Przez dekady prąd płynął ze Śląska. Teraz ma płynąć na Śląsk
Przez dekady logika polskiej energetyki była dość czytelna. Elektrownie budowano tam, gdzie był węgiel albo gdzie można było go łatwo dowieźć, a sieć rozwijała się wokół dużych bloków na południu i w centrum kraju. Dziś ta mapa zaczyna się odwracać.

Wiatr najlepiej wieje na Bałtyku, pierwsza elektrownia jądrowa powstanie na Pomorzu, a duża część nowych źródeł będzie przyłączana właśnie na północy. Przemysł nie przeprowadzi się jednak razem z nimi nad morze. Huty, kopalnie, zakłady chemiczne i duża część energochłonnej gospodarki zostaną tam, gdzie są. Zmienia się więc nie tylko to, z czego Polska będzie produkowała energię. Zmienia się również miejsce jej produkcji, a razem z nim kierunek, w którym trzeba będzie ją przesyłać.
Polskie Sieci Elektroenergetyczne mówią o tym wprost. Według operatora „na północ Polski przenosi się większość polskiej energetyki”, a dwie trzecie programu inwestycyjnego PSE na następną dekadę ma przygotować system właśnie na zmianę geografii wytwarzania. Do 2036 r. operator planuje 5 tys. km torów nowych linii 400 kV, 30 nowych stacji elektroenergetycznych i modernizację lub rozbudowę 110 istniejących. Koszt: około 66 mld zł. Do tego dochodzi planowane połączenie HVDC między północą a południem kraju. To jedna z tych liczb, które słabo wyglądają na zdjęciu. Turbinę na Bałtyku można pokazać. Reaktor można zwizualizować. Linia przesyłowa przecinająca pola nie robi podobnego wrażenia. Tyle, że bez niej elektrownia może stać, produkować i nadal nie być w stanie wysłać całej energii tam, gdzie ktoś jej potrzebuje.
Skala przesunięcia będzie duża. Pierwsza polska elektrownia jądrowa w Lubiatowie-Kopalinie ma składać się z trzech reaktorów AP1000 o łącznej mocy 3750 MW, a pierwszy blok ma rozpocząć komercyjną pracę w 2036 r. Równolegle rozwija się offshore. Aktualne plany mówią o 5.9 GW mocy na Bałtyku do 2030 r. i 18 GW do 2040 r. To oznacza, że na północy mają powstać źródła o skali porównywalnej z całymi grupami dzisiejszych elektrowni konwencjonalnych. Stary model był prostszy: paliwo i część dużych odbiorców znajdowały się relatywnie blisko siebie. Teraz tej logiki nie da się powtórzyć. Offshore nie można przenieść pod Katowice, a reaktora z Pomorza przesunąć bliżej huty tylko dlatego, że tam akurat znajduje się popyt. Prąd będzie musiał pokonać setki kilometrów.
I tu zaczyna się mniej efektowna część transformacji. Sieć musi powstać wcześniej, często zanim nowa elektrownia w ogóle zacznie pracować. Jeśli zabraknie przepustowości, tani megawat z wiatru czy atomu niewiele pomoże odbiorcy po drugiej stronie kraju. System zapłaci za to inaczej: redysponowaniem źródeł, utrzymywaniem droższej generacji lokalnej, opóźnianiem nowych przyłączeń albo koniecznością przyspieszania inwestycji sieciowych. W praktyce budowa kolejnych gigawatów mocy tworzy następny rachunek, którego nie widać w cenie samej turbiny czy reaktora. To będzie kolejny rachunek transformacji. To trochę jak z autostradą prowadzącą do fabryki. Sama fabryka może być nowoczesna i wydajna, ale jeżeli droga kończy się kilka kilometrów wcześniej, część jej przewagi zostaje na papierze.
Wartość elektrowni zależy więc także od tego, czy system potrafi odebrać jej produkcję. Coraz częściej problemem nie będzie brak megawatów, ale brak miejsca, przez które można je przesłać. Już dziś operator okresowo ogranicza generację OZE przy nadwyżce podaży, a ograniczone możliwości przyłączeniowe blokują część nowych projektów. Im więcej źródeł powstanie daleko od największych odbiorców, tym cenniejsza stanie się przepustowość. Kabel zaczyna zachowywać się jak aktywo produkcyjne, choć sam nie produkuje ani jednej megawatogodziny. Bez niego część innych aktywów po prostu nie wykorzysta swojego potencjału.
To ciekawie zmienia również wartość starych regionów energetycznych. Śląsk nie musi po prostu stracić elektrowni i zejść z energetycznej mapy kraju. Może zmienić funkcję. Istniejące przyłączenia, stacje, infrastruktura, przemysł i wysokie zapotrzebowanie na energię mają własną wartość. W świecie, w którym uzyskanie kilkuset megawatów nowego przyłączenia staje się coraz trudniejsze, teren po starej elektrowni może być atrakcyjny nawet wtedy, gdy blok węglowy zostanie wygaszony. Takie miejsca mogą przyciągać magazyny energii, nowe jednostki gazowe, centra danych albo kolejnych odbiorców przemysłowych. Być może najcenniejszym elementem starej elektrowni okaże się nie turbina, kocioł czy budynek maszynowni, ale kabel, który od kilkudziesięciu lat łączy ją z krajowym systemem.
Ta sama logika zaczyna wpływać na decyzje przemysłu. Zakład zużywający setki megawatów nie wybiera lokalizacji tylko według ceny działki, podatków lokalnych czy dostępu do pracowników. Dostęp do mocy i możliwość przyłączenia stają się równie ważne. Dwie podobne lokalizacje mogą mieć zupełnie inną wartość, jeśli jedna posiada istniejącą infrastrukturę energetyczną, a druga musi latami czekać na rozbudowę sieci. Transformacja może więc szybciej zmienić mapę wartości gruntów i aktywów niż mapę samego przemysłu. Stare lokalizacje energetyczne, które jeszcze niedawno kojarzyły się głównie z kosztownym wygaszaniem węgla, mogą dostać drugie życie.
KSeF nie zapomina. Każdy błąd zostaje w systemie!
Zmienia się też odpowiedź na pytanie, kto właściwie zarabia na transformacji. Kiedy mówi się o miliardach wydawanych na offshore albo atom, uwaga naturalnie skupia się na producentach energii. Tymczasem ogromna część pieniędzy popłynie obok nich: do producentów transformatorów, przewodów, konstrukcji stalowych, aparatury, systemów automatyki, magazynów i firm wykonawczych. Sam PSE planuje 66 mld zł inwestycji do 2036 r. Za każdą nową turbiną i każdym reaktorem musi więc powstać infrastruktura, która odbierze ich energię. Z perspektywy inwestora część największych beneficjentów transformacji może wcale nie znajdować się po stronie wytwarzania. Mogą nimi być firmy, których produktów przeciętny odbiorca energii nawet nie widzi.
Oczywiście za kilkanaście lat cały polski prąd nie będzie dosłownie płynął z Pomorza na Śląsk. System elektroenergetyczny jest dużo bardziej złożony, a produkcja pozostanie rozproszona między regionami i technologiami. Sam kierunek zmiany trudno jednak przeoczyć. Przez dekady polska energetyka była projektowana wokół miejsc, w których znajdowało się paliwo. Teraz coraz częściej trzeba ją projektować wokół miejsc, w których wieje wiatr, można postawić atom i gdzie powstaną nowe źródła. Odbiorcy zostaną setki kilometrów dalej. Sieć przestaje więc być technicznym dodatkiem do transformacji. Staje się jednym z warunków, bez których cała układanka po prostu się nie zepnie.
Możemy wybudować offshore, atom, magazyny i kolejne źródła odnawialne, a później odkryć, że najcenniejszym elementem systemu jest coś znacznie mniej efektownego. Nie następna turbina. Nie kolejny reaktor. Tylko możliwość przesłania prądu z miejsca, w którym potrafimy go wyprodukować, do miejsca, w którym ktoś rzeczywiście chce go zużyć.