Lekarskie ośmiorniczki
Po wybuchu na wskroś partyjnej afery Szpitala Południowego rząd zgłosił projekt ustawy wprowadzającej jawność zarobków lekarzy. Czy medycy stali się kozłami ofiarnymi władzy?

Afera ze specjalną kolejką VIP dla działaczy Koalicji Obywatelskiej zdominowała polską przestrzeń medialną oraz świat mediów społecznościowych na tyle, że pod pewnymi względami przyćmiła nawet nieco skandal związany z nadaniem przez prezydenta Wołodymyra Zełeńskiego jednemu z ukraińskich batalionów imienia bohaterów ludobójczej UPA.
Uderzenie w czułą strunę
Fakt ten nie powinien nikogo dziwić, ponieważ dopuszczając się tego nadużycia, rząd Donalda Tuska uderzył w bardzo szczególną strunę. Opinia publiczna jest w stanie przymknąć oko na wiele nadużyć związanych choćby z korupcją, wprowadzaniem wyborców w błąd czy też niewywiązywaniem się z wcześniejszych obietnic. Gdy jednak okazuje się, że w samym środku dość poważnego kryzysu służby zdrowia partia rządząca tworzy dla siebie specjalne przywileje, na dodatek pozbawiając tym samym możliwości normalnego leczenia wielu zwykłych pacjentów, reakcją może być tylko wielkie oburzenie.
Nie wiadomo jeszcze, jaki wpływ afera ze Szpitalem Południowym będzie miała na wyniki sondażowe. Być może jej znaczenie będzie znikome, lecz z pewnością jej trwałym skutkiem będzie pewna zmiana w publicznym podejściu do zarobków lekarzy. Główny bohater afery Szpitala Południowego, Dawid Kacprzyk, zarobił 1,6 mln zł w rok, mimo iż nie posiadał nawet lekarskiej specjalizacji. I choć wkrótce po ujawnieniu całej afery młody działacz-lekarz zobowiązał się do zwrotu części środków, miara w pewien symboliczny sposób zdążyła się już przebrać.
Premier Donald Tusk już kilka dni po wybuchu afery ogłosił, że jego gabinet zamierza wprowadzić nowe prawo umożliwiające rządowi zbieranie informacji o zarobkach lekarzy w powiązaniu z numerem PESEL lub numerem wykonywania zawodu. Do tej pory prowadzące szpitale samorządy przekazywały te dane w sposób zanonimizowany. Tym samym władza centralna nie była nawet w stanie samodzielnie sprawdzić, jak dużo zarabiają poszczególni pracownicy służby zdrowia zatrudnieni w różnych jednostkach.
Sam fakt, iż premier zaproponował tego typu rozwiązanie, świadczy niewątpliwie o tym, że skala problemu musi być niemała. Donald Tusk zrozumiał, że potencjalnych „Dawidów Kacprzyków” musi być w Polsce naprawdę sporo, a dodatkowo rządzący dosłownie siedzą na kolejnej minie, którą stanowią inne przypadki ponadnormatywnie wysokich zarobków lekarzy w służbie zdrowia, zdolnej funkcjonować tylko dzięki stałej kroplówce pieniędzy z budżetu centralnego do NFZ.
Urlop rodzicielski ojca: koszt czy inwestycja?
Więcej niż partyjna afera
Afera ze Szpitalem Południowym wbrew pozorom nie jest tylko i wyłącznie aferą partyjną Koalicji Obywatelskiej. O istnieniu specjalnej przychodni VIP musiał wiedzieć cały personel, począwszy od zarządu, poprzez lekarzy, a skończywszy na pielęgniarkach. Zmowę milczenia przerwały dopiero medialne doniesienia, które nagle odblokowały usta wielu osobom, wcześniej wybierającym komfort bezczynności.
Niestety w podobny sposób funkcjonuje cała publiczna ochrona zdrowia, w której środowiskowa zmowa milczenia dotyczy głównie kwestii wynagrodzeń. Płace lekarzy i pielęgniarek pochłaniają rocznie nawet 60–65 proc. budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia, a w niektórych najbardziej zadłużonych szpitalach pozycje związane z wynagrodzeniami stanowią nawet do 80 proc. kosztów. W wielu miejscach w Polsce kadra lekarska pobiera zdecydowanie zbyt wysokie wynagrodzenia, lecz środowisko medyczne przymyka na ten fakt oko i nie potrafi wypracować mechanizmów ograniczających nadużycia.
Płacenie specjalistom bardzo wysokich stawek samo w sobie nie jest niczym złym. Jest wręcz absolutnie wskazane, aby najlepsi eksperci w swoich dziedzinach, potrafiący ratować ludzkie życie przy użyciu bardzo rzadkich umiejętności, zarabiali nawet więcej niż gwiazdy sportu. Problemem środowiska lekarskiego jest jednak to, że działa ono w bardzo specyficznym otoczeniu, które tworzy system przymusowo pobieranych składek na ochronę zdrowia, przekazywanych następnie państwowemu monopoliście. Lekarze zbyt często zapominają o tym, że choć są specjalistami w swoich dziedzinach, tak jak przedstawiciele każdego innego zawodu, to być może w żadnym innym zawodzie specjalistycznym nie funkcjonuje tak wiele patologii związanych z publicznym zarządzaniem i wydatkowaniem składek obywateli.
Średnia wysoko ponad normą
Według danych, które przedstawił niedawno „Dziennik Gazeta Prawna”, nawet 56 tys. lekarzy w Polsce może zarabiać ponad 100 tys. zł miesięcznie, a średnie wynagrodzenie lekarza specjalisty zatrudnionego na etacie wynosi 24 tys. zł. Środowisko lekarskie zawzięcie broni swoich uposażeń, przekonując, że uśrednione dane ukazują mocno zakrzywiony obraz ich profesji. Zakładając jednak nawet, że dość skromna grupa osób zatrudnionych w kilku miejscach i pobierających rekordowe pensje przyczynia się do zawyżania poszczególnych statystyk, i tak nie ulega wątpliwości, że lekarze należą do ścisłego grona najlepiej opłacanych profesji.
Medycy mogliby z czystym sumieniem twierdzić, że wysokie płace to nagroda za wiele lat trudnej nauki, wymagającą specjalizację oraz odpowiedzialność związaną z ratowaniem ludzkiego życia, gdyby tylko na co dzień nie byli najbardziej niedopuszczającą sprzeciwu grupą społeczną, broniącą rzekomej konieczności istnienia państwowego monopolu w poszczególnych obszarach służby zdrowia. Obecny system jest skrajnie niegospodarny, do czego przyczynia się brak realnej konkurencji dla Narodowego Funduszu Zdrowia, a zakres tej niegospodarności jest niestety wprost proporcjonalny do przychodów osiąganych przez środowisko lekarskie.
Prawdziwą plagą w Polsce od lat są podległe samorządom szpitale, w których ponadnormatywnie wysokie wynagrodzenia popychają całe jednostki na skraj bankructwa. Dyrektorzy placówek są skłonni zamykać kolejne oddziały i oszczędzać na kolejnych świadczeniach, lecz na płace są zawsze w stanie przeznaczyć nawet astronomiczne kwoty.
Afera ze Szpitalem Południowym pozwoliła wreszcie wywrzeć na środowisku lekarskim większą niż do tej pory presję. Pacjenci w całej Polsce widzą bowiem doskonale, że pomimo przeznaczania na służbę zdrowia rekordowych kwot dostępność świadczeń na ogół wcale nie wzrasta, a jakość usług pozostawia w wielu przypadkach sporo do życzenia. W powszechnym odbiorze najbardziej rzucającym się w oczy skutkiem stale rosnącego budżetu państwowej służby zdrowia są co najwyżej rosnące w rekordowym tempie płace.
Zaproponowana przez rząd Donalda Tuska zmiana nie wprowadzi pełnej jawności zarobków lekarskich, lecz co najwyżej pozwoli rządzącym ograniczyć wybrane nadużycia. W obliczu permanentnego pata, jaki stanowi brak zgody środowiska lekarskiego na większą komercjalizację lub prywatyzację służby zdrowia, być może warto byłoby jednak pomyśleć o wprowadzeniu pełnej transparentności lekarskich uposażeń. Tego typu rozwiązanie mogłoby podziałać otrzeźwiająco na całe środowisko, które w ostatnich latach na ogół nie jest w stanie zauważyć własnych błędów i zachowuje się przy tym bardzo butnie.