Grupa trzymająca zdrowie
Pora na ukrócenie obecnej „wolnej amerykanki”. Limit godzinowy zarobków – to raz. Dwa – należy wprowadzić maksymalny wymiar czasu pracy, bo poza wszystkim innym przemęczony lekarz to zagrożenie dla pacjentów. Trzy – zakaz łączenia prywatnej praktyki z pracą w publicznych placówkach. Cztery – zwiększenie naboru na studia medyczne i specjalizacje, przed czym środowisko medyczne broni się rękami i nogami, niczym niegdyś zawody prawnicze – i z dokładnie tych samych powodów.

Gdy ten numer „Gazety Finansowej” trafi do Państwa rąk, najprawdopodobniej miną dwa miesiące, odkąd lekarz Dawid Kacprzyk nie został przesłuchany przez prokuraturę w sprawie afery warszawskiego Szpitala Południowego – wygląda więc na to, że jedynym obiektem prokuratorskiego zainteresowania pozostanie sygnalista, dr Emil Jędrzejewski. Wspomniana afera okazała się zarazem wierzchołkiem góry lodowej, bo na jej fali media zaczęły ujawniać nieprawidłowości w szpitalach, jak Polska długa i szeroka, dzięki czemu dowiedzieliśmy się, iż przypadek Dawida Kacprzyka z jego milionowymi zarobkami nie jest bynajmniej odosobniony, lecz raczej potwierdza szerszą patologię, podobnie jak to, że placówki medyczne są kolejnym politycznym łupem, na którym żerują tabuny lokalnych partyjnych działaczy. Sprawy takie jak działalność spółki neurochirurgów wystawiającej rachunki opiewające w przeliczeniu na 26 tys. zł za godzinę, co doprowadziło szpital w Mogilnie do bankructwa, czy lekarza z Braniewa, który miał dyżurować 72 godziny na dobę, są szczególnie bulwersujące, ale i pomniejsze przypadki z lekarzami zarabiającymi po sto kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie czy zatrudnionymi w kilku szpitalach jednocześnie nie pozostają daleko w tyle. Wszystko to sprawia wrażenie jakiejś pajęczyny, swoistej „grupy trzymającej zdrowie”, oplatającej polską opiekę zdrowotną i wykorzystującej luki w systemie pozwalające m.in. na multiplikowanie bez żadnej kontroli dyżurów w szpitalach czy dopisywanie sobie do rachunku niewykonanych procedur medycznych – czyli, mówiąc wprost, wyłudzanie publicznych pieniędzy – o horrendalnych stawkach nie wspominając. Swoją drogą, chętnie zobaczyłbym szacunki pokazujące, jaki odsetek wydatków NFZ stanowią wynagrodzenia personelu medycznego, ale takich statystyk nikt nie prowadzi, co zresztą jest osobnym skandalem.
Mówi się, że okazja czyni złodzieja – i faktycznie, w wielu przypadkach uczyniła. Dawid Kacprzyk może wręcz czuć się kozłem ofiarnym, bo przecież nie robił niczego, czego nie robiliby inni. Cóż się jednak dziwić, skoro przykład idzie z samej góry? Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda nie miała żadnych oporów, by zainkasować kilkaset tysięcy złotych z tytułu zakazu konkurencji na mocy uchwały Zarządu Województwa Pomorskiego wydanej z mocą wsteczną. Trudno oczywiście wyrokować, jaką część środowiska lekarskiego stanowią cwaniacy łaszący się na lewą kasę, ale jeśli ich tolerowano przez lata, to siłą rzeczy opinia rzutuje na całą grupę zawodową. Dopiero teraz zaproponowano tak elementarne rozwiązania, jak raportowanie przez szpitale do NFZ godzinowych grafików pracy lekarzy czy udziału wynagrodzeń w budżetach placówek medycznych, co pokazuje, z jakim bezhołowiem mieliśmy dotąd do czynienia.
Poland, Turkey and the New Defence Map: Why 2027 Could Be a Turning Point
Co gorsza, jeśli potraktować głosy lekarzy aktywnych w mediach społecznościowych jako reprezentatywne dla całego środowiska, to należałoby przyjąć, że doczekaliśmy się kolejnej „nadzwyczajnej kasty” – grupy przekonanej o swoim wyjątkowym statusie, która nie ma sobie nic do zarzucenia. Szczególną wściekłość wywołała propozycja ustanowienia limitu wynagrodzeń w publicznej opiece zdrowotnej na poziomie 240 zł/godz., co przekłada się na ponad 40 tys. zł miesięcznie za „goły” etat (480 tys. rocznie bez nadgodzin). Przypomnę, że 40 tys. zł brutto to poziom 1 proc. najlepiej zarabiających Polaków – więcej niż prezydent czy premier. Przy tej okazji posypały się tradycyjne groźby o masowych wyjazdach medyków za granicę. Otóż nie, nie wyjadą, a to z kilku prostych powodów. Po pierwsze, wszelkie dostępne dane (np. raport OECD z 2025 r.) mówią, że polscy lekarze nie zarabiają gorzej od swych zachodnich kolegów – zwłaszcza po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej. Po drugie, lekarz na Zachodzie funkcjonuje w bardziej restrykcyjnym otoczeniu prawnym dotyczącym czasu pracy czy możliwości łączenia praktyki prywatnej z pracą w publicznych placówkach, do czego dochodzą jeszcze często ograniczenia wynikające z układów zbiorowych. Po trzecie, tam publiczna służba zdrowia nie jest na poły prywatnym żerowiskiem. Tam nie da się przyjąć pacjenta „prywatnie”, by potem położyć go poza kolejką w szpitalu i dalej leczyć już na publicznym sprzęcie i za publiczne pieniądze, a za „lewe” dyżury idzie się do więzienia.
Podsumowując, pora na ukrócenie obecnej „wolnej amerykanki”. Limit godzinowy zarobków – to raz. Dwa – należy wprowadzić maksymalny wymiar czasu pracy, bo poza wszystkim innym przemęczony lekarz to zagrożenie dla pacjentów. Trzy – zakaz łączenia prywatnej praktyki z pracą w publicznych placówkach. Cztery – zwiększenie naboru na studia medyczne i specjalizacje, przed czym środowisko medyczne broni się rękami i nogami, niczym niegdyś zawody prawnicze – i z dokładnie tych samych powodów. Nawet po tych ograniczeniach lekarze będą stanowili absolutną elitę finansową, a jeśli komuś mało, to znaczy, że minął się z powołaniem i może faktycznie niech szuka szczęścia gdzie indziej.