„Lex szarlatan” czy „lex Big Pharma”?
Zwalczanie oszustów podszywających się pod lekarzy nie budzi większych kontrowersji. Problem zaczyna się wtedy, gdy pod hasłem walki z pseudomedycyną państwo dostaje narzędzia do rozstrzygania, które metody leczenia są „właściwe”, a które należy wyeliminować. I właśnie o to – bardziej niż o samych szarlatanów – toczy się dziś spór.

Z rządową ustawą wiążą się trzy główne kontrowersje. Po pierwsze – wrzuca do jednego worka ewidentnych hochsztaplerów naciągających klientów na „kuracje” w rodzaju „leczenia” raka sokiem z buraków czy wlewami z „lewoskrętnej” witaminy C lub oferujących „strukturyzatory wody”, z osobami/firmami stosującymi takie formy terapii, jak ziołolecznictwo, homeopatia czy akupunktura. Wszyscy oni mogliby zostać zakwalifikowani jako oszuści uprawiający „pseudomedycynę” – i zależałoby to wyłącznie od uznania Rzecznika Praw Pacjenta, który mógłby obłożyć ich drakońskimi karami finansowymi oraz zakazem działalności. Oczywiste jest przy tym, iż większą siłą przebicia i możliwością dotarcia do urzędniczego ucha dysponują środowiska lekarsko-uniwersyteckiego establishmentu i koncerny medyczne niż jakiś zielarz sprzedający susz z dziurawca czy nalewki z żeń-szenia. Tymczasem w alternatywnych formach leczenia nie ma niczego złego, niekiedy wręcz mogą wydatnie wspomagać konwencjonalne kuracje – problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy jakiś znachor stara się wymusić na klientach porzucenie np. terapii onkologicznej. Tego rozgraniczenia jednak w ustawie zabrakło.
Kontrowersja druga wiąże się z arbitralnością decyzji Rzecznika Praw Pacjenta przy zastosowaniu uznaniowych kryteriów, co w konsekwencji mogłoby doprowadzić do bankructw firm i osób prywatnych, zanim te doczekałyby się rozstrzygnięcia na drodze sądowej – mocno zresztą wątpliwej, ponieważ to RPP rozpatrywałby odwołania… od swoich własnych orzeczeń, co jest krzyczącym prawnym kuriozum. Kolejnym skandalem jest możliwość blokowania na podstawie decyzji RPP stron internetowych pod zarzutem „szerzenia dezinformacji medycznej” (o tym, co jest rzekomą „dezinformacją”, decydowałby oczywiście RPP) – tu z kolei mamy cenzurę uderzającą w fundamentalną wolność słowa i swobodę debaty publicznej.
China, Robotics and E-Commerce: Poland’s Logistics Opportunity| Peter MacLeod
Po trzecie wreszcie, w ustawie mamy odwołania do tak nieostrych pojęć, jak wymieniona „dezinformacja” czy „aktualna wiedza medyczna”, co rodzi skojarzenia z niesławnym „konsensusem naukowym”, którym szermują zwolennicy ideologii klimatyzmu i rozmaici lobbyści, próbujący tym terminem-wytrychem uciszyć sceptyków – w tym również „nieprawomyślnych” naukowców. Warto w tym kontekście przypomnieć niedawne czasy covidowej histerii, kiedy to lekarze kwestionujący oficjalną politykę pandemiczną byli poddawani szykanom ze strony branżowych organów dyscyplinarnych. Rzecz w tym, iż nauka nie rozwija się poprzez wymuszoną jednomyślność, lecz właśnie dzięki nieustannej weryfikacji zastanej wiedzy i autorytetów.
Przykładowo, w XIX w. nie widziano potrzeby mycia rąk przez lekarzy czy sterylizacji narzędzi medycznych, a lekarz Ignaz Semmelweis postulujący mycie rąk podczas odbierania porodów poddawany był środowiskowemu ostracyzmowi – bo podważał „aktualną wiedzę medyczną”. Pytanie, czy z „aktualnym stanem wiedzy” stoi w sprzeczności również ziołolecznictwo, towarzyszące ludzkości od jej zarania? Są też metody wymykające się racjonalnym kryteriom, takie jak homeopatia czy akupunktura, które teoretycznie nie mają prawa działać – tyle że… często działają. Może na zasadzie wpływu na psychikę, efektu placebo – ale działają.
W obecnych realiach za „aktualny stan wiedzy” przyjmuje się zazwyczaj to, co przedstawiają jako takowy koncerny farmaceutyczne i skorumpowane przez nie medyczne autorytety. Sęk w tym, iż koncerny te w swej pazerności i braku skrupułów nie ustępują niczym np. branży finansowej – co w przypadku firm farmaceutycznych jest podwójnie bulwersujące, gdyż w grę wchodzi ludzkie zdrowie i życie. To właśnie one stoją chociażby za rozpowszechnieniem syntetycznych opiatów przeciwbólowych, które lekarze przepisywali lekką ręką swym pacjentom niczym aspirynę, co doprowadziło w USA do tzw. kryzysu opioidowego – tragicznej w skutkach fali uzależnień. Teraz te koncerny najwyraźniej chcą pozbyć się z rynku jakiejkolwiek „nieautoryzowanej” konkurencji za pomocą forsowanej przez rząd ustawy, pozbawiając zarazem pacjentów dostępu do alternatywnych form terapii. Stąd na koniec pytanie: „lex szarlatan” – czy może raczej „lex Big Pharma”?