Państwo traci dochody
Moody’s po 24 latach obniżył rating Polski. Prof. Witold Modzelewski uważa, że za pogarszający się stan finansów publicznych nie można winić wyłącznie koniunktury ani prezydenckich wet. Wskazuje na błędy rządu w zarządzaniu podatkami, krytykuje KSeF i ostrzega, że najtrudniejsze decyzje politycy odłożą do czasu po wyborach.
Moody’s obniżył rating Polski z A2 do A3. Czy to dowód, że polska gospodarka znalazła się w kryzysie?
Nie do końca zgodzę się z taką diagnozą. Bardzo zła jest sytuacja finansów publicznych, znacznie gorsza niż sytuacja gospodarcza kraju. Można mieć całkiem niezłą koniunkturę i jednocześnie kryzys fiskalny państwa. Dochody budżetu zależą nie tylko od kondycji gospodarki, lecz także od jakości systemu podatkowego. A w tej dziedzinie od 2023 r. następuje ciągłe pogorszenie.
Rząd nie radzi sobie z dochodami budżetowymi. Zamiast zajmować się skutecznością systemu, wprowadza kolejne obowiązki informatyczne i sprawozdawcze. Opowiadano, że zwiększą one wpływy. Tymczasem mamy coraz poważniejsze problemy fiskalne. To każe zapytać, czy cała koncepcja zarządzania podatkami nie jest po prostu szkodliwa, a przynajmniej nieefektywna.
Rząd odpowiada, że pole do działania ograniczają mu prezydenckie weta. Na ile tłumaczą one stan finansów publicznych?
Spór polityczny oczywiście ma znaczenie. Nie zwalnia jednak rządu z odpowiedzialności za dochody budżetowe. Słyszymy o wetach, ale podstawowy problem pozostaje ten sam: trzeba umieć naprawiać system podatkowy bez podwyższania stawek.
Klasa polityczna powinna wykazać więcej pragmatyzmu. Jeżeli wiadomo, że do wejścia ustawy w życie potrzebny jest podpis prezydenta, należy szukać porozumienia przed końcem procesu legislacyjnego. Jałowe spory zabierają czas, którego przy obecnym stanie finansów publicznych nie mamy. Zarządzanie podatkami wymaga profesjonalizmu, choćby minimalnego. Zajmowanie się rzeczami zbędnymi albo szkodliwymi go nie zastąpi.
Szczególnie ostro ocenia pan KSeF i raportowanie podatkowe. Co rząd, pana zdaniem, źle rozumie?
Myli gromadzenie danych ze skutecznością podatków. Zamiast pielęgnować system i poprawiać jego efektywność fiskalną, wprowadza KSeF, który w mojej ocenie dezorganizuje fakturowanie, oraz kolejne obowiązki raportowe. Podobnie krytycznie oceniam JPK w VAT i pomysł rozszerzania tej logiki na podatki dochodowe.
System fiskalny wymaga ciągłego ulepszania przez ludzi, którzy rozumieją przepisy i ich skutki. Instrument informatyczny sam w sobie tego nie zrobi. Może za to wyciągnąć pieniądze z kieszeni podatników. Jeżeli czegoś nie poprawia się profesjonalnie, to się psuje. Właśnie to obserwujemy.
Co należałoby zrobić, zanim rząd zacznie szukać pieniędzy w wyższych podatkach lub cięciach wydatków?
Po pierwsze, usunąć z przepisów rozwiązania, które pozwalają unikać opodatkowania. Do tego nie trzeba podnosić stawek. Po drugie, trzeba być bardziej asertywnym wobec rozwiązań wdrażanych pod wpływem regulacji unijnych, jeśli są wadliwe z punktu widzenia polskiego systemu podatkowego. Po trzecie, ograniczyć wpływ lobbingu na tworzenie prawa. Proces legislacyjny jest nim zdominowany; trzeba mieć odwagę sprzeciwić się lobbystom.
To nie przyniesie skutku z dnia na dzień. Może jednak zatrzymać destrukcję systemu. Dziś rząd zdaje się wybierać łatwiejszą politycznie drogę: mnoży obowiązki i dalej się zadłuża.
Czy rosnący dług może skłonić polityków do podniesienia podatków, ograniczenia 800 plus albo wstrzymania dużych inwestycji?
W 2026 r. i w wyborczym 2027 r. nie spodziewam się istotnego podwyższenia stawek podatkowych. Nie ma też siły politycznej, która przed wyborami wystąpiłaby z programem likwidacji świadczeń takich jak 800 plus. Stały się one częścią naszego ustroju politycznego i mają znaczenie dla pokoju społecznego. Taki postulat byłby dla partii politycznym samobójstwem.
Być może z jakiejś inwestycji się zrezygnuje, lecz to nie rozwiąże zasadniczego problemu. Nie o te pieniądze chodzi. Jeśli państwo nie potrafi skutecznie pobierać należnych podatków, ograniczenie pojedynczego projektu nie naprawi finansów publicznych.
Dlaczego uważa pan, że prawdziwie trudny moment nadejdzie dopiero w 2028 r.?
W 2027 r. będziemy się dalej zadłużać i pogarszać swoją sytuację fiskalną. Nikt nie pójdzie do wyborów z programem drastycznych cięć wydatków albo drastycznych podwyżek podatków, bo ryzykowałby utratę miejsca w parlamencie. Dopiero po wyborach, gdy powstanie większość parlamentarna, politycy zaczną naprawdę rozważać decyzje, o których rozmawiamy dziś.
Do tego dochodzą zagrożenia zewnętrzne. Krytycznie oceniam uzależnienie dostaw ropy od regionu narażonego na działania wojenne. To pokazuje, że słabość państwa nie ogranicza się do podatków. Obejmuje także sposób myślenia o strategicznym bezpieczeństwie dostaw.
Całość na kanale youtube/fmc27news