz Chróstny, prezes UOKiK-u publicznie deklarował, że jego urząd nie chce wzmacniać monopolu informacyjnego BIK-u. Wzmocniona miała zostać pozycja biur informacji gospodarczej, ogólnopolskich instytucji, które gromadzą dane z całego rynku i udostępniają je przedsiębiorcom niezależnie od ich branży, wielkości i zakresu działania, ale też konsumentom.
– Z perspektywy całego rynku finansowego ten projekt robi coś dokładnie odwrotnego niż obiecywano. Zamiast stopniowo otwierać system informacji kredytowej na konkurencję, cementuje on dominującą rolę jednego prywatnego podmiotu, uprzywilejowanego konstrukcją prawa bankowego z końca lat 90. – komentuje Marcin Czugan, prezes Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.
Asymetria, która niszczy konkurencję
Projekt nakłada na kredytodawców dwa obowiązki raportowania zaległości: do BIK i do BIG-ów. W praktyce są to jednak dwa zupełnie różne przepisy. Obowiązek przekazania danych do BIK jest bezwzględny – 7 dni od powstania zaległości, bez żadnych dodatkowych warunków. Raportowanie do BIG-ów wymaga natomiast łącznego spełnienia trzech warunków. Wystarczy, że kredytodawca nie spełni choć jednego z nich i obowiązek znika. W efekcie baza danych Biura Informacji Kredytowej będzie stale zasilana nowymi informacjami, a konkurencyjne biura informacji gospodarczej nie dostaną nic.
Projektodawcy tłumaczą, że nie mogli wyrównać tych warunków, bo zmiana ustawy o BIG-ach wykracza poza zakres wdrożenia dyrektywy CCD II. To argument wybiórczy – ten sam projekt nowelizuje przecież ustawę o BIG-ach w art. 145, nakładając na biura nowy obowiązek informowania konsumentów o zaległości. Jeżeli można zmieniać tę ustawę w tym zakresie, można było również znowelizować przepisy o raportowaniu, by obowiązek wobec BIG-ów był równie bezwarunkowy jak wobec BIK-u. Komisja Nadzoru Finansowego wskazywała w uwagach do projektu, że proponowane rozwiązania mogą uzależniać działalność kredytodawców od jednego prywatnego podmiotu.
Wierzyciele wtórni: dane wędrują do BIK bez podstawy w dyrektywie
Drugi mechanizm jest jeszcze bardziej kontrowersyjny. Art. 43 ust. 7 projektu zobowiązuje nabywców wierzytelności – firmy skupujące niespłacone długi – do raportowania do BIK. Przez 15 lat przekazywali oni dane do BIG-ów i robiło to z powodzeniem: kredytodawcy sprawdzający obie bazy mieli komplet informacji. Jedynym podmiotem, który nie miał dostępu do danych od wierzycieli wtórnych, był BIK. Nowe przepisy nie tyle uszczelniają system, co przekierowują istniejący strumień danych z BIG-ów do BIK-u.
Dyrektywa CCD II obowiązkami raportowymi obejmuje wyłącznie kredytodawców i pośredników kredytowych. Nabywca wierzytelności nie należy do żadnej z tych kategorii. Przepis wykracza więc poza zakres transpozycji dyrektywy i jest przykładem nadregulacji, którą Komisja Europejska od lat krytykuje jako sprzeczną z zasadą proporcjonalności.
Co więcej – termin 7 dni na zaraportowanie jest całkowicie nierealny: weryfikacja portfela wierzytelności trwa w praktyce od kilku tygodni do kilku miesięcy. Do BIK-u trafiałyby więc dane niezweryfikowane, a błędny wpis – np. z powodu pomyłki w numerze PESEL – może skutkować odmową kredytu dla osoby, która nie ma nic wspólnego z danym długiem. Trudno też pominąć orzecznictwo TSUE, zgodnie z którym państwo nie może ustanawiać rozwiązań regulacyjnych, które wzmacniają lub rozszerzają pozycję dominującą określonego przedsiębiorstwa.
– Działamy na wielu rynkach europejskich i nigdzie nie spotkaliśmy się z pomysłem, aby wierzyciele wtórni byli objęci krajowymi obowiązkami raportowania do baz kredytowych. W żadnym innym państwie UE nabywcy wierzytelności takich kosztów nie ponoszą. To rozwiązanie jest zbyteczne i dyskryminuje polskie firmy wobec konkurencji zagranicznej – zauważa Tomasz Ignaczak, dyrektor generalny KRUK S.A.
Efekt domina: mniej konkurencji, droższy kredyt
– Przeniesienie obowiązku raportowania wierzycieli wtórnych do BIK uruchamia efekt domina: koncentrację danych w jednej bazie, stopniowe odchodzenie banków od korzystania z BIG-ów i osłabienie narzędzi, z których od lat korzystają przedsiębiorcy, zwłaszcza z sektora MŚP – mówi Piotr Rogowiecki, dyrektor Departamentu Analiz i Legislacji Pracodawców RP.
Efekt obu mechanizmów jest ten sam: dane, które przez lata trafiały do konkurencyjnych BIG-ów i były dostępne dla całej gospodarki – bankom, instytucjom pożyczkowym, małym i średnim przedsiębiorcom oceniającym ryzyko kontrahenta – zostaną skoncentrowane w jednej branżowej bazie, czyli BIK-u. BIG-i staną się źródłem niepełnym, a wraz z tym spadnie ich użyteczność i pozycja rynkowa. Monopol BIK-u umocni się nie dlatego, że wygrał rynkową rywalizację, lecz dlatego, że ustawa wyeliminowała konkurencję.
– Jeżeli nowe przepisy skierują kluczowe dane o zadłużeniu przede wszystkim do BIK, a rola BIG-ów zostanie ograniczona, motywacja do terminowej spłaty zobowiązań spadnie, a małym firmom będzie znacznie trudniej ocenić ryzyko współpracy z nowym klientem – dodaje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.