|

Budżet na 2027: bez katastrofy, ale z coraz mniejszym marginesem

Pod koniec sierpnia Ministerstwo Finansów zaprezentowało wstępną wersję projektu budżetu na 2027 r. Wszystko wskazuje na kontynuację dotychczasowej polityki. Polityki, która bankructwem się nie skończy, ale może utrudnić nam sprawne funkcjonowanie w przyszłości.

Długiem i deficytem bardzo łatwo straszyć

Analizując projekt bardzo łatwo popaść w katastroficzne tony i skupić się na krytykowaniu rekordowego deficytu, długu itd. A byłoby na czym, bo te liczby robią wrażenie. Limit deficytu budżetowego ustalono na 282,6 mld zł. Deficyt całego sektora instytucji rządowych i samorządowych ma wynieść 7,1% PKB – to już czwarty rok z rzędu, w którym ten wskaźnik przekracza 6% PKB. Mimo tego, że gospodarka cały czas realnie rośnie, w tempie co najmniej 3% rocznie. Mimo tego, że według pierwotnej wersji średniookresowego planu budżetowo-strukturalnego, deficyt miał w 2027 r. wynosić 3,7% PKB – a więc prawie dwukrotnie mniej!

Dług publiczny, liczony wg metodologii unijnej na koniec przyszłego roku ma przekroczyć okrągłe 3 biliony zł i zakręcić się wokół 70% PKB – przypominam, że w tym roku ledwo co „celebrowaliśmy” przekroczenie historycznej granicy 60% PKB.

Długiem i deficytem łatwo straszyć. Podobne nagłówki widzimy co roku, ale nic z tego nie wynika. Dlatego w dzisiejszym tekście przyglądam się projektowi budżetu na chłodno – czy jest się czego bać? Wnioski może nie są tak spektakularne, ale daleko im do optymizmu.

2019 był już 7 lat temu

Największe i najbardziej niebezpieczne ryzyko, jakie widzę, jest na poziomie politycznym. Ani rządzący, ani opozycja, ani opinia publiczna nie dorosły jeszcze do tego, że budżet nie może być miejscem do przepychanki partyjnej i obiecania Polakom wszystkiego.

Niestety, w przeciwieństwie do innych obszarów życia publicznego, finansowe obietnice wyborcze są bardzo łatwe do zweryfikowania. Poprawa działania np. wymiaru sprawiedliwości czy ochrona zdrowia w dużej mierze może być odczuwana subiektywnie. Natomiast to, czy „dowieziono” obiecane świadczenie socjalne lub ulgę podatkową każdy obywatel może sprawdzić bardzo łatwo, wchodząc na konto bankowe.

Kampania wyborcza z 2015 r. i wprowadzenie „500 plus” stanowią swoistą cezurę. Otwarto wówczas worek z oczekiwaniami na „pieniężne” obietnice wyborcze (w postaci transferów socjalnych lub ulg podatkowych). Obietnice, co do których przyzwyczailiśmy się, że muszą być „dowożone”.

Takie podejście pozwoliło wykorzystać europejskie ożywienie gospodarcze z lat 2014-2019 na wyjście z ubóstwa wielu polskim rodzinom. Zasadniczy problem polega na tym, że 2019 był już 7 lat temu, a my nadal nie wyrośliśmy z tego przekonania.

Podstawową rolą budżetu państwa w obecnych czasach powinno być zapewnienie przestrzeni fiskalnej na wszystkie, przewidziane i nieprzewidziane wyzwania czekające państwo, przy maksymalnej możliwej stymulacji gospodarki. Zwiększone potrzeby obronne, deficyty infrastrukturalne i pozostawiające wiele do życzenia usługi publiczne (ochrona zdrowia!) to problemy, z którymi będziemy zmagać się jeszcze przez wiele lat.

Wydatki socjalne – kasa rzucana na prawo i lewo

Tymczasem jakakolwiek racjonalizacja pokaźnego pakietu świadczeń socjalnych, pozostaje tematem tabu. Państwo na szeroko rozumianą politykę społeczną wyda ok. 760 mld zł, czyli ponad 17% PKB. Z tego znaczna większość to świadczenia finansowane z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – aż 521,8 mld zł, ponad 33 mld zł więcej niż w tym roku.

A jak kształtują się koszty poszczególnych programów? Na „800 plus” wydamy w przyszłym roku ponad 60 mld zł. Świadczenie wspierające dla osób z niepełnosprawnościami – 12,5 mld zł. „Babciowe” to kolejne 7 mld zł. 13 i 14 emerytura – 32 mld zł. Koszt „nowej” renty wdowiej z podwyższonym drugim świadczeniem to będzie ok. 12-16 mld zł. Zresztą sama waloryzacja emerytur i rent to ok. 19 mld zł dodatkowych wydatków.

Nie chodzi o to, że wsparcie socjalne jest sprawą niewartą publicznych pieniędzy. Problem polega na tym, że przyjęte rozwiązanie polega na pompowaniu do rąk obywateli setek miliardów złotych w postaci ogólnych, niecelowanych transferów. Taka polityka jest wygodna do przeprowadzenia – pieniądze jest dać bardzo łatwo – szczególnie jeśli program nie ma żadnych kryteriów (np. progów dochodowych), które musi wykazać beneficjent. Trudniej już za te pieniądze zbudować infrastrukturę, czy zapewnić lepszą ofertę usług publicznych, tak by naprawdę rozwiązać jakiś problem i wspomóc naprawdę potrzebujących.

To, że w ostatnich latach poziom wydatków publicznych przekracza już 50% PKB świadczy paradoksalnie o słabości państwa. Bo jedyne co państwo może zaproponować w obszarze polityki socjalnej to danie obywatelom pieniędzy do ręki, żeby szukali rozwiązania swoich problemów na rynku.


KSeF nie zapomina. Każdy błąd zostaje w systemie!


Podatki jako zakładnik sporu politycznego

Podobnie ma się rzecz z podatkami. Nadal nie można racjonalnie rozmawiać o temacie podwyżek jakichkolwiek danin. Polityka w tym zakresie od ponad roku jest zakładnikiem kohabitacji rządu z prezydentem. Z czego niestety ten pierwszy korzysta, drugi rok z rzędu celowo zniekształcając projekt ustawy budżetowej.

Dochody budżetowe mają w przyszłym roku mają wynieść 695 mld zł, z czego dochody podatkowe ok. 622 mld zł – na papierze prawie 58 mld zł więcej niż w tym roku! Problem polega na tym, że od 2023 r. rząd ma ogromny problem z przeszacowaniem dochodów podatkowych budżetu na etapie projektu. W latach 2023-2026 mylił się średnio o ok. 35 mld zł. I co robi rząd w kolejnym roku? Umieszcza w budżecie miliardy złotych z ustaw, które jeszcze nie weszły w życie! I to nawet nie uchwalonych ustaw, które czekają na podpis Prezydenta, tylko często projektów, które nawet nie zostały jeszcze poddane pod glosowanie w parlamencie!

Według ekonomistów Erste Bank Polska projekt budżetu zawiera netto około 8 mld zł dochodów podatkowych uzależnionych od wejścia w życie projektowanych zmian legislacyjnych.

Co jeszcze ciekawego znajdziemy? M. in. projekt podwyżki akcyzy na napoję alkoholowe (1,8 mld zł dodatkowego dochodu dla państwa, z czego 1,4 mld miałoby trafić do NFZ). Tylko, że bardzo podobną akcyzy rząd już zakładał w… tegorocznym budżecie. Skończyło się to wetem prezydenta.

Tak samo z opłatą cukrową, uwzględnioną w budżecie na 2026 r. W grudniu 2025 r. prezydent zawetował jej podwyżkę. I co robi rząd? Uwzględnia te \same wpływy w projekcie na 2027. Dla budżetu państwa to grosze (46 mln zł), ale trzeba pamiętać, że 96,5% wpływów (ok. 1,3 mld zł) miało trafić bezpośrednio do NFZ.

W żaden sposób nie można usprawiedliwić oparcie planu finansowego na dochodach, które nie weszły w życie. Zawyżone na papierze dochody pozwalają na zwiększenie limitów wydatkowych, co może prowadzić do deficytu jeszcze większego niż zakładany.

Tym bardziej, że rząd nie uczy się na własnych błędach i drugi rok z rzędu uwzględnia pieniądze z podwyżki akcyzy i opłaty cukrowej, które już raz zostały zablokowane przez prezydenta.

Co napisze w projekcie na 2028? „Do trzech razy sztuka”?

Kwintesencją tego absurdu jest umieszczenie w czynnikach ryzyka dla przyjętego scenariusza makroekonomicznego „wet prezydenckich ustaw proponowanych przez radę ministrów”. Przecież rząd sam sobie to ryzyko wygenerował. Nic nie stało na przeszkodzie, aby proponowane ustawy podatkowe uchwalić wcześniej, tak, żeby wiedzieć na czym się stoi podczas projektowania budżetu.

Do tego wszystkiego analitycy Erste zwracają uwagę na niezwykle optymistyczne planowanie dochodów niepodatkowych budżetu – te mają wzrosnąć o 20% względem tego roku. Uwzględniając je, łączny ubytek względem planu może sięgnąć 10–15 mld zł.

Budżet nie uwzględnia też póki co możliwości kontynuacji pakietu CPN. Na marginesie, pakietu niezwykle kosztownego (4,7 mld za 3,5 miesiąca) i skonstruowanego równie finezyjnie co omawiane wcześniej transfery socjalne. Patrząc na rozwój sytuacji na bliskim wschodzie, jest duża szansa, że powrót do tego programu będzie konieczny, co również przyczyni się do spadku dochodów.

Długu coraz więcej, koszt obsługi coraz droższy

Pogłębiający się rozdźwięk pomiędzy dochodami a wydatkami prowadzi do tego, że mamy coraz więcej długu do obsługi. Niestety, za coraz większą cenę. W dobie globalnej niepewności i wzrostu publicznego zadłużenia, państwa zmuszone są sprzedawać obligacje o coraz bardziej atrakcyjnym oprocentowaniu, żeby zaspokoić inwestorów. Obserwujemy rekordowe rentowności obligacji amerykańskich, brytyjskich czy niemieckich. To chcąc nie chcą przedkłada się na Polskę.

Koszt obsługi długu Skarbu Państwa ma wzrosnąć z 90 do 107 mld, a więc o niemal 19% względem zeszłego roku. W skali całego sektora, koszt to ok. 128 mld zł (2,9% PKB).

Ani otoczenie zewnętrzne, ani kierunek polskiej polityki fiskalnej, nie wskazuje na to, że będzie taniej. Jeśli nasze zadłużenie nadal będzie rosło w takim tempie (a politycznie nic nie wskazuje na odwrócenie trendu), to 2028 r. na obsługę długu wydamy 3% PKB, w 2033 – 4,1% PKB a 2038 – 4,8% PKB.

Przy PKB rzędu 5 bln zł 1 pkt proc. PKB to aż 50 mld zł. Różnica między stabilizacją kosztów obsługi długu na tegorocznym poziomie 2,7% a ich dojściem do np. 4% PKB to ok 65 mld zł. Pogłębiające się różnice między dochodami a wydatkami stopniowo zabierać nam przestrzeń fiskalną. Przestrzeń niezbędną dla państwa na działanie w tak turbulentnych czasach.

Margines się kurczy, czas ucieka

I właśnie to jest największy problem z budżetem na 2027 r. Nie to, że Polska za chwilę zbankrutuje. Nie zbankrutuje. Nie to, że inwestorzy nagle przestaną kupować nasze obligacje. Nic na to dziś nie wskazuje. Nawet nie sam rekordowy deficyt jest tutaj najgroźniejszy.

Problemem jest to, że kolejny rok z rzędu zużywamy coraz większą część dostępnego marginesu.

Przez ostatnie lata mogliśmy przesuwać trudne decyzje. Im dłużej jednak będziemy udawać, że każdą polityczną obietnicę można sfinansować bez rezygnacji z czegoś innego, tym bardziej brutalny będzie moment, w którym realia gospodarcze tą konsolidację na nas wymuszą.

Podobne wpisy