|

Czy globalizm zmienia się w protekcjonizm?

Stany Zjednoczone zorientowały się, że już nie czerpią korzyści z systemu, który współtworzyły po II wojnie światowej, by stać się jego zasadniczym filarem, tylko dopłacają do interesu. Amerykanie wybrali prezydenta biznesmena, żeby to zmienił.

– Nadchodzi nowy porządek świata – ogłosił niedawno wiceprezydent JD Vance. – Nadchodzi nowy porządek świata w handlu; nadchodzi nowy porządek świata w globalizacji – dodał. Polityk powiedział również, że „prezydent chce wstrząsnąć starymi strukturami sojuszniczymi, myślę o NATO”. Warto dodać, że słowa te padają w kontekście uwagi o tym, że Europa zmienia się kulturowo. Dowodem na to są coraz większe ograniczenia nakładane na wolność słowa, co powoduje, że „Europa nie jest już taka sama jak niegdyś”. Czy to tylko retoryka obliczona na wywołanie efektu w postaci autorefleksji przywódców europejskich, skłonienie ich do powrotu do źródeł, do cywilizacyjnych korzeni? Czy raczej jest to zapowiedź coraz większego dystansowania się od Europy, która, sprzeniewierzywszy się swym wartościom, zdaje się usychać, stając się w ten sposób zbędnym balastem dla Ameryki chcącej złapać „drugi oddech”?

Co tak naprawdę buduje prezydent Trump i dlaczego opozycja wobec niego jest tak zacięta? Pytanie to stawia WND, portal przychylny obecnej ekipie Białego Domu, analityczce politycznej Susan Kokindzie z Promethean Action. Susan Kokinda stwierdziła, że globalistyczny system wolnego handlu celowo zdeindustrializował Amerykę. Stany Zjednoczone funkcjonowały w oparciu o zupełnie inną filozofię ekonomiczną, skoncentrowaną na produkcji, suwerenności narodowej, infrastrukturze i sile klasy średniej. Pani Kokinda jest zdania, że system ten był celowo demontowany przez dziesięciolecia za pomocą finansjalizacji, polityki wolnego handlu i deindustrializacji, co doprowadziło do przekształcenia Ameryki z potęgi produkcyjnej w gospodarkę konsumpcyjną, coraz bardziej kontrolowaną przez globalne interesy finansowe. Analityczka zauważa, że dziś prawdziwy konflikt trapiący USA polega na walce pomiędzy suwerennością narodową a tym, co określiła mianem „imperialnego systemu finansowego”, który przedkłada kontrolę, spekulację i globalizację nad produktywną gospodarkę i niezależne państwa. Obecna ekipa przywraca skutecznie dawną filozofię ekonomiczną – podsumowuje swój wywód Susan Kokinda.

Z kolei Amerykański Instytut Badań Ekonomicznych (AIER), wolnorynkowy libertariański think tank z siedzibą w Great Barrington w stanie Massachusetts, na swej stronie internetowej The Daily Economy zwraca uwagę na to, że skutki odejścia Ameryki od dawnego porządku gospodarczego ujawniają się w taryfach celnych, kontroli eksportu, kontraktach energetycznych, kontroli inwestycji i umowach handlowych tworzonych poza starym konsensusem wolnego handlu. „Towary wciąż się przemieszczają, firmy wciąż poszukują rynków zbytu, a rządy wciąż negocjują umowy. Umiera idea, że handel powinien być regulowany przede wszystkim przez konsumentów, producentów i ceny, a nie przez ministerstwa, agencje bezpieczeństwa i negocjowane kwoty. Wolny handel jest coraz bardziej kontrolowany: zarządzany przez państwa, kształtowany przez względy bezpieczeństwa i coraz częściej organizowany przez bloki polityczne, a nie przez uniwersalne zasady otwartej wymiany” – czytamy.

Dlaczego ekipa Trumpa odchodzi od wolnego handlu? Odpowiedź nie zaskoczy nikogo, kto śledzi relacje międzynarodowe – Ameryka zorientowała się (zbyt późno, jak zwracał na to uwagę wybitny politolog John Mearsheimer), że na tej idei najwięcej zyskały Chiny. Natomiast najbardziej tracą Stany Zjednoczone. „Odpowiedzią Waszyngtonu nie był powrót do wolnego handlu, lecz budowa kontrolowanego handlu” – pisze The Daily Economy.

Symboliczny początek nowego porządku ekonomicznego miał miejsce 2 kwietnia 2025 r., podczas spotkania Make America Wealthy Again, zwanego również Dniem Wyzwolenia, w Białym Domu. Prezydent Trump ogłosił podwyżkę ceł nałożonych na praktycznie wszystkie kraje świata – zarówno sojuszników, jak i wrogów. Na towary z Chin dodatkowe cła wynoszą 34 proc., na towary z UE – 20 proc., na towary z Japonii – 24 proc. i tak dalej.

Donald Trump od dziesięcioleci głosi tezę, że inne kraje – niezależnie, czy sojusznicy, czy konkurenci – wykorzystują Stany Zjednoczone. – Oni nas oszukują – stwierdził niedawno prezydent USA. Od umów handlowych po procedury bezpieczeństwa NATO Stany Zjednoczone otrzymały mniej wartości, zasobów, a ostatecznie szacunku za tak dużą ilość pieniędzy, siłę woli politycznej i inne zasoby, które Ameryka dała światu. Retoryka Trumpa jest dosadna, wykraczająca daleko poza normy tradycyjnej dyplomacji międzynarodowej. Ale Amerykanie tego chcieli, wybierając twardego biznesmena na prezydenta. Poza tym jego poglądy od dawna podzielają inni przywódcy USA, jak twierdzi Paul Poast, adiunkt w Katedrze Nauk Politycznych Uniwersytetu Chicagowskiego. – On mówi głośno za tę cichą część – powiedział Poast w rozmowie z ABC News. – On po prostu używa skrajnej wersji zgłaszanej od lat skargi – dodał uczony.


USA WYCOFA SIĘ Z POLSKI? Alarmujące sygnały zza oceanu


Chatham House – najważniejszy brytyjski think tank zajmujący się badaniem stosunków międzynarodowych – postawił niedawno pytanie, czy nowy porządek świata zahamuje handel. „Wraz z zanikaniem Pax Americana decydenci polityczni priorytetowo traktują bezpieczeństwo ekonomiczne” – czytamy na stronie think tanku.

Chatham House zauważa, że wzrost handlu światowego najlepiej rozwija się w warunkach „stabilności hegemonicznej”, gdzie porządek międzynarodowy jest rządzony przez jedno wielkie mocarstwo. W ciągu ostatnich 200 lat świat doświadczył dwóch gwałtownych wzrostów handlu światowego. Pierwszy miał miejsce w drugiej połowie XIX w., kiedy to pod parasolem Pax Britannica globalny eksport wzrósł z zaledwie około 5 proc. globalnego PKB w latach 40. XIX w. do ponad 15 proc. pod koniec stulecia. Kolejny gwałtowny wzrost miał miejsce w ostatnich dekadach XX w., w okresie Pax Americana, kiedy globalny eksport wzrósł z niskich poziomów po II wojnie światowej do 25 proc. globalnego PKB w przededniu kryzysu finansowego w 2008 r.

Teraz jednak imperium się zwija. Czy bez Pax Americana można będzie utrzymać liberalny handel? Istnieje wiele przykładów podtrzymujących tę nadzieję – uważa Chatham House, wskazując na koalicję tworzoną między Unią Europejską a dwunastoma państwami członkowskimi CPTPP, grupy handlowej utworzonej z pozostałości Partnerstwa Transpacyficznego, z którego prezydent Trump wycofał się w 2017 r. „UE wykazała się niezwykłą energią w reakcji na koniec Pax Americana. Niedawno podpisano umowy handlowe z Mercosurem, południowoamerykańskim blokiem handlowym, i Indiami, na przykład, a także strategiczne partnerstwo z Wietnamem”.

Jednak to nie wystarczy, aby odwrócić spadek globalnego wzrostu handlowego. Może go jedynie spowolnić. Dlaczego?

Pierwszym powodem są Chiny – odpowiada brytyjski think tank. Model gospodarczy tego kraju od lat opiera się na dążeniu do globalnej dominacji w przemyśle, aby wzmocnić geopolityczną pozycję kraju. Gdyby Pekin zdecydował się uczynić chińską gospodarkę ważniejszym źródłem globalnego popytu, zamiast nieustannie dążyć do dominacji nad podażą, Chiny mogłyby zacząć przejmować nieformalną rolę tradycyjnie odgrywaną przez Stany Zjednoczone jako „importera ostatniej szansy” dla światowej gospodarki.

Jednak Państwo Środka dąży do zdominowania globalnego sektora produkcyjnego, a to oznacza, że mało prawdopodobne jest, aby zmieniło swoje podejście w najbliższej przyszłości. W rezultacie partnerzy handlowi Chin będą prawdopodobnie nadal podnosić cła i bariery pozataryfowe, aby chronić swoje rynki krajowe. Decyzja UE o nałożeniu ceł antydumpingowych na chiński import stali w styczniu tego roku jest tylko jednym z niedawnych przykładów tej tendencji.

Drugim powodem jest to, że rozprzestrzenianie się protekcjonizmu wpływa na klimat intelektualny, w którym funkcjonują decydenci. „Środki ograniczające handel międzynarodowy stają się coraz bardziej naturalną częścią domyślnego menu opcji, spośród których rządy wybierają swoją politykę. Protekcjonizm może się sam napędzać”.

Chatham House kończy rozważania konkluzją mówiącą, że „To, w jakim kierunku zmierzamy, niekoniecznie można opisać jako deglobalizację; priorytety krajowe i regionalne będą jednak stawać się coraz bardziej widoczne, gdyż decydenci polityczni nadal będą skupiać się na bezpieczeństwie [ekonomicznym], a nie na wydajności”.

Podobne wpisy