Afera budżetowa
Mamy bezprawne zawyżenie wydatków o 84,5 mld zł i lukę w dochodach na 33,5 mld zł. Niezłe manko… Dla porównania całość obsługi długu publicznego w 2025 r. kosztowała nas 72,8 mld zł, a wydatki budżetowe ogółem wyniosły 870,2 mld zł. Wynika z tego, iż blisko 1/10 wydatków została zrealizowana ze złamaniem prawa.

Wiadomość o nieprawidłowościach w budżecie na 2025 r. przemknęła przez media praktycznie niezauważona – a szkoda, gdyż na dobrą sprawę jest to afera, która powinna zatrząść całym rządem, a co najmniej Ministerstwem Finansów i pozycją Andrzeja Domańskiego. Otóż NIK w swoim raporcie pt. „Analiza wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2025 r”. stwierdził, iż Ministerstwo Finansów dokonało nierzetelnych wyliczeń pozwalających na ominięcie Stabilizującej Reguły Wydatkowej (SRW), w efekcie czego zawyżono poziom dopuszczalnych wydatków o kwotę 84,5 mld zł. Innymi słowy, rząd wydał o 84,5 mld zł więcej, niż powinien. Przypomnijmy, iż Stabilizująca Reguła Wydatkowa zapisana jest w ustawie o finansach publicznych i określa dopuszczalny limit wydatków na dany rok. Mechanizm ten ma utrzymywać pod kontrolą tempo zadłużania państwa oraz zapewniać stabilność gospodarki i wiarygodność finansową Polski, co jest szczególnie istotne dla naszego ratingu, a co za tym idzie – wyceny polskich papierów dłużnych na rynkach finansowych. Przestrzeganie reguły wydatkowej jest czujnie monitorowane również przez Komisję Europejską, strzegącą unijnych reguł zakładających, iż deficyt sektora finansów publicznych nie może przekroczyć 3 proc., a wysokość długu publicznego – 60 proc. PKB. Limit wydatków w ramach SRW każdorazowo obliczany jest na podstawie kwoty startowej, czyli skonsolidowanych wydatków wszystkich podmiotów objętych SRW, i aktualizowanej co roku o dynamikę wzrostu PKB oraz prognozowaną inflację.
Tyle teorii. Tymczasem właśnie przy ustalaniu kwoty startowej, kluczowej dla SRW, zaczęły dziać się istne cuda. Mianowicie Ministerstwo Finansów dopisało do niej wydatki z poprzednich lat podmiotów wyłączonych spod reguły wydatkowej – wszystko w celu podniesienia kwoty startowej i tym samym zwiększenia limitu wydatków budżetowych w kolejnym roku. W ten sposób doliczono planowane zaliczki na kupno sprzętu wojskowego z 2023 r. w wysokości 51,7 mld zł; uwzględniono wprowadzenie w 2021 r. opłaty mocowej, mimo iż nie stanowi ona źródła finansowania wydatków objętych regułą wydatkową (8 mld zł); dodano także maksymalną wartość skarbowych papierów wartościowych przeznaczonych w 2024 r. do nieodpłatnego przekazania jednostkom z sektora instytucji rządowych i samorządowych, oraz jednostkom spoza tego sektora (24 mld zł), podczas gdy – według NIK – należało „uwzględnić jedynie wartość skarbowych papierów wartościowych planowanych do nieodpłatnego przekazania jednostkom zaliczanym do sektora instytucji rządowych i samorządowych, których wydatki nie są objęte stabilizującą regułą wydatkową”.
To nie wszystko, gdyż Ministerstwo Finansów „na drugą nóżkę” zawyżyło prognozy dochodów podatkowych. W efekcie dochody z VAT były niższe o 27,9 mld zł, a dochody z akcyzy o ponad 5,6 mld zł od przewidzianych w ustawie budżetowej. Ministerstwo tłumaczyło się, że luka akcyzowa spowodowana została m.in. tym, iż wzrost sprzedaży wyrobów akcyzowych nie nadąża za tempem wzrostu PKB (po co w takim razie wpisywano do budżetu zawyżone prognozy?), ale kontrolerów NIK to jednak nie przekonało. Zresztą takie zawyżanie dochodów, żeby budżet „spinał się” na papierze, to w przypadku obecnie rządzącej formacji żadna nowość. Przypomnę budżet Jana Vincenta Rostowskiego z 2013 r., w którym wpisano 1,5 mld zł wpływów z fotoradarów (skończyło się na 80 mln zł), co ostatecznie zakończyło się nowelizacją. Min. Domański nowelizacji budżetu uniknął tylko dzięki awaryjnym emisjom bonów skarbowych (czyli takich rządowych „chwilówek” na 45 tygodni), by opędzić bieżące wydatki państwa.
Wypalenie zawodowe nie bierze się znikąd. To nie jest zwykłe zmęczenie.
Finalnie mamy więc z jednej strony bezprawne zawyżenie wydatków o 84,5 mld zł, z drugiej zaś lukę w dochodach na 33,5 mld zł. Niezłe manko. Dla porównania całość obsługi długu publicznego w 2025 r. kosztowała nas 72,8 mld zł, a wydatki budżetowe ogółem wyniosły 870,2 mld zł. Wynika z tego, iż blisko 1/10 wydatków została zrealizowana ze złamaniem prawa. Trudno tu mówić nawet o kreatywnej księgowości w rodzaju wypychania wydatków do „pozabudżetowych” funduszy, bo metodologia unijna i tak uwzględnia je przy obliczaniu deficytu i długu publicznego. Tutaj mamy do czynienia z rozpaczliwym żonglowaniem finansami państwa i świadomym łamaniem ustawy o finansach publicznych (za co grozi Trybunał Stanu) na zasadzie „byle do pierwszego” – gdyby bowiem nie te bezprawnie zrealizowane 84,5 mld zł wydatków, ten rząd najprawdopodobniej już w 2025 r. wyleciałby w powietrze. Dlatego właśnie w tym kontekście należy pisać nie o nieprawidłowościach czy pomyłkach, lecz o pełnoskalowej aferze budżetowej.
Wszystko jednak ma swoje konsekwencje. Już teraz mamy najwyższy deficyt finansów publicznych w Unii Europejskiej (6,5 proc. PKB), a do końca roku nasz dług publiczny przekroczy 65 proc. PKB przy wyjątkowo niepokojącej dynamice wzrostu. Przy tak napiętych finansach wystarczy kolejny kryzys i spadek tempa wzrostu PKB, by polskie finanse posypały się jak domek z kart. Strach się bać.