|

Artystyczny rekiet

Pani minister, wprawiona w profesjonalnym pasożytnictwie, po objęciu publicznego skarbczyka z kasą na kulturę postanowiła się podzielić z podobnymi sobie – tym hojniej, że to przecież nie są jej pieniądze, więc co to jej szkodzi?

Pani minister Marta Cienkowska nie ustaje w wysiłkach, by przychylić nieba artystycznej braci – a konkretnie tym, którzy świadomie podjęli ryzyko wyboru takiej, a nie innej ścieżki życiowej. Teraz zorientowali się, że nikt nie chce ich słuchać, oglądać ani kupować wykwitów ich często nader wątpliwego talentu. Wskutek tego nie dość, że już teraz ledwie wiążą koniec z końcem, to na dodatek na emeryturze czeka ich widmo popadnięcia w skrajne ubóstwo. W związku z tym najpierw rozszerzyła (najprawdopodobniej bezprawnie, o czym mówiliśmy tutaj niedawno) opłatę reprograficzną, z tytułu której do organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi trafi dodatkowo 150–200 mln zł rocznie, teraz natomiast wysmażyła przyjęty przez rząd projekt ustawy o dopłatach do ZUS dla artystów, których średni dochód z ostatnich trzech lat nie przekroczył 125 proc. dwunastokrotności minimalnego wynagrodzenia. Na dzień dzisiejszy oznacza to, że wspomniany przywilej będzie przysługiwał artystom o rocznym dochodzie do 72 115 zł, czyli nieco ponad 6009 zł miesięcznie.

Projekt spotkał się z powszechnym społecznym oburzeniem i trudno się dziwić, gdyż wg danych z 2025 r. aż 10 proc. pracowników (dolny decyl) otrzymywało wynagrodzenie najwyżej na poziomie 4666 zł, pensję minimalną zarabia natomiast 3,5 mln Polaków. Im jednak jakoś nikt do ZUS-u nie dopłaca. Co więcej – wychodzi na to, że właśnie oni będą pośrednio dorzucać się ze swoich podatków na dopłaty do artystycznych emerytur. Zasadnym staje się więc pytanie, dlaczego akurat artyści zasługują na specjalne traktowanie?


Technologie kosmiczne Made in Poland. Co tworzą dziś Polscy studenci?


Dla nikogo nie jest tajemnicą, że zawód artysty obarczony jest poważnym ryzykiem, o czym dowiadują się już uczniowie przy okazji omawiania satyry Adama Naruszewicza „Chudy literat”. Taka specyfika branży: odsiew jest brutalny, co sprawia, że z uprawiania sztuki mogą utrzymać się nieliczni – najbardziej utalentowani, najbardziej zdeterminowani, wreszcie tacy, którym się poszczęściło. Każdy zna historie o pisarzach latami kołaczących do drzwi wydawców czy o aktorach zaludniających hollywoodzkie knajpy i oczekujących na szansę na karierę. Harrison Ford, zanim otrzymał przełomową rolę w „Gwiezdnych Wojnach”, zajmował się stolarstwem, żeby zapewnić byt rodzinie. Jeśli zatem ktoś decyduje się na niepewny los artysty, to może zawczasu czuć się ostrzeżony. Nikt jakoś nie rozczula się nad ofiarami coraz częstszych ostatnio zwolnień grupowych ani nad pracownikami wypychanymi na umowy śmieciowe. Dla nich przez cały okres transformacji zarezerwowany był jeden, podszyty klasistowską pogardą przekaz: nie dajesz sobie rady na wolnym rynku? To załóż firmę, zmień pracę, weź kredyt, wyemigruj na zmywak, przebranżów się… Pytanie, co powstrzymuje artystów, którym się nie wiedzie, od skorzystania z tych bezcennych rad?

Osobną kategorię stanowią ci, którzy przez większość kariery pobierali sute gaże, byli gwiazdami kina i estrady, a teraz płaczą nad groszowymi emeryturami, bo albo nie płacili składek, bo nie musieli, albo uiszczali je na najniższym możliwym poziomie. Do nich też ma dopłacać przysłowiowa kasjerka tyrająca w dyskoncie? Podsumowując ten wątek – mamy do czynienia z krzyczącą niesprawiedliwością i kompletnie bezzasadnym uprzywilejowaniem jednej grupy zawodowej, swoistym rekietem wymuszonym od reszty społeczeństwa.

Na tym jednak nie koniec. Aby załapać się na dobrodziejstwa ustawy, trzeba będzie otrzymać status „artysty zawodowego” przyznawany przez dyrektora Centrum Edukacji Artystycznej i Pracy Artystycznej – za artystę zatem będzie uznawany tylko ten, kto dostanie urzędowy papier. Taka osoba musi wykonywać swój zawód osobiście, w sposób stały i ukierunkowany na odbiorcę zewnętrznego, a wśród wymienionych dziedzin znajdują się m.in. „sztuki wizualne” i „sztuki performatywne” – nie dziwi więc, że natychmiast pojawiły się ironiczne uwagi, iż pod taką działalność podpadają chociażby tzw. camgirls… Wnioski o dopłaty będzie rozpatrywać 145-osobowa komisja, do czego dojdzie jeszcze 15-osobowa rada programowa. Ileż to pięknych posad!

Wszystko to rodzi podejrzenie, iż minister Cienkowskiej nie chodzi tak naprawdę o artystów tak w ogólności, lecz o pewną specyficzną grupę interesu, z której sama się wywodzi – zawodowych konsumentów różnych publicznych grantów i dotacji. Sama Marta Cienkowska, zanim trafiła na urząd, utrzymywała się z idącego w setki tysięcy złotych rocznie „grantożerstwa” – od funduszy warszawskiego Ratusza począwszy (słynne „spacery dendrologiczne” i balkonowy konkurs „Warszawa w kwiatach” – 615 tys. zł), a na Parlamencie Europejskim skończywszy. Trudno więc się dziwić, iż elementy pasożytnicze są jej, jak to mawiał towarzysz Lenin, „socjalnie bliskie”. Ciągnie swój do swego. Pani minister, wprawiona w profesjonalnym pasożytnictwie, po objęciu publicznego skarbczyka z kasą na kulturę postanowiła się więc podzielić z podobnymi sobie – tym hojniej, że to przecież nie są jej pieniądze, więc co to jej szkodzi?

Podobne wpisy