|

Unia pazerności na oszczędności

Niedawne spotkanie ministrów finansów największych unijnych gospodarek przybliża utworzenie tzw. Unii Rynków Kapitałowych, której celem jest dalsze ograniczenie suwerenności państw członkowskich.

Na specjalne spotkanie zorganizowane w Berlinie przybyli finansowi zarządcy nieformalnej tzw. grupy E6, zrzeszającej oprócz Niemiec, Francji, Włoch, Hiszpanii i Holandii także Polskę. Ich celem było przygotowanie projektu porozumienia, które w najbliższej przyszłości będzie musiało na forum unijnym zaakceptować przynajmniej 15 państw, mających łącznie co najmniej 65 proc. wszystkich mieszkańców wspólnoty.

Proponowana Unia Rynków Kapitałowych będzie wprawdzie dotyczyła wszystkich członków bez wyjątku, ale w świetle polityki Berlina i Brukseli liczy się przede wszystkim skuteczność. W związku z tym naradę przeprowadzono wyłącznie w gronie najsilniejszych państw.

Od Junckera do Draghiego

Po raz pierwszy pomysł utworzenia Unii Rynków Kapitałowych przedstawił jeszcze w 2014 r. ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Przez długi czas propozycja nie wychodziła jednak poza wstępne ramy, a wkrótce potem miał miejsce Brexit, który wręcz zachwiał sensem dalszych prac. Początkowo nikt nie wyobrażał sobie bowiem, aby w porozumieniu dotyczącym rynków kapitałowych zabrakło tego najważniejszego z nich w całej Europie, czyli Londynu.

Na dobrą sprawę do idei Unii Rynków Kapitałowych powrócono dopiero przed trzema laty, a wielkie przyspieszenie prac nad jej powołaniem było związane z opublikowanym w 2024 r. tzw. Raportem Draghiego. Były szef Europejskiego Banku Centralnego, kreśląc swoją strategię uczynienia Unii Europejskiej bardziej konkurencyjną, poświęcił stosunkowo dużo uwagi rzekomej konieczności ściślejszej integracji rynków finansowych oraz przeprowadzenia wielkiego planu inwestycyjnego, bez którego Europa będzie coraz bardziej zapóźniona względem Stanów Zjednoczonych oraz Chin.

Za szczególnie ważny element swojego programu Mario Draghi przedstawił wykorzystanie prywatnego kapitału zalegającego na bankowych kontach czy lokatach, który – szacowany na nawet 800 mld euro – powinien zostać wykorzystany na szeroko zakrojony plan inwestycji. W tym celu należy, zdaniem Włocha, ujednolicić zasady podatkowe i prawne tak, aby kapitał mógł łatwiej niż obecnie wędrować między krajami członkowskimi. Dzięki temu Europejczycy mają mieć dostępnych dużo więcej opcji inwestowania we wspólnocie i w mniejszym zakresie korzystać choćby z rynku amerykańskiego.


Dopłaty dla artystów wywołały burzę. O co naprawdę chodzi?


Zachęty dla Europejczyków

Pomysły Draghiego zostały płynnie podchwycone przez Ursulę von der Leyen, która wkrótce potem ogłosiła unijny Kompas Konkurencyjności. Wchodząca w jego skład koncepcja Unii Rynków Kapitałowych została zaś w międzyczasie przemianowana na Unię Oszczędności i Inwestycji. Zmiana ta wydaje się dość znamienna, ponieważ pozwala dobrze zidentyfikować prawdziwe intencje jej pomysłodawców. Pierwotna nazwa kładła ewidentnie nacisk na kwestie kapitału, którego obieg w ramach unijnych struktur miał napotykać możliwie jak najmniej formalnych ograniczeń. Pod względem kapitałowym Unia Europejska znaczy jednak na świecie coraz mniej, a istniejące ramy prawno-instytucjonalne nie stanowią wcale bariery nie do przebycia.

Z tego właśnie powodu punkt ciężkości całego przedsięwzięcia przesunięto na kwestię oszczędności, gdyż sednem całej propozycji jest chęć wykorzystania środków finansowych pozostających do dyspozycji obywateli. W tym celu planowane jest m.in. utworzenie SIA, czyli europejskiego konta oszczędności i inwestycji, stanowiącego alternatywę dla zwykłych kont i lokat. Stosując różnorakie zachęty podatkowe i finansowe, Unia Europejska pragnie skłonić obywateli państw członkowskich, aby masowo nabywali instrumenty finansujące przede wszystkim agendę zrównoważonego rozwoju i politykę klimatyczną.

Teoretycznie w Raporcie Draghiego Unia Europejska przyznawała się do swoich błędów i wyrażała wolę poprawy. W rzeczywistości najważniejsze cele Unii Oszczędności i Inwestycji pokazują, że w myśleniu eurokratów nie zmieniło się absolutnie nic. Ostatnie lata powinny eurokratom dać ostatecznie do zrozumienia, że uparte trzymanie się zielonej i zrównoważonej agendy przy bardzo wyrachowanej postawie Chin i odrzuceniu polityki klimatycznej przez Stany Zjednoczone to droga wprost ku przepaści. Niestety w Brukseli, Berlinie i Paryżu politycy wciąż tkwią w jednym wielkim zaprzeczeniu i uparcie stoją na stanowisku, że pokonają swoją największą globalną konkurencję tylko wtedy, gdy staną się zeroemisyjni przed całym światem.

Proponowana Unia Rynków Kapitałowych, czy też raczej Unia Oszczędności i Inwestycji, skrywa także za swoją nazwą niezwykle ważny komponent centralizacji władzy. Unia Europejska nie potrafi zmarnować choćby najbardziej błahego pretekstu do tego, aby nie wprowadzić kolejnych zmian wzmacniających centralne zarządzanie. Dzieje się tak również w tym przypadku. Zasłaniając się chęcią ułatwienia przepływu kapitału wewnątrz wspólnoty, Komisja Europejska postuluje konieczność ujednolicenia zasad dotyczących regulacji rynków finansowych oraz rozliczania podatków. Innymi słowy, Bruksela zamierza przejąć kolejną część kompetencji przynależnych państwom członkowskim, aby w imię „konkurencyjności” narzucać swoje rozwiązania.

Konkurencyjność według Unii

W ten sposób nie pierwszy raz okazuje się, że rozumienie konkurencyjności w Unii Europejskiej wymyka się wszelkiej logice. Gdyby Unia Oszczędności i Inwestycji miała rzeczywiście sprzyjać większej swobodzie gospodarczej, jej postulaty zmierzałyby w kierunku umożliwienia państwom członkowskim możliwie jak największej sprawczości w zakresie ustalania polityki podatkowej i prawnej. Kapitał wędrowałby wówczas tam, gdzie znajdowałby najlepsze warunki do inwestowania. W sposobie myślenia charakterystycznym dla eurokratów konkurencyjność to ujednolicanie i odbieranie narzędzi do prowadzenia rywalizacji przy jednoczesnym odgórnym narzucaniu rozmaitych agend: klimatycznej, równościowej czy też zrównoważonego rozwoju.

Unia Oszczędności i Inwestycji stanowi tak naprawdę spory powód do niepokoju, ponieważ pokazuje, jak bardzo zdesperowani są unijni przywódcy. Cała propozycja zdradza wszak pewien rodzaj irytacji względem obywateli, którzy zamiast inwestować w europejską gospodarkę wybierają podmioty ze Stanów Zjednoczonych lub po prostu trzymają pieniądze w przysłowiowej „skarpetce”. Zamiast uderzyć się w piersi i przyznać do tego, że niewłaściwie zarządzając wspólnotową gospodarką, nie zachęcili obywateli do większej partycypacji w systemie finansowym, unijni decydenci chcą przy pomocy nowych regulacji oraz kosztem suwerenności państw członkowskich niejako wymusić na nich większe zaangażowanie.

W tym kontekście bardzo negatywnie należy ocenić reprezentującego w Berlinie polski rząd ministra finansów Andrzeja Domańskiego, który z wielkim entuzjazmem poparł dalsze prace nad proponowanym rozwiązaniem. W tym samym czasie przedstawiciele takich państw jak Irlandia czy Luksemburg wyrazili w ostatnim czasie bardzo silny sprzeciw wobec Unii Oszczędności i Inwestycji, dostrzegając w niej zagrożenie dla swojej konkurencyjności. Nie jest tajemnicą, że wspomniane kraje, utrzymując niskie stawki podatkowe oraz specjalne ulgi i zachęty, zdołały na przestrzeni lat przyciągnąć wiele liczących się podmiotów z całego świata. Oddając Brukseli część swoich kompetencji w zakresie regulacji rynku, narażają się na zaprzepaszczenie swoich dokonań. Z perspektywy arcyusłużnego względem Brukseli rządu Donalda Tuska nie stanowi to niestety żadnego powodu do obaw.

Podobne wpisy