Czy czeka nas tarcza paliwowa?
Czasowa obniżka VAT-u czy akcyzy to krok we właściwym kierunku, jednakże budżet państwa trzeba będzie ostatecznie czymś uzupełnić. Jeśli związane ze sprzedażą paliw wpływy podatkowe będą niższe, władza i tak będzie musiała sięgnąć do kieszeni obywateli.
Eskalujący coraz szybciej kryzys paliwowy zastał polskie państwo w bardzo niekorzystnym momencie równie niepokojącego kryzysu finansów publicznych.
Gdy w czerwcu ubiegłego roku Izrael zaatakował Iran, na horyzoncie po raz pierwszy zamajaczyło widmo zamknięcia Cieśniny Hormuz. Irański parlament przegłosował już nawet odpowiednią uchwałę, pozostawiając wszystko w gestii Najwyższego Przywódcy państwa, lecz ostatecznie do żadnych istotnych zaburzeń nie doszło.
Bicie rekordów
Tym razem po amerykańsko-izraelskiej agresji wszystko przebiegło w dużo mniej kontrolowany sposób. Władze Iranu nie musiały wydawać żadnych uchwał ani podejmować żadnych decyzji, ponieważ skala prowadzonych działań militarnych praktycznie wykluczyła możliwość jakiegokolwiek ruchu przez newralgiczną dla światowej gospodarki cieśninę.
W chwili gdy powstaje ten tekst, cena baryłki ropy brent podskoczyła już do ponad 100 dol., czyli poziomu niespotykanego od początku okresu pandemicznego. Nikt dzisiaj nie wie, jak i kiedy skończy się wojna, ale do jakkolwiek pojętej stabilizacji jest jeszcze bardzo daleka droga. Choćby dlatego, że w dotychczasowych atakach ucierpiała pewna część infrastruktury służącej do produkcji i transportu surowca.
Nie brak w związku z tym prognoz, że ceny ropy naftowej mogą nie tylko pobić dotychczasowe rekordy z czasów ostatniego kryzysu finansowego (2008 r.), lecz nawet wznieść się do szokującego z dzisiejszego punktu widzenia poziomu przekraczającego 150 dol. za baryłkę. Tego rodzaju dywagacje nie są niestety pozbawione podstaw, ponieważ z Zatoki Perskiej eksportuje się nawet 20 proc. całej światowej produkcji czarnego złota. Tak sporej wyrwy nie da się szybko uzupełnić zwiększoną produkcją w żadnym innym regionie świata. Amerykanie zapewnili sobie wcześniej dostęp do wenezuelskich złoży, ale i one będą w stanie co najwyżej nieco uśmierzyć ból w postaci drożyzny na całym świecie.
6 zł to nowa norma. Ile jeszcze wytrzymają kierowcy?
Narady ministrów
Skutki amerykańsko-izraelskiej agresji znalazły błyskawiczne przełożenie także na sytuację w Polsce. Rosnące w dramatycznym tempie ceny paliw skłoniły przedstawicieli rządu do złożenia pierwszych deklaracji dotyczących wprowadzenia tzw. tarczy paliwowej. Najwięcej w tym obszarze wypowiadał się minister energii Miłosz Motyka, który poinformował opinię publiczną o tym, że wspólnie z ministrem finansów Andrzejem Domańskim rozważają podjęcie wszelkich możliwych działań. Dopytywany o szczegóły potwierdził, że niewykluczone jest m.in. czasowe obniżenie VAT-u czy akcyzy na paliwo. W tej samej sprawie wypowiadał się także Andrzej Domański, który zapowiedział podjęcie działań mających na celu „złagodzenie skutków wzrostu cen”.
Wszystko wskazuje więc na to, że już na dniach podjęte zostaną działania, które będą miały na celu zniwelowanie szoku cenowego, z jakim mają do czynienia polscy konsumenci. Wprawdzie jeszcze w pierwszych dniach marca premier Donald Tusk podkreślał nieustannie, że „sytuacja jest absolutnie stabilna” i „nie ma najmniejszego powodu do niepokoju, jeśli chodzi o dostawy i zapasy paliw”, lecz obecnie gołym okiem widać już, że cała sytuacja ma niewiele wspólnego z jakkolwiek pojętą stabilnością. Jest już niemal przesądzone, że Polska dozna mniejszego lub większego szoku związanego ze wzrostem cen, a rządzący znajdą się w dość kłopotliwej sytuacji.
Chęć przyniesienia ulgi zwykłym Polakom jest jak najbardziej godna pochwały; szczególnie gdy wiadomo, że cena paliw zawiera wiele zbędnych i wygórowanych opłat oraz marże monopolistycznego Orlenu. Czasowa obniżka VAT-u czy akcyzy to krok we właściwym kierunku, jednakże budżet państwa trzeba będzie ostatecznie czymś uzupełnić. Jeśli związane ze sprzedażą paliw wpływy podatkowe będą niższe, władza i tak będzie musiała sięgnąć do kieszeni obywateli.
🔴 MANUFAKTURA, NIE MASÓWKA. DLACZEGO WOLA PRZYCIĄGA INWESTORÓW?
W samym środku fiskalnego kryzysu
Wszystko to dzieje się niestety w bardzo trudnym dla Polski okresie rekordowych deficytów budżetowych. Gwoli przypomnienia, w ustawie budżetowej na 2026 r. zapisano deficyt o wartości ponad 270 mld zł, a przez kolejne lata nadal będzie wynosił średnio 5-6 proc. PKB. Oznacza to, że polskie państwo pozostawiło sobie bardzo niewielki margines na ewentualne zwiększenie wydatków związane z różnego rodzaju zdarzeniami losowymi. Pomimo ostrzeżeń płynących z wielu środowisk, zarówno rząd Mateusza Morawieckiego, jak i gabinet Donalda Tuska rozdęły budżet do granic możliwości, czyniąc polskie państwo bardzo podatnym na wszelkie ewentualne wstrząsy.
Prowadząc tak nieroztropną politykę fiskalną oba wspomniane rządy zdawały się zakładać, że poza ewentualną agresją ze strony Rosji Polsce nie mogła się przydarzyć żadna nowa, niespodziewana sytuacja. Nędza tego typu kalkulacji wychodzi na jaw obecnie, gdy rząd stanął w obliczu paliwowego szoku cenowego, którego skutki mogą okazać się bardziej złowrogie niż mogłoby się na pozór wydawać. Wzrost cen ropy i gazu może bowiem zachwiać całą światową gospodarką: kursami walut, stopami procentowymi, konsumpcją oraz ograniczyć wzrost gospodarczy.
Rysowanie przesadnie czarnych scenariuszy w drugim tygodniu nowej wojny może się wprawdzie wydawać nieuzasadnione. Roztropne podejście do finansów publicznych nakazuje jednak branie pod uwagę nawet najbardziej niekorzystnego rozwoju sytuacji. Istnieją wszak powody, aby zakładać, że izraelsko-amerykańska agresja zapoczątkowała coś więcej niż tylko kolejny incydent. Już od wielu lat działania wojenne nie dotknęły przecież jednocześnie tak dużej liczby państw na Bliskim Wschodzie.
Tarcza za tarczą
Rząd teoretycznie ma jeszcze środki niezbędne do tego, aby sfinansować konsumentom mniej bolesny wzrost cen paliw. Czy jednak polskie państwo ma wystarczające rezerwy do tego, aby zmierzyć się z trudnościami wynikającymi z ze spowolnienia w światowej gospodarce i związanymi z tym faktem trudnościami na rynkach finansowych? Wbrew wszelkim pozorom odpowiedź na to pytanie nie jest tak bardzo optymistyczna, jak mogłoby się wydawać.
Zasadne staje się także pytanie o to, kiedy polskie państwo zamierza wreszcie wydostać się z coraz bardziej niebezpiecznej spirali tarcz finansowych, które – począwszy od 2020 r. – weszły do regularnego repertuaru kolejnych rządów. Najpierw w latach 2020-2021 r. uruchamiano kolejne tarcze antykryzysowe związane z tzw. polityką pandemiczną. W latach 2021-2022 r. wprowadzono nadzwyczajne tarcze antyinflacyjne, aż wreszcie od 2024 r. przyszedł czas na tarcze energetyczne mające na celu zniwelować negatywne skutki polityki klimatycznej dla przedsiębiorców. Tarcza paliwowa inaugurowałaby tym samym pomoc w kolejnym obszarze.
Opinia publiczna w Polsce ma niestety nikłą świadomość tego, że jedną z głównych przyczyn obecnego kryzysu finansów publicznych były dotychczasowe tarcze. Równie mało rozpowszechniona jest wiedza o tym, że tarcze powinny być z definicji rozwiązaniami doraźnymi, a nie stosowanymi regularnie. Niestety jednak stoimy właśnie w obliczu sytuacji, w której rządzący uczynili ze środka nadzwyczajnego regularny instrument polityki finansowej. Wysokie ceny paliw mogą przynieść wiele szkód, ale dużo większe zniszczenia może wywołać nieodpowiedzialna polityka fiskalna.