Ameryka walczy, Unia obrywa
Pan Trump może sobie pozwolić na niejedno, bo jest demokratycznie wybranym prezydentem o bardzo szerokich kompetencjach w państwie, które jest mocarstwem. Superpoważnym mocarstwem. Nie można tego powiedzieć o żadnym z krajów europejskich ani wziętym z osobna, ani też spętanym i zgarniętym do kupy wraz z innymi, jako Unia Europejska.

Jak wiemy z opinii od dawna głoszonej przez jednego ze znanych polskich publicystów, państwa dzielą się na poważne i inne. Do poważnych możemy śmiało zaliczyć Rosję, Chiny, Izrael (wiem, wiem że może to wzbudzić u niektórych Czytelników zdumienie, ale ja jednak będę się upierał), i niewiele więcej. A co z Ameryką?
Ameryka jest superpoważnym państwem. Co to oznacza? Nie będę się bawił w teorie, posłużę się praktyką. A ta podpowiada, że państwo super poważne to takie, które potrafi wywołać wojnę z góry wygraną. I to wojnę światową, w trakcie której właśnie jesteśmy. Jest to wojna głównie gospodarcza, ale z elementami pirotechnicznymi, stąd dobrze, że dość daleko od naszych granic.
„Gdyby nie my, teraz wszyscy mówilibyście po niemiecku” – powiedział w styczniu 2026 r. prezydent Donald Trump do uczestników Światowego Forum Ekonomicznego w Alpach Szwajcarskich, mając na myśli decydujący wkład Ameryki do zwycięstwa nad Niemcami hitlerowskimi w 1945 r. Ale wtedy USA były „jedynie” poważnym państwem, dlatego dały łupnia „tylko”: Niemcom, Włochom i Japonii.
Donald Trump „mógł zapomnieć, że język niemiecki jest najpowszechniej używanym z czterech języków urzędowych w Szwajcarii”, wyzłośliwiała się tubylcza, czyli unijna prasa. I dodawała: „Wiele osób – od Brukseli po Berlin i Paryż – uzna jego przemówienie za obraźliwe, apodyktyczne i niedokładne. Przedstawił w nim tezę, że Europa zmierza w złym kierunku. To temat, który Trump często poruszał, ale ma on inny wydźwięk, gdy jest przedstawiany na europejskiej ziemi, w twarz rzekomym przyjaciołom i sojusznikom”. Tyle prasa nieprzychylna Białemu Domowi.
Pan Trump może sobie pozwolić na niejedno, bo jest demokratycznie wybranym prezydentem o bardzo szerokich kompetencjach w państwie, które jest mocarstwem. Superpoważnym mocarstwem. Nie można tego powiedzieć o żadnym z krajów europejskich ani wziętym z osobna, ani też spętanym i zgarniętym do kupy wraz z innymi, jako Unia Europejska. Tym bardziej, że twarde fakty pochodzące ze świata gospodarki przemawiają bardziej za nim niż za przywódcami naszego kontynentu; i z osobna, i razem wziętych.
30 września brytyjska gazeta „Independent” opisała nastroje na giełdach europejskich jako „mieszane”. A to z powodu „obaw o inflację, które ciążą na Europie”. Rynki europejskie odczuły „serię silnych odczytów inflacji”. Roczna stopa inflacji we Francji osiągnęła najwyższy poziom od lutego 2024 r., podczas gdy we Włoszech inflacja we wrześniu wyniosła 4,2 proc., prawie o cały punkt procentowy więcej niż w sierpniu. W Niemczech oczekuje się, że roczna stopa inflacji cen konsumpcyjnych wzrośnie we wrześniu do 3,3 proc. z 2,9 proc. w sierpniu i z 2,8 proc. w lipcu.
Mariana Monteiro, analityk JPMorgan, uważa, że inflacja HICP w strefie euro może wzrosnąć z 3,2 proc. w ujęciu rocznym w sierpniu do 3,9 proc. w ujęciu rocznym we wrześniu, czyli więcej niż jego pierwotna prognoza przewidująca wzrost inflacji do 3,6 proc. w ujęciu rocznym. HICP to Zharmonizowany Wskaźnik Cen Konsumpcyjnych, czyli ujednolicona miara służąca do badania wzrostu cen w krajach Unii Europejskiej.
W tym samym czasie w Nowym Jorku nastroje były lepsze. Indeks Dow Jones Industrial Average wzrósł o 0,1 proc. w momencie zamknięcia sesji w Londynie. Indeks S&P 500 wzrósł o 0,6 proc., a Nasdaq Composite o 1,0 proc. Dane ze Stanów Zjednoczonych pokazały, że gospodarka w drugim kwartale rozwijała się szybciej, niż oczekiwano, podczas gdy uważnie obserwowane dane o inflacji spadły bardziej, niż przewidywano. Biuro Statystyki Pracy poinformowało, że produkt krajowy brutto USA wzrósł w ujęciu rocznym o 2,2 proc. w ujęciu kwartalnym, co stanowi wzrost z początkowo ogłoszonych 1,5 proc. Tyle informacji z „Independent”.
Stany Zjednoczone i Unia Europejska to dwie największe gospodarki świata w ujęciu nominalnym. Statistics Times podaje, że w 2026 r. odpowiadały one łącznie za 43,88 proc. globalnego PKB w ujęciu nominalnym i 28,31 proc. w ujęciu parytetu siły nabywczej (PPP). Według prognoz MFW na ten rok, nominalny PKB Stanów Zjednoczonych ma wynieść 32 384 mld dol., przewyższając Unię Europejską o 9 349 mld dol. W przeliczeniu na parytet siły nabywczej różnica jest mniejsza – Stany Zjednoczone wyprzedzają Unię Europejską o 1 706 mld dol. Szacunki Banku Światowego i MFW pokazują, że rok 2011 był ostatnim rokiem, w którym PKB UE przewyższyło PKB Stanów Zjednoczonych. W 2026 r. nominalny PKB na mieszkańca Stanów Zjednoczonych był o około 85 proc. wyższy niż w Unii Europejskiej. Nawet po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej, PKB na mieszkańca USA pozostaje o około 39 proc. wyższy niż średnia w UE. W perspektywie prognozuje się, że Stany Zjednoczone będą rosły w tempie około 2 proc. rocznie w nadchodzących latach, podczas gdy Unia Europejska może utrzymać się poniżej tego poziomu.
Niższy PIT, wyższy CIT? Makowski o tym, kto zapłaci za reformę podatkową
Tempo wzrostu gospodarczego USA może być jeszcze wyższe, bowiem kraj ten realizując hasło Trumpa, drill, baby, drill, dryluje w ziemi – poszukując źródeł energii niezbędnej dla rozwoju nowych technologii – a nie w kieszeniach podatników, aby stamtąd wyciągać fundusze na dopłaty nie tylko do elektryków, ale do całej „zielonej” infrastruktury.
Prezydent Trump już w 2018 r. ostrzegł Europę, że zaniedbywanie krajowych zasobów paliw kopalnych stanowi zagrożenie dla jej gospodarek, a kieszenie obywateli nie są bez dna, aby stamtąd wyciągać fundusze na pokrycie kosztów zielonej ideologii. Jednak przywódcy unijni i uległa prasa się z niego wyśmiali. Europa zignorowała ostrzeżenia i teraz płaci cenę za ryzykowny zwrot ku odnawialnym źródłom energii – zwrot, który nie zapewnił bezpieczeństwa energetycznego ani
przystępności cenowej.
Wojna na Ukrainie, wojna w Cieśninie Ormuz pokazały po jakże cienkim lodzie stąpają ci, którzy chcieliby „zazielenić” źródła energii „aż do stopnia niesłychanego”, jak głosił szlagier z „Kabaretu starszych panów”, w innym rzecz jasna kontekście, bo to były jeszcze czasy węgla i stali, i nikomu nie przychodziły do głowy takie gospodarcze makagigi, choć
inne – i owszem.
Jak wiemy, w Stanach zbliża się termin wyborów „połówkowych”. A to oznacza, że amerykańskim obywatelom rządząca administracja waszyngtońska narazić się nie może. W tym kontekście warto dodać, że analitycy Bank of America w niedawnej nocie do klientów określili ceny oleju napędowego jako „kluczowy punkt nacisku na gospodarkę realną”, czyli, mówiąc w skrócie, na taką gospodarkę, z której efektami (albo ich brakiem) spotykamy się na co dzień. Stąd Trump i jego administracja dbają o to, aby cena oleju napędowego była w Stanach jak najniższa.
Donald Trump zdaje się nic nie robić sobie z ewentualnych oskarżeń PiS-u, że jest „ruską onucą”, ogłaszając 9 października: „Właśnie zakończyłem niezwykle udaną rozmowę z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, podczas której uzgodniono, że Rosja natychmiast dostarczy ponad 300 tys. ton oleju napędowego na rynek amerykański i światowy, kolejne 500 tys. ton w listopadzie, a zaraz potem – 1 mln ton. Ponadto, w zależności od stanu technicznego rosyjskich rafinerii, Rosja dostarczy w krótkim czasie kolejne 3 mln ton tego paliwa”.
Poza tym Donald Trump podkreślił, że dzięki kontroli Cieśniny Ormuz i porozumieniu z Rosją w sprawie dostaw energii, „ceny oleju napędowego dla Amerykanów – a właściwie dla całego świata – będą gwałtownie i znacząco spadać!”
W ten sposób prezydent Trump pozyskał przed wyborami połówkowymi przychylność wielu obywateli. Bo amerykański wyborca głosuje kieszenią (własną), a nie głową wypełnioną watą słowną przez miodoustych demagogów, od jakich roi się z lewa i z prawa.
A jednocześnie zrealizował jakąś część umowy z Anchorage z lata 2025 r., gdzie spotkał się z Putinem, aby omówić, jak rozegrać partię szachów na geopolitycznej szachownicy.
Są jednak inne opinie. Jak te, które wygłosił Marshall Billingslea, były wysoki urzędnik w Departamencie Finansów, mówiąc w wywiadzie dla Newsmaxa, że „obiecane przez Rosję dostawy oleju napędowego nie przyniosą USA większej korzyści, lecz są sygnałem, że Moskwa jest gotowa >wyprzedać Iran<”. Jeśli tak, to USA wyraziły gotowość „wyprzedania” Zełenskiego. Bowiem 10 października, dzień po „udanej rozmowie” z Putinem Trump oznajmił reporterom przed Białym Domem, że Zełenski „chce narobić światu problemów”, nadal zezwalając na ataki na rosyjskie rafinerie. „Lepiej, żeby przestał” – powiedział Trump, zanim oznajmił, że jego zdaniem „nadszedł czas, aby Ukraina miała nowego prezydenta”.
Tymczasem u nas, w Europie w zimie może być zimno, w mieszkaniach. Instytut Ekonomiki Energetyki i Analiz Finansowych (IEEFA) ostrzegł 9 października, że UE może być zmuszona do ograniczenia zużycia gazu zimą o 7 proc., gdyż zapasy są obecnie najniższe od 2011 roku. Dodał również, że wojna z Iranem sprawiła, że pokrycie niedoboru stało się droższe. 3 października zbiorniki zawierające zapasy gazu były wypełnione w zaledwie 72,4 proc. IEEFA prognozuje, że tej zimy dostarczą o 7,3 miliarda metrów sześciennych (mld m3) mniej gazu niż poprzedniej. Ta luka, w połączeniu z całkowitym zakazem stosowania rosyjskiego skroplonego gazu ziemnego (LNG) w UE od stycznia 2027 r., może wymusić redukcję popytu o 14 mld m3. Uzupełnienie luki w dostawach importem kosztowałoby Unię 3 miliardy euro — o 12 proc. więcej niż ceny z 2025 r. — ponieważ wojna z Iranem podnosi ceny gazu.
Czy Unia przeprosi się z Rosją? Czy też na złość cioci odmrozi uszy, obywatelom państw wchodzących w jej skład?