|

Marsze wielkanocne nowej ery

W czasach zimnej wojny protestowano przeciwko rakietom nuklearnym, dziś coraz częściej przeciwko centrom danych. Tyle że stawką nowej rywalizacji USA i Chin nie jest już tylko arsenał atomowy – jest nią technologia, która może przesądzić o przewadze gospodarczej, militarnej i cywilizacyjnej.

W piątek (25 września) prezydent Donald Trump wydawał się być „oczarowany” rozmową z chińskim satrapą Xi w ogóle, a samym Xi w szczególności. Przywódca Ameryki powiedział, że między nim a Xi zakwitła „naprawdę wielka przyjaźń”. Takie słowa mogłyby doprowadzić nas do rozległego zawału serca, gdybyśmy w porę nie przypomnieli sobie, że pan Trump mówi tak po spotkaniu z każdym przywódcą. Gdyby przyszło mu rozmawiać z przywódcą Imperium Sithów, pewnie też, po jej zakończeniu, powiedziałby coś w stylu: „równy gość, bardzo go lubię” i „będziemy współpracować”. Bo prezydent USA ma taki sposób bycia i uprawiania dyplomacji, bo prezydent Wielkiej Ameryki może sobie na takie „spoufalanie” pozwolić: poklepać po plecach, przybijać piątkę i robić wrażenie, że naprawdę darzy głębokim uczuciem i danego polityka, i dane państwo, które ów dany polityk reprezentuje. I jeszcze niektórzy (z danych polityków) pocałują go za to wyróżnienie w rękę.

Szef Białego Domu wśród szczerych, jak to mówią, słów zachwytu nad mającym miejsce dialogiem i chińskim interlokutorem wyjawił dziennikarzom m.in. to, że rozpoczął się okres współpracy z Chinami w dziedzinie sztucznej inteligencji, która od teraz będzie nazywać się superinteligencją. I że to jest jego pomysł, żeby zamienić nazwę AI na SI (to nawet dobrze, bo my też o AI mówimy SI, od zawsze), i że ten jego lingwistyczny koncept bardzo panu Xi przypadł do gustu. Z kolei sekretarz skarbu USA Scott Bessent oświadczył kilka dni wcześniej: „Uważamy, że przejście od braku przejrzystości do większej otwartości w relacjach między dwiema światowymi potęgami w dziedzinie AI jest niezwykle istotne”.

Kiedy już wydawało się nam, że oto dwie nie lada jakie potęgi ruszą wespół w zespół do wprowadzania porządku światowego w sferze sztucznej, o przepraszam, superinteligencji, w sobotę (26 września) pan Trump, swoim zwyczajem, „skorygował” wcześniejsze słowa sugerujące daleko idącą współpracę w ogóle, a w dziedzinie SI w szczególności, mówiąc dziennikarzom, że pomimo „długiej rozmowy” przeprowadzonej w tym tygodniu z prezydentem Xi na temat superinteligencji, Stany Zjednoczone nie powinny łączyć swych wysiłków z chińskimi w zakresie tej technologii. „Chcą zatrzymać nasz postęp, ponieważ zdecydowanie wyprzedzamy Chiny i zamierzamy to utrzymać”. Po czym dodał: „Kiedy wygrywasz, nie pokazujesz kart”. I w tym jest clou polityki Białego Domu względem Państwa Środka. I oby ten kurs został utrzymany, dlatego opowiadam się za sukcesami trumpistów i daję temu wyraz, będąc przekonanym, że obecnie tylko ten nurt polityczny w USA potrafi skutecznie opierać się komunizmowi w obrządku, tym razem nie moskiewskim, a pekińskim.

A propos obrządku moskiewskiego. Zapewne starsi Czytelnicy doskonale pamiętają marsze wielkanocne przeciwko wojnie i zbrojeniom jądrowym, jakie miały miejsce na Zachodzie w okresie wielkanocnym. Początek tego zjawiska sięga bodaj początku lat 60. XX w., czyli czasów zimnej wojny. Obywatele wolnego świata protestowali przeciwko zbrojeniom atomowym swoich krajów. Rozgniewane tłumy przedzierały się na tereny, na których były rakiety zdolne przenosić głowice jądrowe, dochodziło do starć z policją, a co za tym idzie – przemocy z obu stron. Wszystko to pod okiem kamer. Niedługo później my, żyjący w obozie państw demokracji, nie byle jakiej, bo ludowej, mogliśmy obserwować te „zamieszki”, pouczani przez spikera, że oto po raz kolejny obywatele państw kapitalistycznych starli się z policją w walce o pokój i, w domyśle, socjalizm. Bo każdy odbiorca tego przekazu wiedział skądinąd, czyli ze szkoły, prasy, radia i telewizji, że tylko socjalizm, ze Związkiem Radzieckim na czele, jest gwarantem trwałego pokoju na świecie. A najlepszym dowodem na to był niezaprzeczalny fakt, że tak w Kraju Rad, jak w państwach demokracji ludowej, protestów przeciwko zbrojeniom własnych rządów nie było. Dziś wiemy, że marsze wielkanocne były zarówno inspirowane przez Moskwę, jak też przez nią finansowane. Ale już nie są, stąd zapewne dlatego stały się dziś cieniem świetności sprzed lat.

Ta sprytna metoda inspirowania i finansowania ruchów wielce humanitarnych, po wierzchu, w celu realizowania za ich pomocą własnych, wielce smrodliwych, celów nie odeszła wraz z upadkiem ZSRR. Nadal ma się dobrze, a nawet uległa istotnemu udoskonaleniu.


From Dubai to Warsaw: Why This International Student Chose Poland


Historia ta przypomniała się mi, gdym zapoznawał się z ostatnimi doniesieniami na temat obaw twórców AI (oczywiście SI, ale przyzwyczajenie jest drugą naturą), że może ona wyrwać się nam z rąk; co tam może, już się wyrwała i tylko czekać, jak osaczy nas ze wszystkich stron, stąd konieczny jest na nią bicz w postaci regulacji i kaganiec cenzury. Druga wieść, uruchamiająca skojarzenie z dawnymi czasy, to taka, że przez Amerykę przetaczają się protesty przeciwko budowie centrów danych jako szkodliwych tak dla zdrowia mieszkańców, w sąsiedztwie których budowane będą centra, jak i dla dobrostanu planety.

Tymczasem CHRL, która po upadku Związku Radzieckiego wyrosła na czołowy kraj „miłujący pokój”, nie ma takich problemów, jak mają Amerykanie. W Chinach nikt przecież nie protestuje przeciwko lokalizacji centrów danych.

Dokładnie rok temu były dyrektor NSA i emerytowany generał Tim Haugh mówił w wywiadzie dla jednej z sieci informacyjnych, że chińscy ​​hakerzy włamują się do krytycznej infrastruktury Ameryki. Chiny miały dostęp do niektórych sieci komputerowych od co najmniej pięciu lat. Haugh stwierdzał też, że obecnie ma miejsce walka o to, aby uniemożliwić Chinom dostęp do danych amerykańskich elektrowni, zakładów uzdatniania wody, telekomunikacji i systemów obsługujących szpitale. Na pytanie dziennikarza – czy w takim razie Chiny przygotowują się do wojny? – generał odpowiedział: „Nie było innego powodu, by atakować te systemy. Nie dawało to żadnych korzyści ekonomicznych. Jedyną wartością byłoby wykorzystanie pozyskanych danych w kryzysie lub konflikcie”.

Tymczasem obszerny, ponad trzydziestostronicowy raport trójki ekspertów Rady Stosunków Zagranicznych (CFR), opublikowany we wrześniu br., alarmuje, że Ameryka w dużym stopniu jest bezbronna wobec ataków hakerów wrogich państw, zwłaszcza Chin. Jej sieci są obecnie narażone na ataki z powodu słabo zabezpieczonego sprzętu i oprogramowania, chronicznego niedoinwestowania w modernizację infrastruktury oraz niestabilnej polityki rządu. Amerykańskie wysiłki mające na celu odstraszanie chińskich cyberataków okazują się nieskuteczne. „Ofensywne cyberoperacje rządu USA zakłóciły poszczególne chińskie kampanie, ale nie osłabiły znacząco potencjału Pekinu. W rezultacie pogłębia się asymetria: Chiny mogą zagrozić amerykańskim systemom kierowania podczas wojny, jak również systemom, od których zależy codzienne sprawne zarządzanie państwem i funkcjonowanie społeczeństwa, podczas gdy Waszyngtonowi brakuje środków obronnych przed cyberatakami oraz brakuje mu wiarygodnego środka odstraszającego”.

Raport podkreśla, że AI potrafi teraz wyszukiwać i wykorzystywać luki w zabezpieczeniach oprogramowania szybciej, niż obrońcy systemów są w stanie je naprawić. Narzędzia, jakie są w dyspozycji Pekinu, umożliwiają również dalsze wzmacnianie oprogramowania hakerskiego. „Stany Zjednoczone obecnie przodują w konkurencji z Chinami pod względem możliwości AI, ale tylko o kilka miesięcy”.

I teraz, pamiętając o protestach przeciw lokalizacji centrów danych, widzimy, jak uwspółcześniły się marsze wielkanocne.

Edward Ring, pracownik naukowy w Center for American Greatness (CfAG), dyrektor ds. polityki wodnej i energetycznej w California Policy Center, stwierdził, że Ameryka toczy obecnie kolejną zimną wojnę, w której sztuczna inteligencja zastępuje międzykontynentalne pociski balistyczne jako narzędzie wzajemnego odstraszania.

Ring bardzo słusznie zwrócił uwagę na to, że ludzie mają tendencję do zapominania, jak szybko świat może przejść od względnego pokoju do wojny totalnej. „Działania amerykańskie dotyczące Wenezueli, Grenlandii, Kuby, Kanału Panamskiego, Diego Garcii, Cieśniny Malakka, większości Ameryki Południowej i oczywiście Iranu, to kroki mające na celu uniknięcie trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się Ameryka w 1941 r”..

Pracownik CfAG nie ma wątpliwości, że „Ameryka musi rozwijać sztuczną inteligencję tak szybko, jak to możliwe, i musi zdominować tę technologię”. Ring zwraca też uwagę na to, że niektórzy prezesi największych firm rozwijających sztuczną inteligencję apelują o spowolnienie i wzmocnienie nadzoru rządowego. Z pozoru jest to całkiem rozsądne. Jednak podważy to jedną z największych przewag konkurencyjnych USA nad Chinami, czyli amerykańską kulturę konkurencyjnych startupów.

„Wyobraźmy sobie, że sztuczna inteligencja zostanie poddana ścisłym regulacjom, a od 2029 r. Biały Dom obejmie kolejna administracja w stylu Obamy/Bidena. Wyobraźmy sobie, że każda iteracja nowych możliwości sztucznej inteligencji będzie musiała zostać zatwierdzona przez biurokratów wybranych ze względu na ich ideologiczną wiarygodność i tożsamość jako członków niedoreprezentowanych grup. Nawet gdyby byli to kompetentni biurokraci, naturalna prędkość rozwoju sztucznej inteligencji zostałaby zrujnowana”. A to spowodowałoby przegraną w wyścigu z Chinami; „a jeśli tak się stanie, cała ostrożność świata nie uchroni nas przed tym, co nastąpi”, konkluduje Edward Ring. Ponownie mamy wybór między wolnością a bezpieczeństwem. Trumpiści stawiają na wolność, bo wiedzą, że bez niej nie będzie czego zabezpieczać. A i nie będzie warto, gdyby jednak coś tam do zabezpieczania zostało.

Podobne wpisy